Rechot

Jakiś komitet wyborczy postanowił zrobić sobie głupi żart
i wynalazł, a potem wystawił w wyborach na prezydenta Białegostoku niejakiego
Krzysztofa Kononowicza. Nie wiem za bardzo, kim Kononowicz jest – z tego, co
widziałem i co czytałem, wygląda na człowieka trochę opóźnionego w rozwoju
intelektualnym, a w każdym razie bardzo prostego, niewykształconego, nie
potrafiącego się wysłowić, bezradnego w życiu. Że ktoś sobie z niego zrobił
jaja i zaproponował mu kandydowanie w wyborach, jestem w stanie zrozumieć. Że setki
tysięcy ludzi, przeważnie o wykształceniu wyższym od przeciętnego, się tym
żartem świetnie bawi, zrozumieć nie jestem w stanie. Że tym żartem świetnie bawią
się również znakomitości medialne, tak pełne słów o wrażliwości i etyce, tym
bardziej jest dla mnie niepojęte.

Mnie tam rodzice w domu, nauczyciele w szkole i ksiądz na
religii nauczyli, że nie śmieje się z czyjegoś wyglądu, ubrania, sposobu
wysławiania się, ogólnie – z czyjejś nieporadności. Nie wierzę, żeby oglądający
Kononowicza też tego wszystkiego nie słyszeli. Skąd więc ten rechot? Bo inni
się śmieją, więc my też? To zaczyna trochę przypominać zachowanie gimnazjalistów
w klasie w Kiełpinie, jak dla mnie.

Jeszcze jedno. Reakcja na Kononowicza po raz kolejny
pokazała mi, jak trafne było określenie „wykształciuch” zastosowane przez
Dorna. Bo właśnie ten rechot z biedniejszych, gorzej wykształconych i źle się
ubierających jest jak dla mnie kwintesencją wykształciuchostwa.