"Jestem przeciwko karze śmierci, ale…"

Uwielbiam piszących „jestem przeciwko karze śmierci, ale
myślę, że Saddam Hussein na nią zasłużył” albo w wersji złagodzonej „jeżeli w
ogóle powinna być wykonywana, to w stosunku do takich osób, jak Saddam Hussein”.
To prawie tak jak „jestem przeciwko antysemityzmowi, ale coś się powinno zrobić
z tymi Żydami”.

Otóż, do licha ciężkiego, łatwo być przeciwko karze
śmierci, gdy dotyczy np. bułgarskich pielęgniarek w Libii czy faceta, który
kradł mięso. O wiele trudniej, gdy sprawa dotyczy wielokrotnego mordercy ze
szczególnym okrucieństwem. Albo osoby odpowiedzialnej za zbrodnie przeciw
ludzkości. Sam osobiście nie wiem, jaka kara byłaby odpowiednia dla Pol Pota.
Albo dla północnokoreańskich Kimów. (Saddam to jednak mimo wszystko  inna półka niż ci panowie). Tyle że problem z
przyzwoleniem na karę śmierci polega na tym, że dzisiaj możemy tak potraktować
Saddama, a jutro – dowolnego innego przywódcę, który nam się nie podoba i
któremu przypisze się jakieś zbrodnie.

Nareszcie

Ogólnonarodowy lament. Benzyna zdrożeje! Szykuje się kataklizm, wzrosną koszty wszystkiego wokół, inflacja , a krowy przestaną dawać mleko. A wszystko przez to, że rząd zapowiedział podwyższenie stawki akcyzy – obniżonej jeszcze jesienią 2005 roku.

Tamta obniżkę wprowadzono w związku z wyjątkową sytuacją na rynku paliw – cena ropy na rynkach światowych biła wszelkie rekordy, benzyna gdzieniegdzie w Polsce dochodziła do 5 złotych, więc rząd postanowił ręcznie zamortyzować ten szok i obniżyć podatek. Cena benzyny szybko spadła, ale tymczasem premierem został Kazimierz Marcinkiewicz i odbył się spektakl pt. „Żli ministrowie chcą podwyższyć akcyzę, ale premier podejmuje decyzję, że jej nie podwyższy”. W efekcie przez cały rok 2006 korzystaliśmy z tego wątpliwego prezentu – i oczywiście zdążyliśmy się do niego przyzwyczaić na tyle, że obecne zapowiedzi powrotu do wyższej wywołują wspomniany lament.

Faktem jest, że benzyna jest w tej chwili wyjątkowo tania. Ostatnio, tj. w drugi dzień świąt, tankowałem dziewięćdziesiątkę piątkę na jednej z katowickich stacji po 3,38 zł/l. Dla porównania – na początku roku 2004, gdy zacząłem prowadzić dziennik pokładowy mojego pojazdu, cena na „mojej” stacji po 3,52 zł/l. Nawet po przywróceniu wyższej stawki, wzrost cen będzie poniżej skumulowanej inflacji z tej trzylatki. To tak gwoli przypomnienia, bo czytając gazety i fora internetowe można by dojść do wniosku, że ceny paliw w ciągu ostatnich lat nieustannie rosły i osiągnęły jakiś drastycznie wysoki poziom.

Oczywiście, czysto egoistycznie jestem szczęśliwy płacąc mniej za benzynę. Ale przecież nie o to chodzi. Akcyza na paliwo jest nie przede wszystkim – a przynajmniej nie powinna być przede wszystkim, bo w IV (i nie tylko IV) RP nie takie rzeczy postawione są na głowie – po to, żeby zapewniać wpływy do budżetu. Akcyza jest po to, żeby zniechęcać ludzi do jeżdżenia samochodami na benzynę, ropę czy gaz – bo jeżdżąc nimi zużywamy zasoby Ziemi, zwiększamy emisję dwutlenku węgla i spalin i powiększamy uzależnienie od Putina czy innego Ahmadżineda. Obecna wysokość akcyzy jest i tak za mała, żeby zniechęcić do tego skutecznie – w dalszym ciągu mając samochód i ponosząc koszty jego utrzymania bardziej mi się opłaca jeździć po mieście czy nawet na krótszych trasach samochodem (patrząc tylko na koszty, nie na to, że samochodem będę dwa razy szybciej, mogę nim pojechać kiedy chcę, a nie być ograniczony rozkładami itp.).

