Elegia dla Ricka

Niektórzy pamiętają daty, kiedy pierwszy raz spotkali różne Kobiety Swojego Życia lub Mężczyzn Swojego Życia. Ja pamiętam daty pierwszego przesłuchania Płyt Mojego Życia.

10 marca 1991 roku. Leżę w domu, mam gorączkę jakiej już nigdy później w życiu nie miałem, kręcę gałką radioodbiornika, łapię Radio Opole. Nie pamiętam już zapowiedzi Piotra Wróblewskiego, nigdy za to nie zapomnę tego, co było po niej. Głęboki, długi, smutny, jakby żałobny, przeszywający na wskroś dźwięk organów. W pewnym momencie gdzieś obok niego rodzi się brzmienie gitary… najpierw wygrywa ten sam ton, a potem tworzy nowy temat – cztery powtarzające się dźwięki stanowiące oś całego utworu. Ta da da dam… Nigdy przedtem nie słyszałem czegoś równie pięknego. Poczułem się, jakbym leciał w kosmos, jakby otworzył się przede mną jakiś zupełnie inny świat.

Shine On You Crazy Diamond nie byłby tym czym jest, nie byłby może najbardziej zachwycającym utworem w historii rocka, gdyby nie te pierwsze minuty, gdyby nie ten dźwięk organów. Dlatego wersje koncertowe Szalonego Diamentu ustępują studyjnej – muzycy gdzieś się w nich spieszą, nie wytrzymują pełnych dwóch minut i od razu przechodzą do partii Gilmoura.

Człowieka, który zagrał to wyjątkowe solo na organach – i dziesiątki innych – nie ma już wśród nas. Rick Wright zmarł 15 września 2008 roku – dokładnie w 33 lata od dnia premiery płytowej Szalonego Diamentu. Floydzi odchodzą z tego świata w takiej kolejności, jak odchodzili z zespołu. Najpierw Syd, potem Rick.

Był zawsze chyba najbardziej niedocenianym członkiem zespołu. Wycofany, introwertyczny, chował się w cieniu potężnych osobowości Gilmoura i zwłaszcza Watersa. Ale bez niego nie Pink Floyd nie byłby tym czym był – może najważniejszym zespołem w historii rocka.