Euroranking

Euro 2008 się zbliża, i chociaż przez sprawę Rogera nie potrafię odpowiednio do historycznej rangi tego wydarzenia przeżywać pierwszego występu reprezentacji Polski na ME, to jednak abstrahując od udziału wybrańców Leona Zawodowca czeka nas przecież w Austrii i Szwajcarii kolejne sportowe święto. Dla mnie to będą już siódme mistrzostwa Europy, jakie obejrzę – i zawsze jest to dla mnie poważny miernik mijającego czasu. Właśnie sobie uświadomiłem, że od czasów di Stefano i Jaszyna do czasów Platiniego minęło dokładnie tyle samo czasu, co od epoki Platiniego do dzisiaj. A przecież Platiniego pamiętam jak dziś, a di Stefano i Jaszyn to dla mnie przedpotopowe legendy.

Przed MŚ 2006 zrobiłem zestaw najlepszych meczów, jakie miałem okazję widzieć na mistrzostwach. Tym razem postanowiłem zrobić ranking samych mistrzostw – począwszy, jak wspomniałem, od czasów Platiniego, czyli Euro 1984. Ponieważ być może dla części czytelników Platini to taka sama przedpotopowa legenda jak dla mnie Jaszyn, mam nadzieję, że ten wpis będzie dla nich pełnił także rolę edukacyjną ;).

1. Francja 1984. Gdyby wszystkie pozostałe mecze skończyły się wynikiem 0:0, to jeden półfinał Francja-Portugalia w zupełności wystarczyłby do tego pierwszego miejsca. Oglądałem ostatnio obszerne fragmenty tego meczu na YouTube (2 ,3 ,4 ,5 ,6 ,7). Zwraca uwagę ogromna wymienność pozycji: obrońcy obu drużyn śmiało biegną do ataku (dwie pierwsze bramki dla Francji zresztą strzelił obrońca), zostawiając dużo miejsca w obronie – dzisiejsza piłka jest jednak zdecydowanie bardziej zdyscyplinowana taktycznie, ale też przez to jednak zdecydowanie nudniejsza. W każdym razie nie przez te ćwierć wieku nie widziałem drugiego meczu o taką stawkę rozgrywanego w takim tempie, z taką liczbą sytuacji bramkowych i o tak gigantycznej dramaturgii. Przypomnę: Francja prowadzi po bramce Domergue'a z wolnego i dominuje na boisku, ale w drugiej połowie Jordao wyrównuje, a w dogrywce nawet wyprowadza na 2:1. Sześć minut do końca dogrywki i zdawałoby się, że jest już po Francuzach. W 114 minucie Domergue wyrównuje (francuski obrońca rozegrał wszystkiego 9 meczów w barwach tricolores, ale ten jeden w zupełności wystarczył, żeby wpisać się do historii europejskiej piłki), a wreszcie na trzy minuty przed końcem Tigana przeprowadza rajd, zza bramki podaje do Platiniego… 3:2. Już nigdy w życiu nie widziałem niczego porównywalnego.

A przecież to był tylko jeden z wielu fantastycznych, dramatycznych i emocjonujących meczów tych mistrzostw. To na boiskach Francji po raz pierwszy wybuchł duński dynamit – Duńczycy zdeklasowali Jugosławię, odrobili dwubramkową stratę z Belgią i awansowali do półfinału, gdzie po dramatycznym meczu przegrali w karnych z Hiszpanią. Hiszpania z kolei rozegrała pasjonujący mecz z Portugalią w grupie, aby w decydującym spotkaniu w ostatniej minucie strzelić zwycięską bramkę Niemcom. Ale przede wszystkim – niesamowity popis Platiniego. Chyba tylko Maradona na MŚ '86 kiedykolwiek w podobnym stopniu zdominował wielką imprezę piłkarską. 9 bramek w 5 meczach, w tym bramka w każdym meczu  i dwa hat-tricki – to się w głowie nie mieści.