Powiecie – czysty socjalizm. W jakimś stopniu tak, oczywiście. Ale co, chcecie udawać, że nie ma tych problemów, o których pisałem wyżej? Dopóki nie ma presji na ograniczanie zużycia paliwa, nikt nie będzie pracować nad wdrożeniami nowszych, bardziej oszczędnych lub wykorzystujących energię z innych źródeł technologii, producenci samochodów będą dalej produkować smoki przepalające dziesięć lub więcej na sto, a ludzie będą to kupować i tym jeździć. A my wszyscy będziemy płacić coraz więcej na utrzymanie armii w Iraku albo lizać tyłki różnym żałosnym satrapom w rodzaju Turkmenbaszy. A jedyną skuteczną presją jest presja ekonomiczna.

O udawaniu, że jest w porządku

Wkurza mnie obowiązujący w liberalnych mediach dyskurs na temat
Powiernictwa Pruskiego. Ja rozumiem, że jest on reakcją na wzrastającą falę
antyniemieckiego resentymentu, na podgrzewanie nastrojów, na histeryczne
reakcje w stosunku do działalności pana Pawelki czy przedtem pani Steinbach, na
wmawianie, że za nimi stoją wszyscy Niemcy czy ich większość. W związku z tym,
głównie w „Gazecie Wyborczej” i na blogach jej dziennikarzy (na przykład Bartka Wielińskiego obowiązuje
wmawianie, że Powiernictwo Pruskie to w ogóle jest jakiś non-factor, że
posłowie, którzy uważają, że Polska jest na równi z Hitlerem odpowiedzialna za
zbrodnię wypędzenia, w ogóle nikogo nie reprezentują, i tak dalej.

Dla mnie to jest zamykanie, w imię ideologii pojednania
polsko-niemieckiego, oczu na rzeczywiste problemy. Bo oczywiście, Powiernictwo
Pruskie jest niewielką grupką naciągaczy, których argumenty najprawdopodobniej
się w Strasbourgu nie ostaną. Ale istnieje jednak pewne niezerowe
prawdopodobieństwo, że się ostaną. Polskie ziomkostwa, zwane zabużanami, też
usiłowały wyciągnąć od państwa polskiego pieniądze opierając się na
przesłankach wątpliwych prawnie i kompletnie sprzecznych z poczuciem
sprawiedliwości – a jednak trybunał w Strasbourgu przyznał im, przynajmniej
częściowo, rację – i polscy podatnicy będą płacić. Nie przesądzałbym więc wcale
losów wniosków PP. Zresztą – niemiecki rząd, który, podobnie jak wspomniani
publicyści, powtarza, że roszczenia są kompletnie niepoważne i nie mają szans,
jakoś nie chce przyjąć odpowiedzialności za nie na siebie, mimo trwającego
lobbingu polskiego rządu. Zasłania się względami prawnymi, ale jestem dziwnie
przekonany, że gdyby rzeczywiście kolejne rządy niemieckie uważały, że
roszczenia są bez szans, zrobiłyby przyjemność polskiemu rządowi i wyraziłyby
gotowość do przyjęcia odpowiedzialności.

Ja skądinąd naprawdę wierzę w to, że rządowi i ogólnie
establishmentowi niemieckiemu zależy na
dobrych stosunkach z Polską. Niestety, nie na tyle, żeby np. rozwiązać ową
parlamentarną grupę ziomkowską, na czele której stoi przesłuchiwany ostatnio w
Rzeczpospolitej Fromme, nie na tyle, żeby temat Śląska, Pomorza i Mazur w imię
poprawności politycznej i przyjaźni z Polską raz na zawsze wyrzucić z
publicznego dyskursu – w sześćdziesiąt lat po wojnie. Do licha ciężkiego, w Polsce
temat Lwowa i Wilna w tym dyskursie przecież nie istnieje! Wspominamy ich
polską historię, ale przeszliśmy do porządku dziennego nad tym, że to już
historia. A przecież w 1989 roku nie było to oczywiste. Tymczasem w Niemczech
dalej funkcjonuje wspomniana parlamentarna grupa, zrzeszająca kilkudziesięciu
posłów (czyli o wielkości porównywalnej do całego klubu LPR w polskim
parlamencie).

