Odgradzanie – reaktywacja

Pisaliśmy
o niebezpiecznych konsekwencjach powstawania lepszych i gorszych
osiedli. Reporter „Gazety Wyborczej” z Łodzi
opisuje , jak to działa w praktyce. Otóż właściciel jednej z łódzkich firm
odmówił przyjęcia pracownicy do pracy po tym, jak się dowiedział, że mieszka w
okolicy znanej z bycia zamieszkiwaną przez tak zwany „element”.

Oczywiście, jest to praktyka dyskryminacyjna w świetle
polskiego prawa i pracodawca będzie miał kłopoty z obroną swojego stanowiska
przed sądem, ale to akurat jest nieistotne dla problemu – odpowiedzialność
zbiorowa brzydka rzecz, ale obowiązkiem pracodawcy jest przede wszystkim troska
o swoją firmę i jeżeli jakiś kandydat do pracy z jakiegoś powodu wyda mu się
nieodpowiedni, to go po prostu nie zatrudni, podając powód odmowy niekoniecznie
prawdziwy, ale za to akceptowalny dla Sądu Pracy.

Zresztą przecież ten pracodawca nie wymyślił sobie czegoś
takiego – dokładnie taki sam schemat działa na Zachodzie, w szczególności w
USA. I nie trzeba chyba pisać, jak bardzo ten schemat jest szkodliwy. Uderza
bowiem najbardziej w tych, którzy chcą się
z tych „złych dzielnic” wyrwać. Nie wyrwą się, bo nie dostaną dobrej pracy –
nawet gdyby kwalifikacje ich do tego upoważniały. Działa to jak dodatnie
sprzężenie zwrotne – mieszkasz w lepszej dzielnicy, jesteś bogaty, masz szansę
na dobrą pracę; mieszkasz w gorszej dzielnicy, szans na dobrą pracę nie masz.

Przerażające.

Wytłumaczenie

Ktoś mógłby się dopatrzyć sprzeczności pomiędzy dwoma
zeszłotygodniowymi wpisami w moim blogu – z jednej strony krytykuję działaczy
Demokratów.pl za brak elastyczności, z drugiej – Donalda Tuska za oportunizm i konformizm.
Myślę, że jest jednak jedna bardzo istotna różnica. Jestem przekonany, że
działacze Demokratów przyłączając się do Centrolewu nie byliby zmuszeni
rezygnować ze swoich poglądów. Nawet chadecy, jak Tadeusz Mazowiecki, mogliby
pozostać chadekami, gdyby tylko chcieli się do nowego bloku przyłączyć.
Demokraci.pl, choć zostali już prawie bez elektoratu, w dalszym ciągu stanowią,
dzięki swojej przeszłości, bardzo cenny nabytek dla centrolewicowego bloku. Ale
odnoszę wrażenie, że to właśnie oni taki blok traktują jako mezalians. W
obecnej sytuacji ich partii świadczy to, jak dla mnie, o utracie kontaktu z
rzeczywistością.

Tusk odwrotnie. Jego postawa wydaje mi się dokładnie
wykalkulowana, oparta o dziesięć sondaży i pięć firm doradztwa politycznego.
Żeby zdominować część sceny politycznej na prawo od lewicy, trzeba zmienić poglądy, być mniej
liberalnym, a bardziej konserwatywnym – podpowiedzieli mu. Tak zrobił. Tyle, że
niewiele to dało, bo inni okazali się bardziej wiarygodni w roli
konserwatystów. Gdyby udało mu się uchronić Polskę przed prezydenturą Lecha
Kaczyńskiego, pewnie darowałbym mu ten konformizm – tak jak darowuje się
beznadziejną grę napastnikowi, który strzelił zwycięską bramkę. Niestety, Tusk
strzelił w słupek.

