Bardzo ostry gulasz

Zawsze bardzo mnie bawią wypowiedzi głoszące, że Polska jest jakimś przeklętym krajem, a Polacy – wyjątkowo nieszczęśliwym narodem. Kiedyś już pisałem, że mogą się one brać wyłącznie ze skrajnej ignorancji co do historii i teraźniejszości innych narodów, w tym najbliższych nam geograficznie i na rozliczne sposoby z Polską powiązanych.

Mamy oto taki naród węgierski. Kilkaset lat wspólnej granicy, kilku wspólnych monarchów, wielowiekowa tradycja bratanków. Wspólne losy narodów "szlacheckich" pośród narodów "chłopskich". I jakby Polak nie użalał się nad losem swojego narodu, Węgier zawsze go przebije. Sto dwadzieścia lat zaborów i niewoli? Węgrzy mieli trzysta pięćdziesiąt. Nieudane powstania? Węgrzy mieli powstania co kilkadziesiąt lat przez dwa i pół wieku. Uwzględniając czas i skalę działań, gdzie tam Kościuszce, Wysockiemu czy Trauguttowi do Bocskaya, kuruców, Rakoczego czy Kossutha. Utrata Kresów? Nasze Kresy to dwa porządne miasta i trochę łąk, pól, lasów i bagien – w zamian dostaliśmy zurbanizowany i zagospodarowany Śląsk czy Pomorze. Węgrzy… stracili wszystkie najważniejsze po Budapeszcie miasta swojego kraju. Pozsony, Kassa, Kolozsvár, Temesvár, Brassó, Zagreb, Újvidék, Nagyvárad – wszystkie te miasta były większe i ważniejsze niż te, które zostały w granicach państwa węgierskiego. II wojna światowa? My przynajmniej mamy poczucie moralnej słuszności. Węgrzy próbując odzyskać przynajmniej część utraconych ziem znaleźli się w obozie Hitlera, nie potrafili (w przeciwieństwie do Rumunów, Włochów, Słowaków czy Finów) w odpowiednim momencie z niego wyjść i skończyli jako ostatni europejski sojusznik Hitlera. Armia węgierska wymarzła nad Donem, a większość węgierskich Żydów skończyło w Auschwitz. Ostatecznie żadnych ziem oczywiście nie odzyskali. Może przynajmniej powstaniem warszawskim ich przebijemy? Jeżeli już, to tylko trochę. Budapeszt był oblężony przez bite siedem tygodni, zginęło kilkadziesiąt tysięcy ludności cywilnej, a znaczna część Budy została obrócona w ruinę. Stalinizm w Polsce był w porównaniu ze stalinizmem na Węgrzech okresem rozkwitu swobód i wolności. Jego obalenie nad Wisłą przebiegało w miarę łagodnie i w atmosferze samoograniczenia – nad Dunajem skończyło się interwencją sowiecką i kolejną falą represji. Nawet obecni polscy politycy pod względem cynizmu i zakłamania nie umywają się do węgierskich. Nawet upadkiem piłki nożnej Polak Węgrowi nie zaimponuje. Szczyty węgierskiej piłki znajdowały się znacznie wyżej niż szczyty polskiej (w końcu dla Polaków historycznym triumfem pozostaje cudem uratowany remis na Wembley, gdy tymczasem Złota Jedenastka Puskasa i spółki na tymże Wembley zdeklasowała gospodarzy 6:3), ale i otchłań jest znacznie głębsza. Polska reprezentacja ostatnio jednak trzy razy zakwalifikowała się na wielkie imprezy, Węgrzy czekają na taki awans już 22 lata.

Cóż można zrobić z takim losem? Upić się, popełnić samobójstwo lub pogrążyć się w rozpamiętywaniu dawnej świetności. Wszystkie trzy opcje są na Węgrzech popularne. W Budapeszcie byłem dłużej raz w życiu, raptem przez kilka dni, ale w zupełności wystarczyło, żebym się naoglądał flag i map z czarnym konturem w kształcie ziem zabranych w Trianon. Zresztą nie trzeba jechać do Budapesztu. Wystarczy pójść do węgierskiej restauracji w Krakowie, gdzie na ścianie dumnie wisi wielka mapa Wielkich Węgier w granicach przedtrianońskich, z wszystkimi komitatami, obejmujących także fragmenty Orawy i Spisza należące obecnie do Polski (ciekawe gdzie są wszyscy tropiciele Eriki Steinbach i innych rewizjonistów). Jest dość powszechnie znane, że Węgrzy należą do ścisłej światowej czołówki w statystykach samobójstw (aczkolwiek ostatnio stracili pierwsze miejsce na rzecz Litwinów), natomiast przyznaję, że nie wiedziałem, że największym wkładem Węgrów do światowej popkultury jest pieśń nazwana "węgierską pieśnią samobójców", spopularyzowaną przez dziesiątki wykonań największych gwiazd estrady począwszy od Billie Holiday.

Dla mnie książka Krzysztofa Vargi "Gulasz z turula", która stała się inspiracją do napisania poniższej notki, wcale nie jest próbą przybliżenia Polakom Węgier. Raczej próbą uporania się z własną węgierskością (Varga jest pół-Węgrem). Wyszło coś w rodzaju paszkwilu. Świetnie napisanego, pełnego humoru, ale tym bardziej bolesnego. Gdybym był Prawdziwym Węgrem, to wytoczyłbym Vardze proces za ośmieszanie narodu albo przynajmniej spaliłbym jego kukłę na którymś z budapeszteńskich placów. Sam się zastanawiałem czasami, czy w moim stosunku do państwa nad Dunajem i Cisą nie ma trochę ksenofobicznych uprzedzeń. Przez ostatnie lata prawie co roku zdarzało mi się przejeżdżać przez Węgry jadąc do ciekawszych miejsc (jak na przykład rumuńskie, dawniej węgierskie, Karpaty). I w katalogu moich osobistych węgierskich skojarzeń znalazły się, obok map z czarnymi konturami, węgierskie krajobrazy (niekończące się pola z kukurydzą, od czasu do czasu stercząca pośród nich wieża wodna), węgierscy konduktorzy (usiłujący wymusić dopłaty za miejscówki, mimo braku obowiązku rezerwacji) i ogólnie węgierskie koleje (w dużym jak na Węgry mieście Szolnok w sobotę o 15 kasy biletowe są zamknięte), wreszcie węgierskie bankomaty (z których nie można pobrać pieniędzy). Vargę trudno jednak posądzać o ksenofobię. Może po prostu Węgry takie właśnie są? Może wciąż mają problemy ze znalezieniem dla siebie miejsca w tej Europie, do której tak niedawno, nieco ponad tysiąc sto lat temu, przyszli (i wciąż to przyjście wspominają?).

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s