Artykuł na temat relacji polsko-niemieckich napisała
też Olga
Tokarczuk
. Artykuł opierający się w całości na jednym fałszywie
przeprowadzonym wnioskowaniu – które jest zresztą typowe dla piszących o
relacjach polsko-niemieckich. Opisują oni spotkanych przez siebie Niemców
(przeważnie odwiedzających Polskę), życzliwych Polsce i Polakom, po czym
zakładają, że ta grupa jest reprezentatywna dla całego społeczeństwa
niemieckiego. Otóż ktoś, kto jedzie do Polski i kontaktuje się z Polakami,
prawie zawsze jest ponadprzeciętnie zainteresowany Polską i jej życzliwy. Jest
to tak oczywisty schemat, że gdy czytam teksty ignorujące go, mam wrażenie, że
ich autorzy chcą obrazić moją inteligencję.

***

Kończąc, chcę życzyć wszystkim stałym i przypadkowym
czytelnikom podziękować za czas spędzony
na lekturze , komentowaniu i polemikach, no i życzyć dobrze spędzonych świąt i
wszelkiego powodzenia w przyszłym roku. Nie wiem, czy będę w stanie prowadzić
te zapiski z taką regularnością jak w tym roku, ale wszystko się okaże z
czasem.

Dębski bis?

Dziwne szczęście ma Polski Związek Piłki Nożnej.

Osiem lat temu ówczesny minister sportu wypowiedział mu, przy głośnym aplauzie zdecydowanej większości mediów, „wojnę futbolową”. Szybko się okazało, że wojna jest toczona w prywatnym interesie pewnego gangstera, kumpla ministra, który chciał jeszcze raz sprzedać piłkarzy już sprzedanych. Potem minister przestał być ministrem, a jeszcze później sam zginął w gangsterskich porachunkach.

Tomasz Lipiec gangsterem nie jest, jednak od początku było jasne, że jako były dopingowicz nie ma legitymacji moralnej do walki o odnowę polskiego sportu. Tym bardziej, gdy odstawił na boczny tor profesora Smorawińskiego, który kiedyś go na tym dopingu złapał. Sprawa machlojek w Warszawskim Ośrodku Sportu i Rekreacji – o ile zarzuty się potwierdzą, a podobno raport był przygotowywany jeszcze za poprzednich władz Warszawy, a więc trudno tu mówić o realizacji zamówienia politycznego – kompromituje go doszczętnie. Znów – trudno tu nie być podejrzliwym i nie zastanawiać się nad zbieżnością w czasie ujawnienia raportu o WOSiR z kolejną fazą „wojny futbolowej”. Ale, do licha ciężkiego, czy naprawdę partia wybierająca się na front odnowy moralnej nie jest w stanie sprawdzić wiarygodności własnych ministrów? Czy naprawdę Lipiec musiał zostać ministrem? Myślę, że większość nieprawidłowości w WOSiR wynikała nie tyle z nieuczciwości Lipca, co z niekompetencji, nieznajomości prawa i niedoświadczenia. Ale tak to jest, jak facetowi, który jak do tej pory zajmował się głównie chodzeniem po asfalcie, powierza się poważną funkcję urzędniczą związaną z odpowiedzialnością za poważne pieniądze.

PZPN będzie miało więcej spokoju. To źle – PZPN, jak i inne polskie związki sportowe, naprawdę wymaga drastycznych zmian. Ale od początku działalności Tomasza Lipca widać było, że nie tyle na zmianach mu zależy, co na spektakularnych ruchach i zdobywaniu popularności. Dla mnie kompromitujące było np. powierzenie funkcji komisarza w Polskim Związku Narciarskim Apoloniuszowi Tajnerowi – osobie od lat tkwiącej w układach w PZN i podejrzanej o dziwne powiązania z menadżerem Adama Małysza, ale dzięki trenowaniu Małysza popularnej. Ale to chyba właśnie o to chodzi. Nie, żeby rzeczywiście walczyć z układami, tylko, żeby robić wokół tej walki dużo szumu.

