Ale co mieli powiedzieć Belgowie?

Paweł Czado martwi się o Węgrów. Wygląda jednak na to, że kajakarze swoje zrobili, medal dołożą jeszcze jutro piłkarze wodni (swoją drogą ciekawe derby będą w tym turnieju o trzecie miejsce: Serbia zagra z Czarnogórą) i bratankowie będą mieli bilans bardzo zbliżony do naszego.

Ale co mieli powiedzieć Belgowie?

Jeszcze do wczoraj Belgia nie miała żadnego medalu i niewiele szans medalowych. Zwłaszcza gdy piłkarze przegrali mecz o trzecie miejsce – choć nikt poważnie nie zakładał chyba, że pokonają Ronaldinho i spółkę.

Wczoraj wielka szansa otworzyła się przed Kim Gevaert i jej koleżankami – kilka szybszych sztafet zgubiło pałeczkę, Belgijki wykorzystały okazję i pobiegły po sensacyjny srebrny medal. Dzisiaj Tia Hellebaut sprawiła jeszcze większą sensację w dramatycznym konkursie skoku wzwyż, niespodziewanie pokonując gwiazdę numer 1 tej dyscypliny, Blankę Vlasić. 

Ale i tak na miejscu Belgów byłbym mocno sfrustrowany występem pekińskim. Zwłaszcza że ich sąsiedzi z Holandii mają szesnaście medali, w tym siedem złotych.

Belgowie przynajmniej już przywykli do nędznych występów olimpijskich. Ale Szwedzi? W Atenach mieli cztery złote medale, w Pekinie nie mają żadnego (w sumie pięć). Znów – frustrację z wyniku Szwedów zapewne jeszcze wzmaga rzut oka na zdobycze ich sąsiadów i rywali z Norwegii – aż dziesięć medali, w tym trzy złote.

Nie jest to oczywiście usprawiedliwienie kiepskiego, nie ma co ukrywać, wyniku Polaków w Pekinie, ale raczej – próba ustawienia go w odpowiednim kontekście. 

Ta paskudna Islandia

Wczoraj miałem być na koncercie Sigur Rós. Ale nie poszedłem. Chwilowo znienawidziłem także Björk i Múm. Jak można pochodzić z tak okropnego kraju?

To nie pierwszy raz, kiedy reprezentacja tej wysepki o liczbie ludności mniejszej niż Katowice zamyka polskim sportowcom drogę na sam szczyt. Jedyny tytuł w światowym brydżu, jakiego brakuje Polakom, to zwycięstwo w Bermuda Bowl – najbardziej prestiżowych rozgrywkach reprezentacyjnych. Parę razy docierali do półfinałów, ale tylko raz – w 1991 roku, w Jokohamie – udało im się wejść do ścisłego finału. Grająca w składzie Cezary Balicki – Adam Żmudziński, Piotr Gawryś – Krzysztof Lasocki oraz Krzysztof Martens – Marek Szymanowski reprezentacja Polski, zaliczana wówczas do ścisłej światowej czołówki, spisywała się znakomicie. W ćwierćfinale pokonała Wielką Brytanię, w półfinale dotychczasowych mistrzów Brazylię. W finale trafiła na kompletnych outsiderów na tym szczeblu – reprezentację Islandii. I… przegrała. Mniej więcej tak jak wczoraj chłopcy Wenty – od samego początku była zmuszona do gonienia wyniku, były momenty, kiedy wydawało się, że się jej to uda… ale ostatecznie cudu nie było. I tak Polska nie wywalczyła Pucharu Bermudów i, obawiam się patrząc na obecny poziom brydża w naszym kraju, już nigdy nie wywalczy. 

Chłopcy Wenty nie byli w Pekinie w formie. Widać było, że się męczą, że Karol Bielecki, który na MŚ w Niemczech stanowił gdzieś 50% siły ofensywnej drużyny, odczuwa skutki kontuzji, że dalecy od formy są też inni kluczowi dla gry ofensywnej drużyny zawodnicy – Tkaczyk i M.Lijewski. Ale mimo wszystko wyszarpali zwycięstwo nad Chorwacją, zremisowali z Francją i byli bliscy zwycięstwa nad Hiszpanią. Islandia nie była więc rywalem nie do pokonania. Co się zatem stało?

