Tylko krowa nie zmienia zdania

Ale czasy mamy. Już przyzwyczailiśmy się, że Ludwik Dorn wypowiada się krytycznie o panu przewodniczącym Kaczyńskim, a tu mój ulubiony bloger, telewizyjna celebrity i redaktor działu zagranicznego największej polskiej gazety, wielki propagator wojny w Iraku i adwokat torturowania wrogów demokracji, największy w Polsce obrońca polityki neoconów, stwierdził, że George W. Bush podejmował nie najlepsze decyzje i że lepiej byłoby, gdyby w 2000 roku prezydentem został McCain.

Better late than never.

PS. W ciągu ostatnich tygodni reklama frytek McCain wyjątkowo często pojawia się w Trójce. Czy to jakaś próba obejścia ograniczeń reklamowych ze strony sztabu Republikanów? Hmm, pewnie uwierzyli jednemu z dyrektorów CIA i teraz doszli do wniosku, że zamiast walczyć o jakieś Ohio czy Virginię, lepiej skoncentrować się na Polsce, która ma więcej głosów elektorskich niż Kalifornia ;))).

Nisko latające Orły

Stało się – wybory na wroga publicznego nr 1 wygrał Grzegorz Lato. O ile poprzedni prezesi PZPN obejmowali to stanowisko przy umiarkowanej przychylności czy przynajmniej neutralności mediów, o Lacie trudno by znaleźć choć jedną pozytywną wypowiedź. I trudno w tym przypadku powiedzieć, że dziennikarze są dla niego niesprawiedliwi.

Grzegorz Lato był zawodnikiem najlepszej drużyny w dziejach polskiej piłki. W niemieckiej, holenderskiej, francuskiej piłce takie wybitne reprezentacje są zasobem kadrowym, z którego wywodzą się później wybitni trenerzy, działacze czy inne piłkarskie osobowości. Wystarczy prześledzić RFN 1972-74 (Beckenbauer, Vogts, Heynckess, Höness), Holandię 1974-78 (Cruyff, Haan), Francję 1982-86 (Platini, Fernandez, Tigana, Giresse), Holandię 1988 (Rijkaard, Gullit, van Basten), wreszcie RFN 1990 (Völler, Klinsmann, Augenthaler). Zresztą przykładów można by szukać nie tylko w największych piłkarskich potęgach. Dla mnie po prostu zdumiewające jest, jak bardzo zawodnicy drużyny Kazimierza Górskiego zostali – po zawieszeniu butów na kołkach – zmarnowani dla polskiej piłki. A raczej jak sami się zmarnowali. Biorąc pod uwagę, jaki mieli autorytet i jak byli uwielbiani przez kibiców. 

To jest aż zabawne, jak bardzo Orłom Górskiego nie udawało się zaistnieć w piłce. Jak już Adam Musiał został Trenerem Roku w plebiscycie Piłki Nożnej, to potem się okazało, że był w Wiśle wyłącznie "słupem", a faktycznie trenował ją Bogusław Hajdas, zawieszony przez PZPN. Jak już Lesław Ćmikiewicz został trenerem-selekcjonerem, to tylko po to, żeby zapisać najgorszy bilans w historii: trzy mecze o punkty, trzy porażki w katastrofalnym stylu. Paradoksalnie, jeszcze najlepiej wygląda kariera świeżo wybranego Wroga Publicznego – niezłe wyniki w Stali i Olimpii, acz nikt dzisiaj nie da głowy, czy osiągnięto je dzięki dobrej grze, czy dzięki pozaboiskowym układom. Osiągnięcia trenerskie Jana Tomaszewskiego – jak i w ogóle cała działalność człowieka, który dobrze zasłużył na miano Leppera polskiej piłki – nadają się do kabaretu. Jedynym rodzynkiem w tym całym towarzystwie jest Henryk Kasperczak. Ale on akurat pracował przez lata we Francji i Afryce, a jak już przyjechał do Polski i dostał praktycznie gotowy najsilniejszy od ćwierćwiecza skład w polskiej piłce klubowej, to spieprzył z nim wielką szansę na przebicie się na stałe do szerokiej europejskiej czołówki.