I to nie tylko Lipca dotyczy.

Wierni żonom, nie układom

Socjaldemokracja Polska poszła do wyborów 2005 roku pod
hasłem „Wierni wyborcom, nie układom”. Niestety, wyborcy nie docenili wierności
Borowskiego i spółki – była ich zdaniem warta 3,89% głosów i zero miejsc w
parlamencie.

Dzisiaj Danuta Hojarska głosi hasło: „Wierni żonom, nie
układom”.

Zastanówmy się głębiej nad tym hasłem.

Po pierwsze – Hojarska zapomniała powiedzieć, wierni czyim żonom. I jak długo.


Po drugie – czy taka modyfikacja hasła wynika z
przekonania, że grupa żon (czy jak je tam nazwać) działaczy Samoobrony jest już
bardziej istotna dla wyniku wyborczego partii niż grupa wyborców, więc hasło
należy kierować przede wszystkim do niej.

Swoją drogą, przez moment zdawało się, że Samoobronie uda
się przekuć swoją kompromitację w sukces – gdy dziennikarze za dużo postawili
na kartę Anety Krawczyk. Tym razem jednak nie udało się odwrócić kota ogonem.

Pinochet, czyli papierek lakmusowy

Stosunek do zmarłego właśnie chilijskiego dyktatora jest dla mnie swoistym testem przyzwoitości dla różnych konserwatystów i libertarian.

Ja rozumiem, że można traktować 11 września 1973 jako „mniejsze zło” – w obliczu rządów Allende i postępującego przechyłu na lewo zamach stanu, nawet krwawy, może być rozważany jako ratunek dla Chile. Nie jestem natomiast w stanie zrozumieć, jak ktoś z naszego kręgu cywilizacyjnego jest w stanie usprawiedliwić nad tym, co się działo później, gdy Allende już nie żył, a Pinochet sprawował niepodzielną władzę w kraju – a właśnie z tego okresu pochodzą największe zbrodnie dyktatury. To tak, jak w Polsce: jestem w stanie sobie wytłumaczyć wprowadzenie stanu wojennego i rozlew krwi w Kopalni Wujek i wierzę, że osoby za to odpowiedzialne miały jakieś swoje racje (mniejsza z oceną, jak bardzo były one usprawiedliwione). Nie jestem w stanie wytłumaczyć np. zamordowania Grzegorza Przemyka. Tylko bądźmy świadomi skali – w Chile takich Przemyków były setki, jeśli nie tysiące.

Tymczasem wielu zbrodnie Pinocheta usprawiedliwia, albo przechodzi nad nimi do porządku dziennego. Konserwatyści wychodzą z założenia, że mordował i torturował w imię walki z komunizmem, więc zasługuje na ryngraf z Matką Boską. Libertarianie zdają się myśleć, że kogo to obchodzi, że mordował i torturował, grunt że obniżył podatki i zliberalizował gospodarkę. Jakby jedno unieważniało drugie. Teraz jedni i drudzy relatywizują zbrodnie Pinocheta i piszą, że przy Pol Pocie to właściwie są zupełnie nieznaczące ( tak pisze na swoim blogu Łukasz Warzecha, żeby nie było, że zmyślam).

Dla mnie gloryfikowanie Pinocheta oznacza wyjście poza margines poglądów możliwych do zaakceptowania przez zwolennika demokracji, praworządności i praw człowieka.

Dobre i to, że jednak poszerza się świadomość, kim tak naprawdę był Pinochet. Że Michał Kamiński dziś pisze, że wstydzi się swojej wspomnianej wizyty z ryngrafem. I że ci, co dziś wypisują teksty broniące Pinocheta i relatywizujące jego winy, być może będą tak samo wstydzić się za następnych parę lat.

