Fałszywy alarm

Pisałem już, w jaką paranoję wpadamy przy okazji walki z
terroryzmem, jak bardzo bojąc się terrorystów ulegamy im. Jednym z aspektów tej
paranoi jest uleganie fałszywym alarmom bombowym.

Dzisiaj w Katowicach przez około dwóch godzin zamknięte
były dworce kolejowy i autobusowy. Podobno ktoś podał informację o bombie. Setki
ludzi tłoczyły się na przed dworcem czekając na swój pociąg. Setki innych czekały
w pociągach oczekujących na wjazd do Katowic – bo ruch pociągów w okolicy węzła
katowickiego został wstrzymany. Tysiące innych spóźni się na swój pociąg,
niektórzy pewnie nie będą mieli gdzie spędzić dzisiejszej nocy. Oczywiście nikt
żadnej bomby nie znalazł – jak zwykle.

Wkurza mnie łatwość, z jaką ktoś podejmuje decyzje o
zamknięciu dworca i sparaliżowaniu całej sieci kolejowej w okolicy. Rozumiem,
że jest to dupokryjstwo. Gdyby tak raz na tysiąc razy okazało się, że alarm był
prawdziwy, bomba gdzieś była rzeczywiście i nie daj Boże by wybuchła i
spowodowała ofiary, ktoś, kto zignorował alarm, natychmiast miałby na karku
prokuratora, premiera, dziennikarzy i opinię publiczną. Tymczasem konsekwencji
za takie działanie jak dzisiaj nikt nie wyciągnie – mimo tego, że kosztowało dziesiątki
(a może setki) tysięcy złotych, o kosztach niematerialnych nie wspominając.
Tyle że takich strat się nie zauważa. (Oczywiście, szkody powinien pokryć
fałszywie alarmujący – ale jakoś nie wierzę, że: a) go się złapie, b) że się
cokolwiek od niego wyegzekwuje ).

Swoją drogą, czy ktoś pamięta, kiedy ostatnio dzięki
alarmowi znaleziono prawdziwą bombę?