Jedynym pocieszeniem dla piłkarzy (ale co to za pocieszenie?), jest fakt, że siatkarze przegrali w sposób jeszcze bardziej tragiczny. Bo – siatkarze w Pekinie byli w formie fantastycznej. Już miałem wrażenie, że będę musiał wypluć wszystkie krytyczne słowa, które tu i w różnych innych miejscach kierowałem pod adresem Raula Lozano. Niestety nie było takiej potrzeby. Co z tego, że wiele siatkarzy nauczył, że doprowadził ich do optymalnej formy na najważniejszą imprezę, skoro nie nauczył ich wygrywać? W meczu z Włochami widać było, jak stary lis Anastasi doskonale przeczytał polską drużynę; doskonale przygotował zespół do gry przeciw Zagumnemu, Świderskiemu, Wlazłemu i polskim blokującym; potrafił wykorzystać wszystkie atuty, jakie miał, i utrudnić wykorzystanie atutów Polski. Taka właśnie porażka, gdy ma się pewność, że przeciwnik wcale nie był od nas silniejszy, a ograł nas sposobem i inteligencją, najbardziej boli. Rafał Stec twierdzi, że przegraliśmy wyłącznie przez sędziego i brak szczęścia. Kompletnie mnie to nie przekonuje. Sędzia mylił się w obie strony, a kupę szczęścia mieli polscy siatkarze już w czwartym secie, gdy roztrwonili przewagę i dopuścili do meczboli dla Włochów. Zresztą jak się nie potrafi wygrywać meczów "na styk", to trzeba wygrywać wyraźnie, ot co. 

Ewentualne medale drużyn zdecydowanie poprawiłyby ocenę występu w Pekinie – wora medali się mało kto pewnie spodziewał, ale wielu kibiców bez wahania oddałoby kilka medali w strzelectwie, szermierce czy innym dżudo za złoto siatkarzy czy piłkarzy ręcznych. Nic z tego jednak i w tej chwili właściwie tylko w kajakarzach nadzieja (moim zdaniem dość wątła), że łączna ilość medali nie będzie mniejsza niż w Atenach (10) czy nawet Melbourne (9). Inna sprawa, że ta mniejsza ilość medali oznacza w dalszym ciągu podobne miejsce w klasyfikacji medalowej – gdzieś pod koniec drugiej lub na początku trzeciej dziesiątki.

Klasyfikacja medalowa

Zawsze uważałem, że powszechnie obowiązujący sposób ustalania klasyfikacji medalowej na wielkich imprezach sportowych (wyłącznie wg złotych medali, a dopiero przy równej ilości złotych – wg srebrnych i w dalszej kolejności brązowych) jest absurdalny. Kompletnie bowiem nie odzwierciedla ogólnej siły sportu w danym kraju, a tylko liczbę wybitnych indywidualności – albo tych, którzy mieli w decydującym momencie najwięcej szczęścia. Absurdem jest, że Francja – z 28 medalami – znajduje się w klasyfikacji na 11 miejscu, zaledwie o pozycję przed Rumunią, która ma medali 8. Ale oba kraje mają po 4 złota i to determinuje ich pozycję w rankingu.

Jednak przez ostatnich kilka olimpiad jakoś nie mogłem znaleźć poparcia dla swojego poglądu. Wszędzie za to czytałem o wspaniałości amerykańskiego podejścia, według którego "liczy się tylko zwycięzca". Czytałem też nabijania się z działaczy, którzy podkreślali dobrą pozycję Polski w klasyfikacji punktowej.

Ale oto mamy igrzyska 2008 roku. Patrzymy na klasyfikację medalową  i cóż widzimy? Chiny ośmieliły się wyprzedzić Stany Zjednoczone i wygląda na to, że wygrają z nimi zdecydowanie. I nagle oto pojawiają się komentarze, że klasyfikacja uwzględniająca wyłącznie liczbę złotych medali jest niesprawiedliwa, że powinno się liczyć wszystkie medale. Nagle się okazuje, że na amerykańskich stronach tak właśnie zresztą klasyfikację się liczy (a więc – ktoś tu kłamał mówiąc o amerykańskim podejściu?). Zabawne.

