PMS, Leo i jego fani

Gdy Leo Beenhakker zostawał trenerem reprezentacji, witała
go niechęć polskich trenerów (a przynajmniej ich znacznej części) i daleko
idące poparcie kibiców, wściekłych po klęsce w Niemczech i nie wierzących, że
jakikolwiek polski trener jest w stanie doprowadzić do jakościowej zmiany w
grze polskiej drużyny. I ci kibice, chcąc bronić Beenhakkera przed spodziewaną
krytyką jego pracy, od razu zaczęli wymyślać powody mające usprawiedliwiać jego
ewentualne porażki i brak awansu do ME. Prawdziwe – czyli to, że drużyna po MŚ
była totalnie rozbita i trzeba było tworzyć ją od nowa, nie za bardzo wiadomo z
kogo. I fałszywe – czyli np. to, że grupa eliminacyjna do ME jest trudna.
Zestaw, w którym obok Portugalii była jedna drużyna na porównywalnym poziomie i
tak samo zdemoralizowana po klęsce na MŚ (Serbia), jeden przeciętniak z renomą
i jeden bez renomy plus trzech outsiderów był przedstawiany niemal jako grupa
śmierci. Tak krytykowani Janas i Engel wszak eliminacje wygrali, więc trzeba
było z góry stworzyć dla Beenhakkera usprawiedliwienie, gdyby on miał je
przegrać. Zabawne, jak bardzo zwolennicy Leo – krytykujący tzw. polską myśl
szkoleniową – w ten sposób przyjęli myślenie właśnie jej kategoriami,
obejmujące m.in. właśnie minimalizm i wynajdywanie z góry uzasadnień przyszłych
porażek.

Na szczęście Beenhakker jest Holendrem i wspomniany sposób
myślenia jest mu kompletnie obcy. Chce po prostu awansować do ME, a nie „budować
drużynę” czy myśleć o usprawiedliwieniu braku awansu. I jest na dobrej drodze.

Patrząc na jego poprzednie wyniki nie wierzyłem, że jest w
stanie dokonać wspomnianej zmiany jakościowej. Dzisiaj wygląda na to, że się
myliłem. Zwycięstwo z Belgią jest dla mnie być może nawet cenniejsze niż z Portugalią.
W tamtym meczu wszystko się Polakom udawało, tu – zwycięstwo trzeba było ciężko
wywalczyć, grając w bardzo osłabionym składzie. I okazało się, że nawet taki
skład jest w stanie mecz wygrać, będąc drużyną lepszą i kontrolując grę
właściwie przez cały czas – poza może doliczonymi minutami obu połów. I
przecież nie dlatego, że Dudka czy Wasilewski nagle stali się geniuszami piłki.

Jeszcze jedno. Pamiętam taki mecz, Polska-Holandia, w
Poznaniu, kończący EMŚ 1994. Kibiców holenderskich było tak z kilka razy więcej
niż polskich. Dzisiaj polscy kibice przeważają liczebnie nad zwolennikami
gospodarzy w Brukseli. Tamten mecz był o pietruszkę dla naszych i decydujący
dla Holendrów, ten – miał takie samo znaczenie dla obu drużyn. „Gramy u siebie”
coraz częściej.