Maraton japoński

Skoro wspomniałem o Zagumnym, to wypada się odnieść do
trwającego w Japonii maratonu. Wszystkim podniecającym się kolejnymi
zwycięstwami kadry Lozano chciałbym przypomnieć, że poprzednie mistrzostwa
świata zaczęliśmy od pokonania samych Włochów. Skończyliśmy natomiast porażką z
Portugalią i miejscem 9-12, o ile dobrze pamiętam. W tych MŚ decydujące będą dwa mecze – z Rosją i Serbią. Polscy
siatkarze jak do tej pory ani razu nie pokazali, że są w stanie wygrywać
decydujące mecze z drużynami ze ścisłej czołówki światowej (kilkakrotnie natomiast pokazali, że potrafią je w absolutnie spektakularny sposób przegrywać). Pozostaję więc
sceptykiem.

Natomiast ciekawy przebieg miały zakończone tydzień temu
mistrzostwa siatkarek. Polki przerżnęły je popisowo, czego biorąc pod uwagę
wszelkie okoliczności (zwłaszcza to, że dwie gwiazdy zespołu postanowiły zrobić
sobie przerwę, przy okazji fundując przerwę trenerowi) należało się spodziewać.
Jednak do tej pory uważano, że Polki – dwukrotne mistrzynie Europy – ciągle
muszą wykonać poważny krok do przodu, żeby znaleźć się w czołówce światowej
obok takich drużyn jak Brazylia, Chiny czy Kuba. Tymczasem na tych
mistrzostwach nastąpiła kompletna zmiana układu sił. W pierwszej czwórce nie
znalazły się ani Chinki, ani Kubanki, znalazły się natomiast aż trzy drużyny
europejskie. Z każdą z nich polska drużyna rok temu podczas ME w Chorwacji
popisowo wygrała.

Być może Polki (w szczególności gwiazdy drużyny –
Glinka i Świeniewicz) potraktowały sezon ulgowo wychodząc z założenia „e, i tak
nic nie wygramy”. Tymczasem szansa na medal w Japonii była bardzo realna, gdyby
Polki zagrały na poziomie choćby nieco niższym niż rok temu. Sukcesy Rosjanek,
Serbek i Włoszek powinny Polkom uświadomić, że są w stanie spokojnie walczyć o
najwyższe zaszczyty także na arenie światowej, a nie tylko w Europie. Pytanie
tylko, czy tej drużynie jeszcze na najwyższych zaszczytach zależy.