Negocjacje koalicyjne

Prowadzenie bloga o bieżących wydarzeniach jest niebezpieczne. Tydzień temu pisałem, że PiS nie będzie przejmować się kwestiami stabilizacji makroekonomicznej, gdy chodzi o stabilizację władzy. Dzień później, na tle sporu o założenia budżetu, doszło do rozpadu koalicji z Samoobroną, co najprawdopodobniej doprowadzi do przyspieszonych wyborów i utraty władzy przez PiS. Spełnienie żądań Leppera doprowadziłoby do natychmiastowego kryzysu finansowego, co więcej jednak – sprawiłoby, że to Lepper zostałby głównym dobroczyńcą rozdającym pieniądze, i to na konto Leppera płynęłyby polityczne zyski z tej akcji – i podejrzewam, że to właśnie zdecydowało, że Jarosław Kaczyński podjął ryzyko wyrzucenia Leppera z rządu. Dzisiaj wydaje się jednak, że nie docenił sprytu i cwaniactwa Leppera.

Śmieszy mnie trochę to święte oburzenie po ujawnieniu „taśm Beger”. To, że negocjacje koalicyjne w Polsce polegają w znacznym stopniu na handlu stanowiskami ministerialnymi i miejscami na listach, w szczególności gdy jednym z negocjatorów jest tak bezideowa zbieranina jak resztki po Samoobronie, wie w Polsce każdy gimnazjalista z dopuszczającym z wosu. Zresztą, nie sądzę, żeby to zjawisko było wyjątkowo dla Polski specyficzne – chociaż na pewno niestabilność polskiej polityki, brak trwałych większościowych koalicji i szerzej, brak przywiązania elektoratów do partii, sprzyja jego rozkwitowi. Swoistym novum jest obietnica bezpieczeństwa przed egzekucją weksli oraz wyroków sądowych – ale to już jest specyfika folkloru z okolic ław poselskich Samoobrony. Jestem w stanie uwierzyć w tezy Lipińskiego i Kuchcińskiego o przygotowanej prowokacji – i bardzo jestem ciekaw, czy Sekielski i Morozowski byliby tak samo gotowi pomagać w nagraniu i umieszczać na antenie negocjacje na przykład polityków PO. Zwłaszcza, że to wyraźnie sama Beger wymuszała na Lipińskim wszelkie deklaracje. Tak czy owak, PiS wpadł w pułapkę i wygląda na to, że szanse na przyciągnięcie PSL i odpowiedniej liczby uciekinierów z Samoobrony drastycznie zmalały. Przynajmniej teraz – a teraz, przy uchwalaniu budżetu, większość jest PiS-owi niezbędnie potrzebna.

(Swoją drogą, najzabawniejsze w tym wszystkim dla mnie jest święte oburzenie PSL-u. "O czym mamy rozmawiać z PiS? O programie?" – kabaret po prostu w ustach działaczy akurat tej partii. Albo próba podbicia ceny).

Tylko co dalej? Jeżeli nie przejdzie pomysł daleko idących zmian w ordynacji wyborczej (a osłabiony i tracący wiarę w zwycięstwo wyborcze PiS może przestać być takimi zmianami zainteresowany), to jedyną opcją po ewentualnych wyborach stanie się… powrót do koalicji PiS-PO. Ale czy to możliwe, po tym, co te partie o sobie już nawygadywały i będą wygadywać jeszcze w kampanii wyborczej? Paradoksalnie, upadek koalicji – i potencjalny upadek rządu Jarosława Kaczyńskiego – następuje za wcześnie. PiS jeszcze nie zdążył się dostatecznie zużyć, dostatecznie skompromitować i pozostanie poważną siłą na polskiej scenie politycznej. Będziemy mieli trzy, ewentualnie cztery partie – PO, PiS, Samoobronę i Centrolew – z których żadna nie jest w stanie z żadną zawrzeć koalicji, a każda jest za słaba na zdobycie samodzielnej większości. 

Nie widzę wyjścia z tego pata.