2. Niderlandy 2000. Mimo tego, że nie widziałem finału (chyba stojącego na najwyższym poziomie z całej szóstki), a o jego rezultacie dowiedziałem się dopiero od sympatycznych Rumunów gdzieś pod Omulem w Alpach Rodniańskich. Nie było chyba drugiego takiego turnieju z tak wielką zmiennością rozstrzygnięć, z tak dramatyczną i wyrównaną walką. 

Zaczęło się już w fazie grupowej. W grupie "hiszpańskiej" do końca o awans walczyła cała czwórka, Jugosławia grając w dziesiątkę potrafiła doprowadzić w meczu ze Słowenią ze stanu 0:3 do 3:3, z kolei Hiszpania w dramatycznej końcówce meczu z Jugosławią zmieniła stan z 2:3 na 4:3. W grupie "portugalskiej" Portugalia zmieniła stan meczu z Anglią z 0:2 na 3:2. W decydującym meczu Rumunia-Anglia Hagi i spółka musieli wygrać, przegrywali 1:2, przyznaję, że w tym momencie straciłem wiarę w nich,  a jednak doprowadzili do zwycięstwa 3:2. Jednak prawdziwym ukoronowaniem turnieju były trzy ostatnie mecze. Półfinał Francja-Portugalia rozstrzygnięty dopiero "złotym golem" w dogrywce. Drugi Holandia-Włochy, kompletna dominacja teamu Rijkaarda, dwa zmarnowane karne w normalnym czasie, następne w serii rzutów karnych i awans Włochów. Wreszcie finał, kwintesencja całego turnieju: wyrównanie Wiltorda w ostatniej minucie i "złoty gol" Trezegueta w dogrywce. 

3. Portugalia 2004. Sporo świetnych meczów, dwa z nich prawdopodobnie przejdą do historii (Czechy-Holandia 3:2 w fazie grupowej i Portugalia-Anglia 2:2 w ćwierćfinale). Ale jednak najbardziej pamiętamy sensacyjne zwycięstwo Greków. W meczu Grecja-Czechy w półfinale kibicowałem fantastycznie grającym w całym turnieju Nedvedowi i kumplom, ale nie mogłem nie zachwycać się imponującą postawą podopiecznych Rehhagela, ich organizacją i determinacją. W finale już mogłem bez jakichkolwiek mieszanych uczuć trzymać palce za Grekami i cieszyć się z ich zwycięstwa. Przyznaję, że dziwię się powszechnemu narzekaniu na portugalski turniej. Nawet jeśli zwycięstwo Greków mogło wielu rozczarować, to przecież rewelacyjnie spisywali się Portugalczycy i Czesi, niewiele gorzej Anglicy, zdarzały się zaskakujące zwroty sytuacji (mecz Francja-Anglia w fazie grupowej, gdzie Zidane w doliczonym czasie wyciągnął z 0:1 na 2:1…)

4.Szwecja 1992. Bardzo dziwne mistrzostwa. Pierwsze osiem meczów nudne, ze średnią bramek jedna na mecz, z defensywną, zachowawczą grą – wydawało się, że będą to najgorsze mistrzostwa w historii. Ale ostatnia runda grupowa, półfinały i finał całkowicie wynagrodziły mi kiepski początek. Przede wszystkim ze względu na niesamowitą drogę do finałów "pospolitego ruszenia" z Danii – ale równie dobrze prezentowali się Szwedzi, tocząc fantastyczne mecze z Anglią i Niemcami w półfinale. To był ostatni turniej, w którym grało tylko osiem drużyn – przez co kilka świetnych drużyn do Szwecji w ogóle nie przyjechało, a ponieważ faworyci (Anglia, Francja, Niemcy, w mniejszym stopniu Holandia) zaliczyli obniżkę formy, mistrzem została drużyna jednak z całym szacunkiem dość przypadkowa. Chociaż dwanaście lat później okazało się, że i w zestawie szesnastu drużyn może wygrać kompletny outsider. Do dziś jednak żałuję, że w tamtym Euro nie zagrała drużyna Jugosławii – ze Stojkoviciem, Bobanem, Prosinečkim, Šukerem, Mihajloviciem, Pančevem i Jarnim w jednym składzie. Tak się złośliwie złożyło, że najwspanialsze pokolenie jugosłowiańskich piłkarzy w historii na arenę weszło akurat wtedy, kiedy ich państwo się rozlatywało.