Swoją drogą, pamiętam tylko przez mgłę, co pisała polska prasa o igrzyskach w Los Angeles. Ale jakoś dziwnie mi się to kojarzy, gdy czytam olimpijski serwis w Gazecie.pl – gdzie niusy o okropnościach igrzysk, o niewpuszczaniu kibiców na imprezy, o "oszustwach" uroczystości otwarcia, o rzekomych manipulacjach na korzyść chińskich zawodników – zawsze jakoś dziwnie są bardziej wyeksponowane niż informacje o wydarzeniach sportowych. 

 

Niedziela pięknych rewanżów

Szymon Kołecki był największym polskim przegranym igrzysk w Sydney.

Czwórka podwójna wioślarzy była największym polskim przegranym igrzysk w Atenach.

Bardzo ładnie się złożyło, że ich rewanż wypadł tego samego dnia.

Żal mi trochę, że Kołeckiemu nie udało się jednak zdobyć złota. Należało mu się jak mało komu, a wydaje mi się (choć oczywiście żaden ze mnie znawca ciężarów), że podejście Kazacha na 180 kg w rwaniu nie było do zaliczenia. Ale skoro sam zawodnik jest zadowolony…

W Atenach o tej porze mieliśmy, o ile sobie przypominam, siedem medali (w tym Kusznierewicza). W Pekinie mamy sześć. Ale wtedy to właśnie niedzielny dramat czwórki był ostatecznym znakiem, że los odwrócił się od polskiej reprezentacji. Dzisiaj –  medale zdobyli nie tylko "pewniacy", ale i zawodnicy, na których szanse medalowe nikt nie stawiał czy o których nikt nawet nie słyszał (z ręką na sercu, kto wiedział o istnieniu Agnieszki Wieszczek?). Przez cały poprzedni tydzień zaklinałem olimpijski los – i mam nadzieję, że dzisiaj odmienił się na dobre.

 

O różnicy między Niemczykiem a Bonittą

Nie dołączę do grona krytyków gry polskich siatkarek na Igrzyskach. Jestem przekonany, wbrew temu, co się pisze tu i ówdzie, że grały na Olimpiadzie lepiej niż kiedykolwiek – może poza finałem Mistrzostw Europy 2005. Ale siatkówka to nie pływanie synchroniczne – tu nie dostaje się medali za dobrą grę. Trzeba wygrywać.

Kiedyś się zastanawiałem, na czym polegał fenomen Kazimierza Górskiego. Jak to się działo, że mając w zasadzie tych samych piłkarzy, potrafił z nimi osiągnąć wyniki lepsze zarówno od poprzednika – Ryszarda Koncewicza, jak i następcy – Jacka Gmocha. Mimo że obaj na pewno nie ustępowali mu intelektem, wiedzą o piłce ani znajomością metod treningu i motywacji. Ale Górski był obdarzony intuicją i potrafił jej zawierzyć – a czasami jego intuicję wspomagał szczęśliwy los. Nie byłoby całej historii złota olimpijskiego z Monachium, gdyby Bułgaria wygrała ostatni mecz eliminacji z Hiszpanią. Nie byłoby zapewne dającego awans do finału olimpijskiego zwycięstwa ze Związkiem Radzieckim, gdyby na boisko nie wszedł Zygfryd Szołtysik, a wszedł tylko dlatego, że wytypowany przez Górskiego do zmiany Andrzej Jarosik odmówił gry. I tak dalej.

Reprezentacja siatkarek trenowana przez Andrzeja Niemczyka wygrała, o ile dobrze liczę, sześć kluczowych tie-breaków. Trzy podczas ME 2003 (w grupie z Holandią i Bułgarią i w półfinale z Niemcami), dwa podczas ME 2005 (w grupie z Niemcami i w półfinale z Rosją), wreszcie po drodze baraż do MŚ 2006 z Bułgarią. Za każdym razem Polki albo wyciągały mecz już zdawałoby się przegrany (ze stanu 0:2 czy 1:2 i przegrywanego czwartego seta), albo skutecznie walczyły o zwycięstwo mimo oddania prowadzenia 2:0 w setach. Co więcej, złota w Turcji w ogóle by nie było, gdyby Włoszki pokonały Bułgarki w ostatnim meczu fazy grupowej (a o ile pamiętam miały piłkę meczową w górze).