Ustawa metropolitarna, czyli wielki dzień dla GOP-u

Nie wiem jeszcze, jaki będzie ostateczny kształt ustawy
metropolitarnej, jak będą określone kompetencje władz metropolii i ich zakres
odpowiedzialności. Tym bardziej nie wiem, jak ta ustawa będzie funkcjonować.
Wiem natomiast, że mój region na taką ustawę czekał 16 lat. Brak możliwości
kształtowania polityki na szczeblu całej dwuipółmilionowej aglomeracji, a nie
tylko na poziomie poszczególnych miast był, w moim przekonaniu, główną barierą
rozwoju Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego w całym okresie po 1990 roku. Każdy,
kto mieszkał na Górnym Śląsku w latach 90. pamięta choćby, co się działo z
komunikacją miejską. Każde miasto wprowadzała swoje bilety i przez długi czas
była taka sytuacja, że na trasie z miasta A do miasta B (gdzie granicy między
miastami w terenie się, jak to w GOP-ie, nie zauważało) obowiązywały trzy różne
bilety – jedne w autobusach miasta A, drugie w autobusach miasta B, trzecie w
tramwajach. Owszem, stworzono związek komunikacyjny gmin (KZK GOP), jednak nigdy
nie objął wszystkich gmin aglomeracji i nie był w stanie rozwiązać choćby
problemu tramwajów, które w GOP w dalszym ciągu należą do państwowej spółki –
czego skutkiem jest tragiczna wręcz degradacja górnośląskiej sieci tramwajowej.
Podobnie na przykład Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku, bodaj jedyny o takim
charakterze i wielkości park w całej Polsce, pomyślany jako ośrodek dla całej
aglomeracji, jest w obecnym układzie prawnym garbem na plecach gminy Chorzów,
która robi wszystko, żeby się go pozbyć, wydzielając np. kawałki parku pod zabudowę.
To bariery z zakresu bieżącego zarządzania aglomeracją, ale znacznie większe
znaczenie mają bariery o charakterze strategicznym. Choćby to, że GOP się nie
promuje jako aglomeracja, że nie jest postrzegany jako aglomeracja – i potem
się okazuje, że przez to przegrywa np. szanse organizacji piłkarskich ME, bo
sam Chorzów nie jest godną konkurencją dla Poznania, Wrocławia czy Gdańska.
Choćby o to, że poszczególne miasta konkurują ze sobą w budowaniu swojego
wizerunku (i w przyciąganiu inwestorów), zamiast budować go wspólnie. Choćby o planowanie
przestrzenne, w szczególności planowanie ciągów komunikacyjnych łączących
poszczególne miasta. Takich barier można wymieniać wiele.

Problemów będzie mnóstwo. Począwszy od nazwy – gliwiczanie
czy bytomianie pewnie nie będą chcieli mieszkać w aglomeracji o nazwie
Katowice, z kolei na Silesię będą się burzyć Zagłębiacy (i puryści językowi). Połączenie
w jednym organizmie miast śląskich i nieśląskich już wywołuje protesty śląskich
fanatyków. Generalnie – mieszkańcy poszczególnych miast będą obawiali się
utraty tożsamości, bytomianie czy chorzowianie już się boją, że ich miasta
staną się niejako przybudówką do Katowic, z kolei katowiczanie obawiają się, że
ich pieniądze zginą we wspólnym worku i będą przeznaczane na wsparcie
biedniejszych Siemianowic czy innych Świętochłowic.

A jednak – wyboru nie ma, jeżeli nie chce się tkwić w
marazmie i podjąć rywalizację z największymi miastami Polski i Europy. (Same
Katowice ledwie mieszczą się w pierwszej setce największych miast Unii
Europejskiej, ale aglomeracja – w dziesiątce największych aglomeracji).

Skądinąd, zastanawia, dlaczego dyskusję o ustawie
aglomeracyjnej rozpoczęto po wyborach
samorządowych – przecież to powinien być wiodący temat debaty samorządowej na
Górnym Śląsku. Może politycy PiS obawiali się negatywnej reakcji na tej
projekt? Bardzo niesłusznie, w moim przekonaniu.