I poczynię na koniec intymne wyznanie – tak, tęsknię za
Unią Wolności. Za partią, dla której światopogląd liberalny to było coś więcej
niż tylko podatek liniowy. Ktoś tego w pewnym momencie nie upilnował, ktoś
pozwolił zdominować partię teczkowym Balcerowicza – i mamy to, co mamy.
(Pamiętam, jakim szokiem było dla mnie organizowane przez Młodych Demokratów spotkanie z Henrykiem
Wujcem wiosną bodaj 1999 roku, kiedy to Młodzi Demokraci dosłownie rzucili się
na mnie, gdy zapytałem, dlaczego Unia nie potrafiła jasno poprzeć ustawy o
równym statusie kobiet i mężczyzn – jak dla mnie sprawy dla liberalnej partii
oczywistej. Ale dzięki temu mniejszym szokiem była dla mnie fronda Tuska,
któremu towarzyszyli ci sami Młodzi Demokraci, półtora roku później).

Audiencja generalna

Wyścig o fotele prezydentów miast zaczął się na dobre. Nie będziemy się powtarzać, że uważamy bezpośrednie wybory prezydentów miast za pomysł fatalny, w dramatyczny sposób upolityczniający samorząd i pogarszający jakość debaty przed wyborami. W szczególnie drastyczny sposób to widać w przypadku najbardziej prestiżowego wyścigu – tego w Warszawie. W zeszłym tygodniu pan premier Marcinkiewicz był łaskaw wykazać się szlachetnością i prosić nadzwyczajną komisję sejmową o przełożenie przesłuchań Hanny Gronkiewicz-Waltz. Ale rycerskość premiera swoją drogą, a komisja ma ważne obowiązki i na dwa tygodnie przed wyborami okaże się, że przesłuchanie pani Hani jest jednak niezbędne dla realizacji jej misji.

Pani Hania natomiast udała się do kardynała Dziwisza. Kardynał przyjął ją, wspominali Ojca Świętego, po spotkaniu pani Hania nie omieszkała publicznie oświadczyć, że kardynał przypomniał, iż była jedną z dwóch Hanek, które lubił Jan Paweł II. Co prawda w historii III RP były już plakaty wyborcze z Ojcem Świętym w tle i „Abba Ojcze” jako sygnał dźwiękowy kampanii, ale wtedy Jan Paweł II żył. Gronkiewicz-Waltz jest bodaj pierwszą osobą, która chwali się w kampanii wyborczej (ależ oczywiście, to spotkanie nie miało nic wspólnego z kampanią wyborczą) zażyłością z Papieżem-Polakiem po jego śmierci. Do tego wkłada wspomnienie w usta kardynała Dziwisza. Kompletny brak gustu.

Nie po raz pierwszy zresztą Platforma Obywatelska odwiedza kardynała Dziwisza – przypomnijmy słynne styczniowe rekolekcje. Oczywiście, politycy mają pełne prawo do bycia przyjmowanymi przez biskupów i brania udziału w rekolekcjach. Żałosne jest natomiast to, że informują o takich spotkaniach publicznie, że się przez kontakty z biskupami usiłują uwiarygadniać i zdobywać punkty u wyborców. Gronkiewicz-Waltz, znaną z głębokiej wiary, przynajmniej trudno posądzać o koniunkturalizm. Co jednak należy sądzić o tych politykach PO, którzy wywodzą się np. z dawnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego – partii, która w dawnych czasach dzielnie broniła neutralności światopoglądowej państwa przed ofensywą Kościoła i dostawała za to nieraz po głowie od biskupów i samego prymasa? Przecież te umizgi nie odbywają się za darmo, przecież ktoś, kto został właśnie łaskawie przyjęty na audiencji u kardynała, nie zacznie nagle publicznie sprzeciwiać się Kościołowi w kwestii np. wspomnianej neutralności światopoglądowej, aborcji czy praw dla gejów? Kiedyś premier Bielecki potrafił wyrzucić z rządu wiceministrów Eksnera i Kaperę za ich skandaliczne wypowiedzi – Eksnera za nazwanie ateizmu „najgorszą z religii”*, Kapery za określenie homoseksualizmu zboczeniem. Dzisiaj Donald Tusk nie jest w stanie wykrztusić słowa na temat np. zeszłorocznego zakazu Parady Równości w Warszawie – pozostawia wypowiadanie się w tej sprawie w imieniu Platformy Janowi Rokicie. Swój pierwszy głos w życiu oddałem, w wyborach 1993 roku, na Kongres Liberalno-Demokratyczny – z pełnym przekonaniem, że to jest właśnie partia, której program w pełni mi odpowiada. Dziś jestem przekonany, że większość polityków Kongresu zdradziła te wartości, w imię których ich wtedy poparłem.