Reprezentacja Bonitty na olimpiadzie dwa tie-breaki przegrała, przedtem przegrała tie-break w finale z Rosją na turnieju w Halle. Podobne mecze przegrywał Bonitta jako trener reprezentacji swojego kraju. Zarzuca się Włochowi, że w tych przegranych meczach popełniał błędy w prowadzeniu drużyny, że nie dokonał tej czy innej zmiany. Moim zdaniem zarzuty są nietrafne. Nie ma przecież żadnej pewności, że inna zawodniczka w tym konkretnym momencie by sobie poradziła lepiej. Bonitta robił wszystko co powinien – wprowadzał wysoką zawodniczkę na podwyższenie bloku w końcówce seta, tak jak Niemczyk wprowadził Sylwię Pycię w czwartym secie finału ME 2005 i ta wykonała kluczowy blok. Tym razem nic to nie dało. Naprawdę, nie ma co winić Bonitty za to, że Mariola Zenik nie odebrała zagrywki albo Skowrońska zaatakowała na pojedynczym bloku w aut. Ale – nie ma to znaczenia. Napoleon zastanawiając się nad nominacjami generalskimi pytał się, czy dany kandydat ma szczęście. Polscy działacze siatkarscy wybierając następcę Niemczyka tego czynnika najwyraźniej zapomnieli uwzględnić.

 

Wieś na sprzedaż

Gdy ktoś mnie pyta, co najbardziej lubię w polskich górach, w pierwszej kolejności wymieniam rozległe, rozsłonecznione, widokowe polany, takie, których najwięcej w Beskidzie Żywieckim i Gorcach. Ale tuż za nimi wymieniam doliny, szerokie, leniwe, opustoszałe. Kiedyś w nich kwitło życie, dzisiaj w niektórych zostało parę gospodarstw, w niektórych nie mieszka już nikt. Tak się potoczyły dzieje polskich gór, że jest w nich wiele takich miejsc: w Beskidzie Niskim (Jasiel, Przybyszów, Polany Surowiczne, Olchowiec i okolice, całe dorzecze górnej Wisłoki i Zawoi), w Bieszczadach (Solinka i Balnica), w otoczeniu Kotliny Kłodzkiej (cała dolina Dzikiej Orlicy) czy w Górach Izerskich (cała Val d’Isere), nawet na Pogórzu Przemyskim. Wymieniam tylko te, które mnie szczególnie zachwyciły lub z którymi mam związane wyjątkowe wspomnienia.

W Rogóżce nigdy nie byłem, ale mogę sobie ją wyobrazić – wygląda pewnie podobnie do paru innych wiosek w okolicy. Być może jakieś ślady domów. Zapach zdziczałych drzew owocowych. Zarastający trawą cmentarz. Może jakiś krzyż na rozgałęzieniu dróg.

Ten zapach, cmentarz i przydrożny krzyż kupi sobie Grażyna Kulczyk.

Nawet trudno mieć coś przeciwko. Na pewno zyska na tym i gmina Stronie Śląskie, i mieszkańcy okolicznych miejscowości, na pewno pani Kulczyk zbuduje w Rogóżce coś nie mniej pięknego niż w Starym Browarze u siebie w Poznaniu. A jednak… jakoś niezbyt mi się podoba wizja burmistrza Szklarskiej Poręby sprzedającego jakiemuś innemu biznesmenowi wspomnianą Val d’Isere. Albo wizja burmistrza Bystrzycy Kłodzkiej sprzedającego Lasówkę. A to nie jest wizja zupełnie nieprawdopodobna – biorąc pod uwagę biznesowe podejście władz samorządowych. Burmistrz Stronia kompletnie nie robił wrażenia człowieka, dla którego zapach zdziczałych drzew owocowych stanowi jakąkolwiek wartość godną ochrony. Co dopiero gdy trafia się oferta za 13 milionów.

 

Truizmy

Zaskakujący wywiad (z Moniką Strzępką i Pawłem Demirskim) ukazał się w dzisiejszej "Gazecie Wyborczej".

Parę cytatów:

Czy okres rządów PiS można nazwać ważnym doświadczeniem pokoleniowym trzydziestolatków?

