Contador wśród gigantów

Grono kolarzy, którzy wygrali wszystkie trzy największe wieloetapowe wyścigi kolarskie – Giro d’Italia, Tour de France i Vuelta a España, jest niezwykle elitarne – liczy tylko czterech kolarzy, wszystkich będących absolutnymi legendami tego sportu: Jacques Anquetil, Felice Gimondi, Eddy Merckx i Bernard Hinault. O ile nie dojdzie do jakiejś sensacji, w niedzielę* to grono powiększy się o nowego członka. Na miejscu Alberto Contadora czułbym się w tym towarzystwie mocno nieswojo.

Nie jest przypadkiem, że od ćwierć wieku nikomu nowemu nie udało się dołączyć do tej czwórki. Tak naprawdę prawie nikt nie próbował. Kiedyś było czymś oczywistym, że kolarze z czołówki jadą dwa Wielkie Toury w roku – każdy z nich z myślą o walce o jak najlepsze miejsce. Chyba pierwszym z naprawdę Wielkich, który zaczął koncentrować się tylko na jednym wyścigu w roku – Tour de France – był Greg Lemond. Co prawda zdarzało mu się jechać Giro, ale sądząc po wynikach, traktował je wyłącznie jako przetarcie przed rywalizacją na trasie Wielkiej Pętli. W latach 90. jego podejście się upowszechniło. Jeszcze Indurain w początkowych latach swojej dominacji na trasie Touru walczył w innych wielkich wyścigach – dwukrotnie wygrał Giro, był drugi na trasie Vuelty. Po nim już tylko jeden kolarz miał realną szansę dołączyć do tego grona zdobywców swoistego kolarskiego Wielkiego Szlema. Mowa oczywiście o Tonym Romingerze, zwycięzcy Vuelty (trzykrotnym) i Giro, który przez długie lata zaciekle gonił zwycięstwo w Tourze – bez powodzenia, niestety. Raz był naprawdę blisko – w pamiętnym roku 1993, kiedy to był w rewelacyjnej formie, przeganiał Induraina po górach i zajął drugie miejsce; gdyby miał lepszą drużynę, mógłby poważnie dominacji Baska zagrozić. A później nastały czasy rywalizacji Armstronga i Ullricha, którzy koncentrowali się wyłącznie na TdF i innych grand tourów nie jeździli w ogóle (Ullrich raz wygrał Vueltę, ale to było w roku, w którym w Tourze nie wystartował z powodu kontuzji).

W sumie nic się nie zmieniło pod tym względem. Przecież gdyby nie decyzja organizatorów Touru wykluczająca Astanę z grona uczestników francuskiego wyścigu, Contador w życiu nie wystartowałby w Giro. Można śmiało powiedzieć, że Hiszpan zdobył Szlema "przez przypadek".

A ja z wielką radością przyjąłem zwycięstwo Carlosa Sastre w tegorocznym Tourze. Zawsze miałem dla niego sporo sympatii, ale szczególnie go polubiłem w roku 2006, gdy dokonał bardzo rzadkiej w dzisiejszym peletonie sztuki i przejechał w jednym roku trzy grand toury, w każdym z nich będąc jedną z czołowych postaci: w Giro będąc pomocnikiem numer 1 Ivana Basso, w Tourze jako niespodziewany (po zawieszeniu Basso) lider grupy walczył do końca o zwycięstwo i ostatecznie zajął trzecie (po dyskwalifikacji Landisa) miejsce, wreszcie we Vuelcie był czwarty. W sumie – ponad dwa miesiące spędzone na rowerze, bez chwili odpoczynku, zawsze w jednej z czołowych ról. Jakoś bardziej mi się podoba takie podejście do kolarstwa niż to Armstronga i Ullricha.

 *) Tak, wiem, to będą dopiero wyniki nieoficjalne :(.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s