Deszczowy powyborczy poniedziałek

Jeszcze w piątek komentatorzy marudzili, że wybory samorządowe są upolitycznione, że przecież powinny dotyczyć zarządzania miastem i regionem, a nie być plebiscytem poparcia dla partii w skali kraju. W poniedziałek sami wyciągają z wyborów wnioski „ogólnokrajowe”. I to nie z wyborów do sejmików, gdzie warunki są rzeczywiście zbliżone do głosowania w wyborach parlamentarnych, ale z wyborów do rad miast. (Już nie mówiąc o wyciąganiu z wyników w miastach wniosków co do tendencji w całym kraju).

Tak czy owak, coś te wyniki mówią. Mówi przede wszystkim frekwencja – ludzie uświadomili sobie, że swoją absencją wyborczą stają się współodpowiedzialni za Giertycha i Leppera w rządzie i postanowili nie dopuścić do powtórki w samorządach. Cztery lata temu wynik wyborów samorządowych wyraźnie sygnalizował zmianę trendu: osłabienie lewicy, która – jak się zdawało w 2001 roku – ma zapewnioną dominację na scenie politycznej na bardzo długo, i wzmocnienie prawicy. W tej chwili sytuacja jest o tyle inna, że wynik wyborów 2005 uważam za jakąś przejściową anomalię, jednorazowy „skok” poparcia (wynikający z bardzo ostrej kampanii PiS i przespania jej przez PO), a nie odzwierciedlenie rzeczywistych nastrojów społecznych (tak, jak odzwierciedlało je zwycięstwo SLD w 2001). Wynik w sejmikach (znamy na ten moment szacunki PKW dające PO minimalną przewagę, ale jeśli się to zmieni, to raczej na korzyść PO) jest więc raczej „powrotem do normy” i na pewno nie świadczy o zmianie trendu.

Natomiast absolutnie skandaliczny był warszawocentryzm obecny w pierwszych komentarzach wyborczych (w szczególności w TVP, Trójce i Gazecie.pl, bo tam śledziłem wyniki). Pojedynkowi HGW z Marcinkiewiczem poświęcono gdzieś 70% czasu, a o sytuacji w niektórych innych dużych miastach nie wspomniano prawie w ogóle. Samorząd terytorialny samorządem terytorialnym, a myślenie, że Polska to Warszawa, pokutuje dalej.