Przed wyborami w moim mieście

Do wyborów na prezydenta Katowic jeszcze półtora miesiąca, ale zwycięzca jest już praktycznie znany – jeżeli coś może odebrać Piotrowi Uszokowi kolejną kadencję w gmachu przy ulicy Młyńskiej, to tylko nagły atak choroby, porwanie przez UFO czy inne WSI albo odebranie prawa wyborczego – kontrkandydaci są zagrożeniem pomijalnym. Cztery lata temu PO miała popularnego i znanego kandydata (Andrzeja Sośnierza, cenionego na Śląsku za swoją pracę w Śląskiej Kasie Chorych) – a i tak Uszok wygrał w pierwszej turze. W tym roku nawet gdyby ktoś chciał głosować przeciwko Uszokowi – to po prostu nie ma na kogo.

A powodów głosowania przeciwko znalazłoby się sporo. Pisałem jakiś czas temu tu o fenomenie Rafała Dutkiewicza, prezydenta Wrocławia. Uszok jest jego przeciwieństwem. Sprawny administrator, dobry gospodarz – cechujący się charyzmą i wizją na poziomie kreta na Żuławach. Przez ostatnie kilkanaście lat (Uszok był, o ile dobrze pamiętam, we wszystkich zarządach Katowic od 1990 roku, a od ośmiu lat jest prezydentem) w mieście zmieniło się wiele – poprawił się stan infrastruktury, zbudowano ileś tam nowych dróg, powstały nowoczesne i atrakcyjne gmachy, a stare zostały odnowione. Jedno się nie zmieniło – wizerunek miasta. Katowice nadal funkcjonują w świadomości społecznej jako miasto ciężkiego przemysłu, brudne, zadymione, z wielkimi problemami związanymi z restrukturyzacją gospodarki. Nieważne, że tego ciężkiego przemysłu nigdy w samych Katowicach nie było za dużo, że pod względem ilości lasów i parków Katowice są w ścisłej czołówce miast Polski, że bezrobocie w mieście waha się w granicach 5%. Co z tego? Co więcej, w przeciwieństwie do wszystkich innych wielkich polskich miast Katowice nie mają swojej legendy, czegoś, co by powodowało, że mieszkańcy są ze swojego miasta dumni i się z nim identyfikują. Weźmy dla porównania Łódź – miasto również zawdzięczające swój status XIX-wiecznej rewolucji przemysłowej, miasto borykające się z mnóstwem problemów gospodarczych i społecznych, miasto, gdzie nawet w ścisłym centrum z jedna trzecia kamienic woła o pilny remont. A jednak – nie spotkałem jeszcze łodzianina, który nie byłby dumny z Łodzi, z „Ziemi obiecanej”, z Tuwima i Piotrkowskiej; i wiem, że gdybym w Łodzi odważył się powiedzieć, że to miasto jest brzydkie, zarobiłbym w zęby. O Katowicach ludzie mówią, że są brzydkie (do mnie, wiedząc, że jestem katowiczaninem) bez specjalnych oporów i jakiegokolwiek zażenowania. Nauczyli się, że na to miasto wypada narzekać, że nawet jego mieszkańcy się z nim nie identyfikują – niektórzy nawet marzą o wyprowadzce do np. Krakowa.

Katowice są miastem pod wieloma względami skazanym na sukces. Pod względem komunikacyjnym nie może się z nimi równać żadne miasto w Polsce; mają infrastrukturę, mają wykształcone kadry o wysokim poziomie kultury technicznej, mają zaplecze przemysłowe, mają mieszkania w niezłym stanie – i do tego na razie znacznie tańsze niż w innych dużych miastach. Są ważnym ośrodkiem kulturalnym, w niektórych dziedzinach jednym z najważniejszych w kraju. I tego zupełnie nie wykorzystują. Mimo że tyskie, gliwickie i dąbrowskie zakłady Specjalnej Strefy Ekonomicznej prężnie się rozwijają, w samym mieście prywatnych inwestycji jak na lekarstwo, może poza kolejnymi hipermarketami. Teraz pojawił się pomysł włączenia katowickich biurowców do SSE i ściąganie tam centrów obliczeniowych i innej działalności usługowej – co np. Łódź czy Wrocław zrobiły już dawno. A przecież rozwój Katowic w XIX i XX wieku był właśnie związany przede wszystkim z pełnieniem funkcji usługowej i dyspozycyjnej wobec okolicznego przemysłu. Ale – inwestorzy z wysokiej półki zwracają uwagę, w jakim mieście inwestują, patrzą na jego markę, na to, jak się w nim żyje. I znów – barierą rozwoju staje się taki a nie inny wizerunek miasta.

Zdaję sobie sprawę, że władze Katowic są w specyficznej sytuacji. Tak naprawdę tworzenie wizerunku powinno dotyczyć nie tylko samego trzystutysięcznego miasta, ale i całej trzymilionowej aglomeracji – ale to wymagałoby współpracy wszystkich miast składających się na nią; instytucjonalnych form takiej współpracy nie ma, a z doświadczeń wynika, że każdy w takich sytuacjach ciągnie w swoją stronę. Ale – jeśli się chce utrzymać Katowice w pierwszej lidze polskich miast, trzeba próbować. Tymczasem czytając wypowiedzi ludzi z Młyńskiej, mam wrażenie, że albo nie widzą oni problemu, albo go nie rozumieją, albo szukając rozwiązań nie są w stanie wyjść ze schematów myślowych odpowiednich przy np. budowie kanalizacji, a nie przy budowaniu marki miasta.

Cóż, jak pisałem, wyboru i tak nie ma.

(Aha – gdzieniegdzie problem braku tożsamości Katowic sprowadza się do braku „prawdziwego rynku”. Bzdura jak dla mnie. Katowice nie powinny udawać kogo innego niż są i stroić się w nie swoje szaty. Nie są i nigdy nie będą Krakowem czy Wrocławiem. Łódź czy Gdynia świetnie się bez rynku obywają. Natomiast brak miejsc do spędzenia czasu wieczorem – o, to prawda).

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s