*) Dokładnie, to Eksner sam złożył dymisję – jednak stanowcza postawa Bieleckiego z pewnością miała na nią wpływ.

 

Dodatek kartoflany

Po siedemnastu latach funkcjonowania gospodarki rynkowej
Polacy są w dalszym ciągu przekonani, że pieniądze biorą się z powietrza.
Rozumiem, gdy tak się wydaje górnikom czy innym pracownikom PGR-ów, ale od
dziennikarzy można by oczekiwać trochę więcej refleksji. Dwa kwiatki z
ostatniego tygodnia.

Pierwszy trochę naciągnięty, bo pochodzi z „Faktu” – a w
tej gazetce piszący do niej z założenia nie mają swojego zdania, mają natomiast
target, w którego zdanie należy utrafić. Tym targetem w znacznej części są emeryci.
Czytam sobie więc, że w związku z suszą i możliwymi podwyżkami cen kartofli i
pieczywa należy wprowadzić… dodatek drożyźniany dla emerytów, w wysokości –
bagatela – 350 zł (czyli mniej więcej na poziomie łącznych miesięcznych
wydatków na żywność  jednoosobowego i
niespecjalnie oszczędzającego na jedzeniu gospodarstwa domowego). Jeżeli
kartofle mają naprawdę zdrożeć do 3,50 zł/kg, to za wspomniany dodatek emeryt
będzie mógł sobie kupić 100 kg kartofli miesięcznie. Podejrzewam, że większość
emerytów nie trzyma jednak w swoich emeryckich mieszkaniach słoni. Nie ma co za
długo się znęcać nad tym pomysłem – ciekaw jestem tylko, czemu dodatek ma
dotyczyć tylko emerytów, wszak np. nauczyciele albo pielęgniarki też jedzą
kartofle. Skądinąd wszystkie badania podkreślają, że emeryci są w Polsce grupą
uprzywilejowaną w porównaniu do np. młodych rodzin i powinno się raczej
ograniczać transfery dla nich niż wprowadzać nowe – ale kto to powie głośno?

To, że „Fakt” albo myśli, że pieniądze rosną na drzewach,
albo cynicznie robi ludziom wodę z mózgu, to drobiazg – prawdziwa groza bierze
na myśl, że rząd, który zrobi wszystko, żeby ludziom zrobić dobrze przed
wyborami i który powstał pod hasłem „Nie może być nas na to nie stać”, jest w
stanie ten pomysł łyknąć. Zwłaszcza że, podobnie jak w przypadku „Faktu”,
emeryci stanowią jego target.

Drugi kwiatek jest jeszcze śliczniejszy, dotyczy bowiem
nie brukowca, ale poważnego programu informacyjnego w telewizji publicznej.
Rozmawiano tam o wprowadzeniu wynagrodzenia dla osób nie pracujących zawodowo i
zajmujących się rodziną. Podkreślano, jak trudne to, uciążliwe i wyczerpujące
zajęcie i jakie rodzi korzyści społeczne. Stwierdzono, że wg przeprowadzonych
badań 82% społeczeństwa popiera takie rozwiązanie. I powiedziano, że niestety projekt nie
wejdzie w życie, bo nie pozwala nam na to Unia Europejska. Żadnego komentarza,
że pomysł jest ekonomicznym absurdem, że nie wiadomo, kto za to miałby płacić,
że co w takim razie z wynagradzaniem tych osób, które łączą prowadzenie domu z
pracą zawodową… tylko zwalenie winy na wstrętną Unię. Rozumiem, że dziennikarze informacyjni czują się w obowiązku
oddzielać informację od komentarza i nie powinni narzucać własnego poglądu na
dany temat. Ale w ten sposób biorą udział w propagandzie absurdalnych pomysłów.
Przy czym obawiam się, że nie bierze się to z troski o dziennikarski
obiektywizm, a po prostu z kiepskiego przygotowania merytorycznego czy po
prostu z lenistwa.

