Kampania

Od jakichś dwóch tygodni lokalny oddział „Gazety
Wyborczej”, a w szczególności dziennikarka Anna Malinowska, prowadzi kampanię
obywatelskiego gniewu skierowaną w stronę PKN Orlen, a konkretnie w stronę
ajentki jednej ze stacji w Katowicach. Na stacji tej przemieszkiwał od lat
pies, którym poprzedni pracownicy stacji się opiekowali – nowa ajentka uznała z
jakichś powodów, że psa na stacji trzymać nie chce lub nie może. I się zaczęło.
Sążniste, dramatyczne artykuły grające na uczuciach, wzbudzające współczucie
dla losów psa i wściekłość na „bezduszną” ajentkę i cały Orlen. Kampania
została wstrzymana w zeszłym tygodniu, mimo że akurat znaleziono psa martwego,
ale niestety przydarzyła się tymczasem Halemba i w obliczu tego dramatu cała
nieproporcjonalność i nieadekwatność tej kampanii byłaby aż nadto widoczna.
Jednak pani Malinowska nie mogła sobie darować tak fantastycznego tematu i w
tym tygodniu znów do niego wróciła – przecież ktoś mógłby zapomnieć jeszcze o
bojkotowaniu stacji.

Bo przecież to nic nie kosztuje – poroztkliwiać się nad
psem, ponarzekać na „bezduszność” ajentki. Nad tym, że utrzymując psa na stacji
ajent faktycznie bierze za niego odpowiedzialność, dziennikarka się już nie
zastanawia. Nie zastanawia się też nad konsekwencjami prawnymi dla ajentki,
gdyby pies (ktoś go w ogóle szczepił?) spowodował jakieś szkody. Bardzo łatwo
jest być humanitarnym na czyjś koszt.

Ja się cały czas zastanawiam, czy lokalne oddziały GW
dostają prikaz z centrali, że muszą wyrobić plan ilościowy tego typu kampanii w
określonym czasie. Bo patrząc na wagę poruszanych w nich tematów tak to właśnie
może wyglądać.

A następnym razem zatankuję właśnie na tej stacji Orlenu.
O ile obniżą cenę
J.

PS. A w innej lokalnej gazetce pan Jarosław Gibas oburza
się między innymi na krótkowłosych pseudointelektualistów, nazywając ich przy
okazji idiotami – a powodem oburzenia jest to, że zastanawialiśmy się nad
powodem, dlaczego akurat śmierć w Halembie tak się wyróżnia. Pisze pan Gibas o
innych tragicznie zmarłych: „Na drogach giną, bo ktoś wsiadł do samochodu po
pijanemu, ktoś był na tyle bezmyślny, by nie dostosować szybkości do przepisów,
możliwości samochodu czy własnych umiejętności. Tych dwudziestu trzech górników
straciło życie w inny sposób – idąc po prostu do pracy”. Szczyty cynizmu i
zakłamania. Pan Gibas sugeruje w podtekście, że ofiary wypadków drogowych są
winne same sobie. Ciekawe, czemu była winna ta piątka zrzucona z mostu przez
pirata na Trasie Toruńskiej. Oni też szli do pracy. Maszynista zmiażdżony na
węglówce był w pracy. A co do
bezmyślności – posyłanie ludzi w obszar o podwyższonym zagrożeniu wybuchu pyłem
węglowym jest mniej bezmyślne niż jeżdżenie po mieście 120 km/h? Swoją drogą,
cały czas mam wrażenie, że to całe opowiadanie o wyjątkowości, etosie itp. jest
w dużej mierze po to, żeby zamknąć usta tym, co chcą zadawać niewygodne
pytania. Bo owszem, górnictwo jest niebezpiecznym zajęciem i nim pozostanie, ale
jednak większość wypadków ma miejsce nie na skutek czynników obiektywnych i
nieprzewidywalnych, ale na skutek nieprzestrzegania procedur – czy dla zysku,
czy ze zwykłej bezmyślności.

Jeszcze o premierze z zagranicy

Ten premier z zagranicy skojarzył mi się z zakończoną właśnie kampanią wyborczą w Warszawie, gdzie jednym z głównych zarzutów wobec Marcinkiewicza było to, że jest człowiekiem z Gorzowa, a nie „prawdziwym warszawiakiem” i w związku z tym Warszawy nie zna.

Mniejsza o konkretny przypadek Marcinkiewicza, chodzi o coś innego. W biznesie zaproszenie do zarządzania firmą wybitnego fachowca z zewnątrz jest czymś normalnym i nie budzi żadnego zdziwienia. Dlaczego więc wybitnego fachowca w dziedzinie samorządności nie może sobie zatrudnić gmina? Głosy, że taka osoba „nie zna lokalnej specyfiki” dziwnie mi przypominają właśnie argumenty przeciwników zatrudniania zagranicznych trenerów. Tej „specyfiki” naprawdę można się nauczyć dość szybko – podejrzewam, że znacznie szybciej niż umiejętności rozmawiania z inwestorami, sprawnego zarządzania finansami publicznymi czy pozyskiwania pieniędzy z budżetu centralnego czy unijnego.

Powtórzę jeszcze raz – nie chodzi o przypadki „spadochroniarzy” zsyłanych przez partie na zagrożone odcinki. Ale na przykład o kogoś, kto sprawdził się jako burmistrz – powiedzmy – Zduńskiej Woli i chciałby kandydować na prezydenta Łodzi. Próbował na prezydenta Krakowa startować Kracik, ale nic z tego nie wyszło w końcu. Natomiast przeważa model, w którym w tej samej gminie rządzi się (ewentualnie z przerwami) przez kilkanaście lat. Nie wierzę, że przez taki czas jakakolwiek władza może się nie wypalić, wystrzelać z pomysłów lub nie popaść w samouwielbienie.