PIC-owata walka z nałogami

Jedną z najmądrzejszych i najcelniejszych (a przy okazji
również najzabawniejszych) książek, jakie czytałem w ciągu ostatnich kilku lat,
był Przewodnik stada Connie Willis. To
książka o modach intelektualnych, ale także o tym, jak łatwo ludzie uważający się
za ortodoksyjnych liberałów są skłonni do ograniczania wolności innych ludzi,
dyskryminowania ich i spychania na margines społeczeństwa, gdy w grę wchodzi
jakaś modna ideologia – w szczególności, ostatnio, walka z paleniem tytoniu.
Książka Willis przypomniała mi się, gdy przeczytałem, że PKP
Intercity wprowadziła całkowity zakaz palenia w pociągach kategorii Intercity.

Marketingowo jest to na mój gust samobój á la Jojko –
nałogowi palacze stanowią w dalszym ciągu znaczną część klientów PKP IC, jakaś ich
część pogodzi się z zakazem i powstrzyma się przez kilka godzin od palenia, ale
większość jak sądzę zrezygnuje z tego środka transportu. Co więc może kierować
władzami Spółeczki? Podejrzewam, że dwie rzeczy: wspomniane zachłyśnięcie się
ideologią (bo mogą się zaprezentować jako Nowocześni, Postępowi i Prozdrowotni –
a palacze są przecież i tak obywatelami drugiej kategorii i kto wystąpi w ich
obronie, zostanie okrzyczany obrońcą trucia) oraz zwykłe lenistwo (bo trzeba
zestawiać specjalne wagony dla niepalących, potem je sprzątać itp.).
Tak czy owak, odbieram ten zakaz jako złośliwą i
prymitywną szykanę wobec palących – bo jej wpływ na komfort podróży wśród
niepalących będzie znikomy. Ale w obecnym klimacie takie szykany są akceptowane,
niestety.
I tak jesteśmy zresztą daleko od opisywanych przez
Willis standardów amerykańskich. Bardzo mi się spodobała przeczytana gdzieś
anegdota o światowej sławy europejskim naukowcu, który dał się zaprosić na
kongres do Stanów. Przyleciał, przyjechał do hotelu i czekając na rejestrację
chciał sobie zapalić. Na to obsługa z paniką w oczach biegnie i mówi mu, że tu
nie wolno palić. Na to on, czy może w takim razie sobie zapalić w pokoju. Nie,
bo w pokoju też nie wolno. Gdy okazuje się, że na zewnątrz też nie wolno palić,
uczony wziął walizki, pojechał na lotnisko i następnym samolotem wrócił do
Europy.

Powrót do rzeczywistości

Siatkarze skoncentrowali znaczną część uwagi opinii publicznej (w tym krótkowłosego pseudointelektualisty) w ostatnich dniach, ale tym drastyczniejszy był powrót z japońskiego snu do polskiej rzeczywistości. Bo afer z ostatnich kilku dni śmiało starczyłoby na cały kwartał. Tajemnicza misja policjantów z komisariatu kolejowego, zabawy Młodzieży Wszechpolskiej, wreszcie sprawa największego kalibru – seks-afera w Samoobronie. Skądinąd zbyt długo żyję w Polsce i obserwuję polską politykę, żeby wierzyć, że pojawienie się w mediach dwóch takich afer (dotyczących przecież zdarzeń sprzed lat) w ciągu kilku dni jest kwestią przypadku – pytanie tylko, kto jest głównyn rozgrywającym. Ale mniejsza z tym.

