Warszawskie kiwki

Platforma Obywatelska zerwała rozmowy z Lewicą i
Demokratami w sprawie poparcia przez LiD Hanny Gronkiewicz-Waltz w wyborach na
prezydenta Warszawy w zamian za koalicję w radzie miasta. Działacze PO wyszli
zapewne z założenia, że wybory prezydenckie i tak się wygrają, sojusz z LiD
może być trudny do przyjęcia dla części platformowego elektoratu, a do tego
doda amunicji propagandystom PiS.

No cóż, jak dla mnie jest to podjęcie daleko idącego
ryzyka. Wybory bowiem się wcale wygrać nie muszą. Dla elektoratu lewicowego
wybór między Kazimierzem Marcinkiewiczem a Hanną Gronkiewicz-Waltz to jak wybór
między dżumą a cholerą. (Uważam, że Gronkiewicz-Waltz była bardzo złą
kandydaturą na prezydenta Warszawy – ze względu na brak wyrazistości i
charyzmy, ale także ze względu na to, że może być ciężka do zaakceptowania dla
wyborców Borowskiego – jako zbyt blisko związana z konserwatywną prawicą i z
Kościołem). Marcinkiewicz przynajmniej nie łasił się o poparcie do kardynała Dziwisza…
Tak naprawdę, głównym argumentem, dla którego wyborcy Borowskiego mieliby
głosować na HGW, jest to, że ona nie jest z PiS. Ale PO robi wiele, żeby wagę
tego argumentu osłabić.

Paradoksalnie, to zwycięstwo Marcinkiewicza daje większe
szanse LiD na współtworzenie większości w Radzie Warszawy – wtedy PO będzie
zapewne chciało ograniczyć wpływ PiS i sparaliżować prezydenta, a więc Lewica i
Demokraci staną się pożądanym partnerem. Po zwycięstwie HGW natomiast realna
staje się koalicja z PiS (choćby celem zapewnienia sobie neutralności rządu dla
warszawskich projektów infrastrukturalnych) albo rządy mniejszościowe.

I jeszcze jedno. Dzisiejsze manewry PO w Warszawie za trzy
lata mogą się powtórzyć przy okazji wyborów do Sejmu. Nie sądzę, żeby nawet z
PSL (swoją drogą, jakby ktoś sześć lat temu powiedział mi, że PSL będzie
strategicznym partnerem PO, to bym równo obśmiał) Platforma była sobie w stanie
zapewnić większość. Wszystko na to wskazuje, że Platforma dalej chciałaby
koalicji z PiS, tylko takiej, w której to ona miałaby pozycję dominującą. Ale
żeby to ona miała pozycję dominującą, trzeba zdobyć odpowiednio dużo głosów,
także sięgając po wyborców lewicy. Tylko jeśli to się nie udało rok temu, gdy
lewica była wyjątkowo słaba i sytuacja wyjątkowo ku temu sprzyjająca, to czemu
ma się to udać teraz i za trzy lata?