5. RFN 1988. No przykro mi, ale nie potrafię podzielić powszechnego zachwytu nad grą reprezentacji Holandii w tym tur
nieju. Owszem, grali dobrze, ale bez pomocy sędziego Brummeiera, który uznał bramkę ze spalonego Wima Kiefta przeciw Irlandii, nie wyszliby nawet z grupy. W półfinale inny uprzejmy sędzia podyktował im karnego z kapelusza. Wreszcie w finale Holendrzy wpadli na ekipę Związku Radzieckiego, z którą przegrali wcześniej w fazie grupowej. W tamtym meczu Gullitowi i spółce grę w piłkę kompletnie wybił z głowy stoper Dynama Kijów Ołeh Kuzniecow – niestety w finale Kuzniecowa przy Gullicie zabrakło, gdyż był zawieszony za kartki jeszcze z eliminacji (!). Swoją drogą, trudno się oprzeć wrażeniu, że w 1988 roku Holendrzy wyczerpali limit szczęścia na następne 20 lat – później wielokrotnie odpadali grając znacznie lepiej.

Generalnie był to rozczarowujący turniej. Świetnie zaprezentowała się ekipa Walerego Łobanowskiego, swego rodzaju rewelacją byli Irlandczycy, z którymi – jak zapewne większość polskich kibiców – mocno sympatyzowałem i którym drogę do półfinału zamknął wspomniany sędzia Brummeier, ale trudno powiedzieć, żeby grali porywającą piłkę. Ale na takich Duńczyków, rewelacyjnych na dwóch poprzednich turniejach, aż żal było patrzeć. Pewne pokolenie gwiazd odeszło, a właśnie na boiskach Niemiec rodziło się nowe: oprócz van Bastena i spółki właśnie na Euro '88 zabłysnęli po raz pierwszy m.in. Paolo Maldini i Jürgen Klinsmann.

6. Anglia 1996. W siedmiu meczach fazy pucharowej padło dziewięć bramek, trzy mecze kończyły się bezbramkowymi remisami, ale za to aż cztery razy na koniec piłkarze strzelali karne. Gdyby nie rewelacyjni Czesi (to właśnie w Anglii świat usłyszał o Nedvedzie czy Poborskim) i zaskakująco dobrzy Anglicy (którzy najpierw rozgromili Holandię, aby ulec dopiero w półfinale Niemcom po najlepszym meczu turnieju) nie byłoby czego z tego turnieju pamiętać. A wygrali Niemcy – wyjątkowo słabi, gnębieni kontuzjami i kartkami, ale potrafiący tę słabość przełamać. Jak to oni. Z tym że, jak dotąd, jest to ostatni złoty medal drużyny niemieckiej na wielkiej imprezie.

Jak będzie w Austrii i Szwajcarii? Nie spodziewam się cudów. Z najciekawszych drużyn europejskich: Anglików nie będzie, Francuzi, Portugalczycy i Hiszpanie pewnie znów zagrają defensywnie, zachowawczo i wykorzystując w bardzo ograniczonym stopniu swój potencjał ofensywny, a Holendrzy chyba przechodzą mały kryzys. Na ostatnich MŚ najładniej grającymi drużynami europejskimi były Niemcy i Włochy, czyli akurat te, które przeważnie z piękną grą kojarzone nie są. Wierzę jednak, że objawią się światu nowe siły: Rosja, Chorwacja, może Rumunia? Polacy w moim przekonaniu są teoretycznie najsłabszą drużyną z całej szesnastki i teoretycznie nie ma żadnych podstaw, żeby wierzyć w coś więcej niż jeden-dwa punkciki. Jednak wielokrotnie w ostatnim dziesięcioleciu bywało tak, że właśnie wtedy, kiedy kompletnie się nie wierzy w polskich piłkarzy, oni grają najlepiej. 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s