PD: Niby wydarzyło się coś ważnego, ale – posługując się naszymi kryteriami – nie na tyle, żeby zrobić o tym spektakl. W pewnym momencie nie mogłem już znieść biadolenia ludzi z naszego środowiska: "Jezu, jest tak strasznie, co to będzie, zaraz nas wszystkich zamkną w obozach koncentracyjnych". Nikt się nie zastanawiał, czy PiS przypadkiem nie ma w jakimś punkcie racji. […] Czuliśmy się lekko zażenowani falą histerycznych antypisowskich przedstawień, z których wynikało, że ich twórcy nie zdawali sobie sprawy ze społecznych mechanizmów, które pozwoliły PIS-owi wygrać wybory.

Co sądzicie o obecnym zamieszaniu wokół Wałęsy? Czy dla was to jakiś ważny mit, który może się rozpaść?

MS: Mit to jest jakaś podejrzana kategoria.

PD: Kiedy pojawiły się pomruki z IPN, stwierdziłem, że nie chcę żadnej książki. Wtedy Monika powiedziała, że zachowuję się tak samo jak ci, którzy bronią narodu polskiego przed książkami w rodzaju "Sąsiedzi" albo "Strach". Dużo dyskutowaliśmy na ten temat. I teraz sądzę, że jeżeli podejrzenia z książki Cenckiewicza i Gontarczyka okazałyby się prawdziwe, to nawet dobrze. Mielibyśmy wreszcie szansę jako społeczeństwo zrezygnować z czarno-białych narracji.

[o Polsce poza wielkimi miastami] 

MS: Jest to element polityki po ’89 roku. W "Wyborczej" pół roku temu była debata na temat Polski B, w której pewien profesor mówił bez zażenowania: "Proszę państwa, nie miejmy złudzeń, oni nas nie dogonią. Tak tu już jest, że w Polskę A się inwestuje, a Polskę B trzeba przeznaczyć na straty". [mowa o tym, rzeczywiście kuriozalnym, wywiadzie].

Cytowane opinie Strzępki i Demirskiego to są oczywiście truizmy. Ale… jeszcze całkiem niedawno trudno byłoby sobie wyobrazić na łamach GW taki tekst. Wręcz przeciwnie, gdyby ukazał się gdzie indziej, doczekałby się pewnie w Gazecie jadowitej polemiki – takiej jak doczekał się wspominany tu David Ost. Trudno byłoby sobie wyobrazić, że na łamach GW ktoś otwarcie pisze, że ksiażka Cenckiewicza i Gontarczyka jest (skażona subiektywizmem autorów, a jakże) próbą wzbogacenia wiedzy historycznej, a nie czymś w rodzaju bluźnierstwa. I tak dalej.

Co się stało? Czyżby ktoś w Wyborczej uświadomił sobie wreszcie, że w rok po odsunięciu PiS od władzy Polska największym problemem Polski nie są już Jarosław Kaczyński, Zbigniew Ziobro i Antoni Macierewicz? Że istotne podziały społeczne w Polsce niekoniecznie ograniczają się do tego, czy jesteś za, czy przeciw PiS-owi? Oby. Nawet to jeśli tylko jeden wywiad, a redakcja nie podziela głoszonych w nim poglądów. Ale przynajmniej dopuszcza rozmowę o nich. To i tak wielki postęp.

Przedpekińskie rozważania

W wielu gazetach i blogach trwa rozważanie szans medalowych Polaków (zauważyliście, że letnie igrzyska olimpijskie – jak żadna inna impreza sportowa – jest rozpatrywana prawie wyłącznie polonocentrycznie? Za dużo na igrzyskach się dzieje, żeby ktokolwiek był w stanie objąć coś innego niż występy "swoich"). My postanowiliśmy podejść do tego z nieco innej strony. Poniżej tabelka – zestawienie medali zdobytych przez Polskę na Letnich Igrzyskach począwszy od Rzymu 1960 (kiedy to pierwszy raz znaleźli się w sportowej czołówce świata).