Seks-afera robi wrażenie. To nie pierwszy przypadek, kiedy to politycy zachowują się jak samce alfa w stadzie słoni morskich, ale jednak zaloty Tadeusza Iwińskiego to przypadek „z innej półki” niż skandal w Samoobronie. Tak czy owak, jakoś mnie ten skandal kompletnie nie dziwi, niezależnie od tego, ile z wypowiedzi Anety Krawczyk jest prawdą. Przecież od dawna słyszy się opowieści z „Polski powiatowej” o załatwianiu pracy przez łóżko. Gdyby Łyżwiński pracował w tej swojej restauracji czy innym biznesie, mógłby dalej zaciągać do łóżka różne Anety K. i w życiu nikt by się tym nie zainteresował. W kręgu, w którym się obracał, było to zapewne traktowane jako coś zupełnie normalnego. Czy można się facetowi dziwić, że takie zachowania przeniósł do swojej działalności parlamentarnej? Budzi oburzenie i wstyd, że taki Łyżwiński znalazł się w parlamencie i zachowuje się tak, jak się zachowuje. Ale prawdziwe przerażenie budzi to, że ten świat wartości on i jego koledzy z Samoobrony uważają za coś zupełnie normalnego i oczywistego. I pewnie w otoczeniu, z którego się wywodzą, więcej ludzi tak uważa. I my tu sobie uważamy, że ta afera doszczętnie kompromituje Samoobronę, a tam zastanawiają się, czego właściwie od tych chłopaków chcą.

Paganini to on nie jest

Akrobata w cyrku berlińskim wznosi istną wieżę ze stolików i krzeseł, na wierzchołku której stawia butelkę z wetkniętą w nią miotłą, po czym balansuje na miotle i gra na skrzypcach. Baruch trąca żonę i szepcze jej do ucha:

– Paganini to on nie jest!…

Ten stary kawał, stanowiący wręcz definicyjną ilustrację malkontenctwa, przypomina mi się za każdym razem w takich sytuacjach. Polscy siatkarze ponieśli w finale bolesną porażkę z rąk Giby i kolegów. Przegrali, bo Brazylia ma potencjał o wiele wyższy niż Polska, do tego w tym meczu ten potencjał wykorzystali w bardzo wysokim stopniu, a my zagraliśmy znacznie gorzej niż potrafimy. I ta porażka uruchomiła tłumioną przez ostatnie dwa tygodnie falę malkontenctwa. Że styl nie ten, że ta porażka pozbawia nas radości z sukcesu… Pomijam już jakieś kompletne idiotyzmy w stylu „Lozano jako Argentyńczyk nie chciał wygrać z Brazylią”. To brzmi prawie jak „ktoś tam jako Polak nie chciał wygrać z Rosją”, biorąc pod uwagę odwieczną rywalizację obu największych narodów Ameryki Południowej. Ale czytam na przykład, że „szkoda, że bliżej kadry nie było Waldemara Wspaniałego, bo on jako trener miał korzystny bilans z Brazylią”. Tak, w fazie grupowej Ligi Światowej. Jakby takie mecze nie były dla Brazylijczyków nieco poważniejszym sparringiem i jakby można je było poważnie porównywać z finałem Mistrzostw Świata. Ale oto czytam, że to wstyd, że skompromitowali się na oczach całego świata, że zatarli dobre wrażenie, jakie zostawili w poprzednich meczach i tego typu bzdety. Mniejsza już o to, że Polska nie jest pierwszą ani zapewne ostatnią drużyną, która tak wyraźnie przegrywa mecz na takim szczeblu. Ale nasuwa się pytanie – to co, lepiej było nie wejść do tego finału, lepiej było honorowo przegrać z Rosją czy Bułgarią (albo i jeszcze wcześniej?). Najgorsze jest to, że taka opinia nie pojawia się po raz pierwszy. Przed kolejnymi imprezami piłkarskimi też można było usłyszeć – po co walczyć o awans, znów się skompromitujemy, lepiej budujmy drużynę na następne mistrzostwa Europy/świata (niepotrzebne skreślić). Do licha ciężkiego, jak się wchodzi pierwszy raz na jakiś szczebel rywalizacji, to może się okazać, że się jest jeszcze na tym szczeblu za słabym (i to wcale przecież tylko sportu nie dotyczy). Ale najgorszym, co można zrobić, jest nie próbować tam wejść.

Swoją drogą, czy tylko ja miałem mieszane uczucia widząc Stanisława Gościniaka w studiu Polsatu przed meczem z Brazylią? To tak, jakby Paweł Janas miał w studiu komentować udział piłkarzy w finałach ME. (Pomijam jako nieistotny drobiazg, że żadna telewizja o zdrowych zmysłach nie zatrudniłaby Pawła Janasa do komentowania czegokolwiek).