Dlaczego Kazimierz jest samotny?

Katarzyna Kolenda-Zaleska zwróciła
uwagę
, że w walce o prezydenta Warszawy Kazimierz Marcinkiewicz
kompletnie nie ma wsparcia ze strony polityków PiS-u (w przeciwieństwie do na
przykład PiS-owskich kandydatów na prezydentów Zgierza czy Żyrardowa, których w
tym tygodniu osobiście wsparł premier Kaczyński). I w domyśle – Kaczyńskiemu niespecjalnie
na zwycięstwie Marcinkiewicza zależy.

Owszem, Jarosław Kaczyński ma powody do mieszanych uczuć w
związku z kandydaturą Kazimierza Marcinkiewicza – jest to polityk inteligentny,
medialny, jak na PiS wyjątkowo niezależny i mogący łatwo w razie czego stać się
liderem wewnątrzpartyjnej opozycji. Ale myślę, że powody, dla którego premier
unika osobistego udziału w kampanii Marcinkiewicza, są dużo prostsze i dość
oczywiste. Gdyby premier Kaczyński wystąpił w Warszawie na wiecu i osobiście
ogłosił poparcie dla Marcinkiewicza, byłby to prezent, o jakim w najśmielszych
snach nie marzą propagandyści PO. Cała kampania Marcinkiewicza prowadzona jest
na nucie „ja nie jestem taki sam jak cała reszta PiS-u” i to – porównując
wyniki jego w pierwszej turze i PiS-u w głosowaniu do Rady Warszawy – się
sprawdza. Ewentualne poparcie Marcinkiewicza przez Kaczyńskiego by skutecznie
tę strategię zniszczyło.

A mnie cały czas intryguje, czy on naprawdę „nie jest taki
sam”, czy jest to tylko rola. Cóż, być może będziemy mogli po niedzieli
zobaczyć.

… i krakowska wystawa

Wystawa nie taka jak w sklepie, ale taka jak Zagumnego do Wlazłego. W roli Zagumnego Jan Rokita. Tyle, że wystawił piłkę zawodnikowi innej drużyny.

O ile zachowanie PO w sprawie Borowskiego jest dla mnie
przykładem strategii nietrafnej, ale zrozumiałej, o tyle to, co się dzieje
wokół wyborów w Krakowie, jest dla mnie po prostu niezrozumiałe w najwyższym
stopniu. Jestem w stanie zrozumieć, że Rokita woli jako prezydenta Krakowa
Terleckiego niż Majchrowskiego, zwłaszcza że od tego ostatniego dostał solidne
lanie w wyborach cztery lata temu. Ale takie deklaracje poparcia się na ogół
drogo sprzedaje – albo za obietnicę koalicji i wspólnego realizowania programu,
jak to próbował zrobić Borowski w Warszawie, albo przynajmniej za jakieś
deklaracje programowe. W Poznaniu politycy PiS uzależnili poparcie kandydatki
PO na prezydenta od jej odpowiedniej opinii o Marszu Równości. Tymczasem Rokita
i inni krakowscy politycy PO deklarują poparcie dla Terleckiego praktycznie za
darmo. Co się stało?

Największym sukcesem politycznym PO tego roku było
odzyskanie możliwości koalicyjnych. Jesienią zeszłego roku PO było skazane na
koalicję z PiS, PiS miało alternatywę w postaci aliansu z LePpeRami i z niej
skorzystało. W tej chwili możliwości koalicyjne PiS się gwałtownie skurczyły,
tymczasem PO ma możliwość zawierania sojuszy z różnymi partnerami. Gdybyż tylko
chciało! To, co robi Rokita, to jest wyraźne dawanie do zrozumienia wszystkim
wokół, że tak naprawdę Platformę interesuje tylko sojusz z PiS-em. I nawet
jeśli za swoje zachowanie Rokita dostał reprymendę od władz partii, sygnał
wyszedł i został zrozumiany – przyszła pozycja negocjacyjna Platformy została
znacznie osłabiona. Zwłaszcza, że znając przeszłość Rokity (w szczególności
Inicjatywę Trzy Czwarte i dzieje jego rozstania z Unią Wolności) można łatwo
sobie wyobrazić, że w chwili, gdy Platforma zawarłaby jakieś porozumienie z
LiD-em, opuściłby ją trzaskając drzwiami. I specjaliści od gier parlamentarnych
w PiS-ie są tego świadomi.