60 64 68 72 76 80 88 92 96 2000 2004 Razem
Sporty walki
8 7 5 7 9
13
9
4 7 69
LA 7 8 2 3 5 7 1 2 4 2 41
Pływanie 1 1
1

3
6
Wiośl+kajak. 2 1
1
2
3
5
1
5
2
22
Podn. ciężarów
2 4
5
3
3
3
1
3
1
2
1
28
Szermierka 1 3
2
2
3
1
1
1
1
1
17
Strzelectwo 1
1
2
1
3
1

9
Zespołowe 1
1
1
3
1
7
Inne* 1
3
3
3
1
2
2
1
1
17
Razem 20 23
18
21
26
32
16
19
17
14
10
216

*W kategorii "inne" mieści się 7 medali w kolarstwie, 3 w pięcioboju nowoczesnym, po 2 w jeździectwie, łucznictwie i żeglarstwie oraz 1 w gimnastyce sportowej.

Co z tej tabeli wynika? Po pierwsze, można zauważyć bardzo wyraźną tendencję. Począwszy od roku 1992, na każdych kolejnych igrzyskach Polacy zdobywali mniej medali. W Atlancie i Sydney za bardzo nie przejmowano się tym faktem – komentatorzy patrzyli głównie na liczbę złotych medali i wynikające z niej miejsce w klasyfikacji medalowej, a akurat pod tym względem było lepiej niż w Barcelonie. W Atenach jednak tendencja się pogłębiła, i to dość dramatycznie. Po drugie, można próbować wnioskować, skąd się ta tendencja wzięła. Od Rzymu do Atlanty ponad jedną trzecią swoich medali Polacy zdobyli w tzw. sportach walki – boksie, zapasach i dżudo. Jeszcze w Atlancie zapaśnicy i dżudocy wywalczyli prawie połowę medali. I nagle – koniec. Na dwóch ostatnich igrzyskach przychód medalowy z mat, tatami i ringów wynosi zero. W Sydney tę dziurę częściowo załatali wodniacy i lekkoatleci, w Atenach już nie udało się to nikomu.

Po trzecie wreszcie: na każdych igrzyskach była przynajmniej jedna dyscyplina lub grupa dyscyplin, która wyraźnie wysunęła się pozycję lidera, pociągnęła całą ekipę lub uratowała przynajmniej jej twarz. Weźmy tylko ostatnie igrzyska, od Seulu: w Seulu od kompromitacji uratował ekipę świetny występ wszystkich sportów walki (razem ponad połowa medali!). W Barcelonie zdobycze medalowe były jeszcze najbardziej zrównoważone, ale liderami ekipy byli ciężarowcy i wodniacy (no i pięcioboiści). W Atlancie 10 z 17 medali zdobyli przedstawiciele sportów walki i strzelcy (nie, Polska w 1996 roku nie prowadziła żadnej wojny). Z Sydney dwie trzecie medali przywieźli wodniacy i lekkoatleci. Wreszcie Ateny – od k
ompletnej klapy uratowali nas pływacy, a dokładnie jedna pływaczka (chociaż cała pływacka ekipa spisała się świetnie i zdecydowanie powyżej oczekiwań).

Patrząc na naszą drużynę przed Pekinem przyznaję, że nie widzę za bardzo, kto mógłby pociągnąć ją na tych igrzyskach. Wydawało się – po Atenach, a zwłaszcza po MŚ w Montrealu – że taką drużyną mogą być pływacy, że tworzy się mały pływacki Wunderteam. Dzisiaj wydaje się, że sukcesem pływaków będzie jakikolwiek medal. Lekkoatleci – na ostatnich MŚ zdobyli trzy brązowe medale i powtórzenie tego wyniku w Pekinie byłoby wielkim sukcesem (na ten moment wierzę tylko w medal Anny Jesień). Pozostaje wiara w wodniaków i żeglarzy (choć ci ostatni zapowiadali worek medali już przed Atenami, skończyło się na brąziku Kusznierewicza). W Atenach przynajmniej mieliśmy pewniaków do złota – Jędrzejczak, Korzeniowskiego, "starych mistrzów" Kucharskiego-Sycza, którzy nie zawiedli. W Pekinie… faworytów do złota mamy naszym zdaniem dwóch. Leszka Blanika i czwórkę wioślarską (chociaż ta zaczęła w tym roku przegrywać, no i ma w pamięci traumę sprzed czterech lat). Podsumowując – jak nie będzie gorzej niż w Atenach, to będzie dobrze.

Ale za to mamy Roberta Kubicę.