Bardzo ciekaw jestem, kiedy (i czy w ogóle) wykształci się
w naszym społeczeństwie taki odruch, że gdy ktoś snuje księżycowe pomysły jak
wymienione powyżej, zapala się żółte światełko i pada pytanie „Kto za to
zapłaci”. Ale wykształcenie takiego odruchu wymaga edukacji, w tym edukacji ze
strony mediów. A media – umywają ręce, zamiast zmieniać postawy wolą
dostosowywać się do postaw targetu (casus „Faktu”), a kiepsko przygotowani
dziennikarze nie są w stanie kogokolwiek wyedukować. I tak wciskanie chały przy
biernym albo czynnym udziale mediów trwa, i trwać będzie.

Przypadki Demokratów

Znów jakiś rozłam w Demokratach.pl. Część działaczy nie
zgadza się z sojuszem wyborczym z lewicą i zabiera swoje zabawki – będą tworzyć
następną partię. Niektórzy się niczego nie nauczą.

Sojusz z lewicą – a konkretnie z SdPL – był dla D.pl
narzucającym się ruchem już przed wyborami z poprzedniego roku. Zyskać mogli i
jedni, i drudzy – razem mieli szansę nie tylko przekroczyć próg, ale nawet
wyprzedzić SLD. W ten sposób staliby się najpoważniejszą siłą polityczną na
centrolewicy, siłą – co bardzo ważne – wolną od ciężaru milleryzmu. Przy czym
wśród samych Demokratów było zrozumienie dla otwarcia się na lewicę – przecież
jedną z ich twarzy był Jerzy Hausner, chcieli też zaprosić do siebie Marka
Belkę. Jeżeli Hausner i Belka, to czemu nie wspólny blok z Borowskim i
Sierakowską? Cóż, jak zwykle zwyciężyło pięknoduchostwo, jakieś wewnętrzne
zahamowania i obawa, co sobie o nas pomyślą. Demokraci.pl poszli do wyborów
sami, wyborcy stwierdzili, że w takim razie nie ma co marnować na nich głosów,
wynik wyborczy był wręcz wstydliwy.

Dzisiaj sytuacja jest dla Demokratów o wiele gorsza – w
związku z wynikiem wyborów główną siłą na lewicy pozostał SLD, SdPL jest wręcz
zmuszona się z nim dogadać, a Demokratom pozostanie przyłączenie się do takiego
właśnie sojuszu. Ale mimo wszystko – jest to jedyna możliwość pozostania w
polityce. Ci, którzy tworzą różne Fora Liberalne i inne kanapy, jakby tego nie
dostrzegali.

A ich były kolega partyjny, Jan Rokita, już podobno myśli
o odejściu z Platformy, gdyby ta rzeczywiście miała zblokować się z koalicją
lewicy i PSL, tak jak PiS blokuje się z Samoobroną i LPR.

I w ten sposób, na skutek pięknoduchostwa byłych działaczy
Unii Wolności i jakichś niezrozumiałych obaw (że prawica nazwie ich „różowymi”?
– przecież i tak nazywa, niezależnie, co robią) PO pójdzie do wyborów
izolowana, a Demokraci się rozpadną. A PiS zacieśnia koalicję z Samoobroną i
LPR-em, sondaże mu rosną i w ogóle się nie przejmuje, co inni o nim myślą.
Kiedyś śmiano się z kanapowych partii prawicy. Dziś wypadałoby się śmiać z
Demokratów. Tyle, że śmiech więźnie w gardle.

