Big Beat

W Internecie jednak prędzej czy później znajdzie się wszystko.

Był sierpień 1990 roku. Polska graniczyła jeszcze z ZSRR, NRD i CSRF, prezydentem był Wojciech Jaruzelski, ale wszystko w kraju i wokół się błyskawicznie zmieniało, różne niezniszczalne instytucje PRL szukały pomysłu na nowe czasy. Nowej formuły poszukiwał też festiwal sopocki – organizatorzy zaproponowali między innymi przeglmłodych, mało znanych polskich wykonawców. Każdy wykonywał po dwa utwory. Oglądałem ten koncert, wielu wykonawców zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie (szkoda, że prawie nikt z nich praktycznie nie zaistniał na rynku muzycznym), ale zdecydowanie wybijał się jeden zespół. Grali muzykę intrygującą, pokręconą melodycznie i rytmicznie, a jednocześnie nie pozbawioną momentów wpadających w ucho; muzykę zdumiewająco nowoczesną i zdecydowanie odróżniającą się od innych uczestników koncertu. No i mieli jeszcze jeden atut: wokalistkę. Wtedy pierwszy raz ją usłyszałem. Niepozorna dziewczyna, ubrana na szaro, ale już po pierwszych zaśpiewanych przez nią frazach byłem pewien, że mamy do czynienia ze zjawiskiem. Na szczęście prowadzący podał jej nazwisko – Edyta Bartosiewicz. Zespół miał nazwę równie oryginalną jak muzyka – Holloee Poloy. 

Zespół wkrótce po festiwalu się rozwiązał, ale jeszcze przed rozwiązaniem zdążył nagrać i wydać płytę. A że wydał ją wyłącznie na winylu, a nikt później nie pomyślał o reedycji kompaktowej, płyta stała się czymś w rodzaju białego kruka. Poszukiwałem jej bezskutecznie przez lat osiemnaście i pod tym względem jest chyba rekordzistką. Wczoraj, zupełnie przypadkiem – znalazłem. Empetrójka trzeszczy niemiłosiernie, ale jakie ma to znaczenie? 

Big Beat – bo tak się ów jedyny album Holloee Poloy nazywał – nie jest na pewno szczytowym osiągnięciem polskiej muzyki i słuchając go teraz, dochodzę do wniosku, że Edyta Bartosiewicz jednak słusznie zrobiła odchodząc z zespołu. Ona (choćby z jej pierwszej, i najlepszej, płyty solowej Love) i reszta zespołu to jednak dwa inne muzyczne światy. Ale jest na tej płycie jeden utwór, gdzie te światy się łączą i powstaje dzięki temu dzieło wybitne. To ten utwór zapamiętałem z Sopotu i pamiętałem go przez te kilkanaście lat. Could Die In Your Eyes. Myślę, że bez problemu mógłby znaleźć się na płycie Love – i wszyscy fani Edyty powinni go znać. I naprawdę nie rozumiem, czemu nie pochwaliła się tym cudeńkiem – choćby w formie bonusu na którejś z płyt solowych. 

(Właśnie w rozmowie z kumplem pochwaliłem się tym odkryciem – a on stwierdził nonszalancko, że kiedyś miał Big Beat na kasecie, ale nagrał na to coś innego… Grrr ;).

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s