Pozór i wnętrze

Bracia Kaczyńscy są łatwym celem do wyśmiewania się. Można
wykpiwać fakt, że są bliźniakami (i przypominać Jacka i Placka), można żartować
ze starokawalerstwa Jarosława i jego kota, można kpić z Irasiada i torby pani
prezydentowej. Przez 10 lat prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego satyrycy tak
naprawdę mieli używanie raz – w związku z długością spódnicy Jolanty K.

Śmiech to zdrowie. Jednak jeżeli nawet dla poważnych
ludzi, Irasiad i torba stają się najważniejszymi tematami rządów bliźniaków, to
zaczyna się kłopot. Pozór, prezencja, błyskotliwość, ładna żona, a nawet płynna
znajomość trzech języków obcych nie są bowiem w moim odczuciu tym, jest
najważniejsze w polityce. Tymczasem wielu ludziom nabijanie się z Irasiada czy
hymnu w wersji Kaczyńskich zastępuje refleksję
nad naturą ich rządów. Inni z kolei oczekują od prezydenta właśnie tylko owego
pozoru i znajomości języków, żebyśmy „nie wstydzili się przed światem” (ciekawe,
ile języków obcych zna prezydent Bush albo inny Chirac i czy Amerykanie albo
Francuzi zastanawiają się, co inni sobie o ich prezydencie pomyślą).

Swoją drogą – w epoce zdominowania polityki przez
PR, w epoce, w której na kandydatów się patrzy, a niekoniecznie ich słucha, w
epoce, w której przystojniejsi kandydaci wygrywają prawie zawsze – kariera Kaczyńskich
to dla mnie fenomen. Fenomen, mimo wszystko, dla mnie pocieszający, niezależnie
od tego, co sądzę o ich poglądach. Ale ci, co ich wybrali, wybrali ich właśnie
za poglądy – a nie za wspomniane opakowanie.

Jeszcze o Powstaniu

Co dla mnie jest pamięcią przegraną, dla Kataryny i jej fanów jest pamięcią skutecznie odzyskaną. Cóż. Wydawało się w pewnym momencie, że bolesne doświadczenia przeszłości sprawiły, że Polacy zmądrzeli jako naród i wyzbyli się tego kultu zrywów bohaterskich, acz nieracjonalnych i sprowadzających na Polskę kolejne klęski. Gdzie tam. Popełniamy dokładnie takie same błędy jak w II Rzeczpospolitej. Pisałem już o tym, ale ta analogia zasługuje na szerszy opis.

Po powstaniu styczniowym Polacy wreszcie sobie uświadomili, że walka zbrojna z przeważającymi zaborcami, w dodatku współdziałającymi ze sobą, nie daje perspektyw na odzyskanie niepodległości. Znosili więc niewolę, dbali o zachowanie substancji narodowej, o rozwój gospodarczy, o wzmocnienie sił – i czekali na właściwy moment. Taki moment nadszedł w 1918 roku, w efekcie klęski wszystkich państw rozbiorczych. Ale – zaraz po odzyskaniu niepodległości politycy, publicyści i historycy zaczęli wmawiać narodowi, że odzyskali niepodległość… dzięki kolejnym powstaniom narodowym. Pokolenie, które walczyło w II wojnie światowej i podejmowało decyzje o powstaniu w Warszawie, pokolenie, które nie mogło już pamiętać lekcji Stycznia, było wręcz o tym przekonane.

Klęska Warszawy na nowo otrzeźwiła Polaków. Wielokrotnie podkreśla się, że pamięć o Sierpniu wpłynęła na przebieg Października 1956 i na to, że w Polsce nie miały miejsca tak dramatyczne wydarzenia jak na Węgrzech. Poważny, zorganizowany ruch oporu przeciwko władzy powstał nie wtedy, kiedy od razu zostałby zgniecony i utopiony w krwi, ale wtedy, kiedy klimat Helsinek i Gierkowskiego „otwarcia na świat” stworzył lepszą dla Polski koniunkturę. Także po 13 grudnia 1981 nikt poważny nie wpadł na pomysł, żeby ludzi prowadzić z bronią na czołgi – a przyjęta strategia oporu pozwoliła doczekać załamania potęgi ZSRR, Gorbaczowa i roku 1989. I znowu – im więcej czasu mija od 1989 roku, tym częściej słyszymy, że tak naprawdę niepodległość odzyskaliśmy dzięki klęsce 1944 roku, że tamta klęska była zbawieniem – nie tylko dla Polski, ale i dla całej Europy. Oto kilka kwiatków z tej łąki przeczytanych lub usłyszanych przy okazji tegorocznych obchodów:

„Gdyby nie Powstanie, Polska zostałaby siedemnastą republiką”. Kompletnie gołosłowne, nie ma żadnych argumentów, że Stalin kiedykolwiek coś takiego planował, są natomiast bardzo poważne, że planował dla Polski właśnie status państwa-satelity – po co w innym przypadku tworzyłby LWP, PKWN i tym podobne instytucje?

„Powstanie uratowało Europę przed komunizmem, bo gdyby nie ono, ZSRR mógłby zagarnąć większą część Europy”. Twierdzenie to oczywiście opiera się na tezie, że Stalin specjalnie zatrzymał front, żeby zrobić na złość powstańcom – tezie budzącej daleko idące wątpliwości z punktu widzenia militarnego, bo ofensywa sowiecka zdradzała objawy wyczerpania, ale mniejsza z tym. Teza ta: po pierwsze – przeczy elementarnej logice (czy gdyby Stalin miał szansę zagarnąć dla siebie całe Niemcy, w ogóle by się przejmował powstaniem w Warszawie, biorąc pod uwagę, ile miałby do wygrania?), po drugie – zdradza objawy myślenia mesjanistycznego (Polska Winkelriedem narodów!), po trzecie – przy tym mesjanizmie dziwnie przechodzi do porządku dziennego nad losem więźniów obozów koncentracyjnych i innych ofiar hitlerowskiej przemocy – głównie w Polsce – którym wcześniejsza ofensywa radziecka mogłaby przynieść wyzwolenie.

„Powstanie uodporniło Polskę na komunizm”. I znów – kompletnie gołosłowna teza. Powiedziałbym, że przez śmierć tysięcy młodej inteligencji, ale też na skutek zmiejszenia autorytetu Londynu i kierownictwa AK, jakie nastąpiły w efekcie klęski Powstania, powstanie wręcz ułatwiło komunistom zwiększenie wiarygodności ich władzy w Polsce.

Tak się post factum dorabia uzasadnienia do Powstania i przekonuje, że wcale nie było ono klęską.

Złowieszczy cykl: klęska – zmądrzenie po klęsce – zwycięstwo – gloryfikacja klęski – kolejna klęska. 1863-1918-1944-1989-? Ci, którzy dzisiaj gloryfikują tamtą klęskę, będą odpowiedzialni za następną. Ale co tam. Dla nich klęski są „moralnymi zwycięstwami”.

Koniec raju

Czytam
o presji polskich przedsiębiorców na otwarcie granic dla pracowników
z Ukrainy, Rumunii i Bułgarii. Okazuje się bowiem, że w Polsce, kraju o
kilkunastoprocentowym bezrobociu i jednym z najniższych w Europie wskaźników
aktywności zawodowej, zaczyna… brakować rąk do pracy.

Przez ostatnie osiem lat sytuacja na rynku pracy była dla
pracodawców rajem. Daleko posunięta nierównowaga, przy ciągłym wchodzeniu na
rynek kolejnych fal absolwentów, powodowało, że pracodawcy mogli robić
praktycznie wszystko, tylko częściowo będąc ograniczeni kodeksem pracy (bo przy
wysokim bezrobociu tylko bardzo zdeterminowani pracownicy będą domagać się jego
literalnego przestrzegania). Kompletny brak presji płacowej zakrywał też
problemy, takie jak wysokie pozapłacowe koszty pracy – podstawowym tematem był
wtedy podatek liniowy i jego rzekomo zbawienne skutki dla rozwoju
przedsiębiorstw. Taka sytuacja rzutowała też na to, że firmy nie chciały
inwestować w pracowników czy choćby po prostu uczyć ich specyfiki zawodu –
chciały dostawać z uczelni, jak na targu, pracowników gotowych do wykonywania
konkretnych, specyficznych zadań. Stąd nieustanne marudzenie, że „szkoły wyższe
uczą zbyt ogólnie” – marudzenie, któremu niestety uczelnie ulegały. Jakby to
wyższa uczelnia była szkołą zawodową i jakby rynek pracy w XXI wieku nie
wymagał właśnie elastyczności – elastyczny pracownik konkretnych rozwiązań czy
narzędzi jest się w stanie szybko nauczyć już w pracy. Ale to kosztuje, więc
lepiej ten koszt przerzucić na kandydata do pracy czy uczelnię, skoro sytuacja
pozwalała.

Przedsiębiorstwa przyzwyczaiły się do komfortowej dla
siebie sytuacji na rynku pracy. Dlatego też 1 maja 2004 był dla nich szokiem.

Sam pracowałem w zeszłym roku w średniej wielkości
przedsiębiorstwie, siedziałem w jednym pokoju z szefem produkcji i widziałem,
jak co miesiąc kilku pracowników przychodziło do niego i zapowiadało, że
odchodzi z pracy – z wypowiedzeniem, bez wypowiedzenia, jak kto woli. A nie
sądzę, żeby moja firemka była pod jakimś względem wyjątkiem. Przez ileś tam lat
przedsiębiorcy mogli w swoich biznesplanach bezkarnie minimalizować
wynagrodzenia – w tej chwili to się skończyło. I odnoszę wrażenie, że nie mają
żadnego pomysłu, co z tym robić. Stąd te rozpaczliwe pomysły importu Rumunów
czy Bułgarów. Rozpaczliwe, bo jakoś nie widzę Rumunów czy Bułgarów przyjeżdżających
do Polski pracować za tysiąc kilkaset złotych (to ci lepiej wykwalifikowani)
lub kilkaset (to ci mniej) – zwłaszcza, że za kilka miesięcy rynek UE otworzy
się także dla nich. Jeżeli już Rumuni pomogą naszemu rynkowi pracy, to przede
wszystkim w taki sposób, że podejmą skuteczną konkurencję z Polakami w Londynie
czy Dublinie – skłaniając część z nich do powrotu do kraju. Nawet dla Ukraińców
Polska przestaje być takim Eldorado jak kilka lat temu – gospodarka ukraińska
jednak przezentuje się zdecydowanie lepiej niż w poprzedniej dekadzie,
pojawiają się inwestycje zagraniczne, a państwo wreszcie wypłaca emerytury.

Zmiana, o której pisałem, będzie też rzutować na
inwestorów zagranicznych wchodzących do Polski. Pojawiły się ostatnio
informacje, że Walmart, który miał kupić (za pośrednictwem Metro) polskiego
Geanta, jednak do Polski nie wejdzie – może Amerykanie zwąchali pismo nosem i
uświadomili sobie, że czas Biedronek mija? Tak samo mówi się o kłopotach, jakie
z pozyskiwaniem pracowników mają wrocławskie fabryki LG.

Konsekwencje będą rozmaite. Firmy będą musiały pozmieniać
swoje biznesplany, wiele z nich po prostu nie będzie w stanie lepiej płacić
pracownikom i pewnie zbankrutuje. Ci, co będą mogli, podwyższą ceny i należy
się obawiać, że Polska przestanie być najtańszym krajem w okolicy (podczas
podróży po sąsiednich krajach w kilku ostatnich latach stwierdziłem, że
przeciętne ceny w sklepach wyższe niż u nas są już nie tylko w Czechach czy na
Słowacji, ale i w Rumunii czy Bułgarii). Z racji wrodzonego skąpstwa oczywiście
mi się to nie podoba, ale jednak jestem przekonany, że to dobrze.

I żadni Rumuni tego nie zmienią.