Abstrahując już od osiągnięć po zakończeniu kariery, przez długie lata Orły Górskiego funkcjonowały jako mityczni bohaterowie złotego okresu polskiego futbolu, gdy trawa była zieleńsza, a piłka mniej kanciasta. Mało kto zastanawiał się, czy umiejętności piłkarskie muszą iść w parze z wysokimi wartościami moralnymi. A przecież właśnie lata 70. to jest okres, kiedy w polskiej lidze na masową skalę zagościły różne "niedziele cudów". Trzeba być w najwyższym stopniu naiwnym, żeby wierzyć, że ówcześni kadrowicze, liderzy swoich zespołów, nie brali w tym procederze udziału. Lata 70. to jest też okres, kiedy kadrowicze stali się pazerni na pieniądze. Historia o pieniądzach od Argentyńczyków za wygrany mecz z Włochami, które skasował jeden z kadrowiczów i nie podzielił się nimi z kolegami, jeszcze kilka lat temu brzmiałaby podobnie obrazoburczo jak stwierdzenie, że Lech Wałęsa był (nomen omen) Bolkiem. Być może w przyszłości – choćby przy okazji awantur między różnymi frakcjami w PZPN – dowiemy się o jeszcze innych kwiatkach (moje podejrzenia kierują się w pierwszej kolejności w stronę pewnego meczu w Rosario). Odnoszę wrażenie, że było to pierwsze tak bardzo zdemoralizowane pokolenie w polskiej piłce.

Tak czy owak, te czasy się już skończyły. Zastanawiam się wręcz, ilu kibiców oglądając powtórki bramek z niemieckiego Weltmeisterschaft będzie patrzeć na Latę nie jako ówczesnego bohatera reprezentacji Polski, ale jako obecnego wroga publicznego?

 

Wspomnienia konstruktora Titanica

Piszę o zachowaniu polskich władz w obliczu tegorocznej paniki, bo pamiętam reakcję ówczesnego ministra finansów, Leszka Balcerowicza, na panikę na rynku walutowym 1999 roku. W ciągu kilku dni złoty drastycznie osłabił się wobec dolara (stanowiącego wówczas jeszcze główną walutę odniesienia), przed kantorami ustawiały się kolejki, a media straszyły katastrofą. Balcerowicz nie chował się w kącie, tonował nastroje, wyjaśniał, że załamanie jest chwilowe i wynika raczej z przejściowego wzmocnienia dolara do wszystkich walut niż ze słabości złotego. I udało mu się panikę zażegnać.

Innym, i może bardziej znanym i spektakularnym, przykładem skutecznej interwencji władz gospodarczych w momencie kryzysu, była reakcja Alana Greenspana na krach giełdowy z października 1987. Greenspanowi udało się przekonać bankierów do współpracy i pożyczania sobie pieniędzy, a społeczeństwo do zachowania spokoju. Wydarzeniom października 1987 poświęca obszerny rozdział w swojej książce, która właśnie wpadła mi w ręce. Być może właśnie ten sukces był początkiem katastrofy, której świadkami jesteśmy obecnie. Stworzył bowiem przekonanie, że gospodarka dziś jest na tyle silna, władze na tyle mądre, a nowoczesne instrumenty finansowe na tyle wyrafinowane, że prawdziwy, głęboki krach nie może się już powtórzyć.

Lektura jego książki Era zawirowań w październiku 2008 jest specyficznym przeżyciem. To tak, jakby czytać wspomnienia konstruktora Titanica w wieczór jego katastrofy, albo "Futbol na tak" Jerzego Engela podczas meczu z Koreą. Rzadko się zdarza, żeby rzeczywistość tak szybko i brutalnie zweryfikowała teorie kogoś, kto jeszcze dwa lata temu był uważany wręcz za demiurga nowoczesnych finansów. Bardzo dziwnie się teraz czyta Greenspana opowiadającego, że rozwój technologii internetowych oznacza zakwestionowanie dotychczasowej wiedzy o cyklach koniukturalnych, albo usprawiedliwiającego swoją politykę pieniężną teoriami, że na rynku jest długofalowa nadwyżka chętnych do oszczędzania nad chętnymi do inwestowania.

Jednym z najciekawszych fragmentów książki jest wspomnienie dyskusji nad cięciami podatkowymi George’a W. Busha. Greenspan nie miał nic przeciwko ograniczonym obniżkom podatków, ale był świadom, że będzie bardzo trudno je ograniczyć. Mimo to publicznie poparł propozycję Busha. Szef Fedu wspomina rozmowy z demokratycznymi politykami, którzy przekonywali go, że jego wystąpienie "nie tylko zagwarantuje przyjęcie propozycji Białego Domu, ale także zachęci Kongres do porzucenia wątłego konsensusu w sprawie polityki fiskalnej". Mieli oczywiście rację, pozytywny sygnał z Fedu sprawił, że Bush porzucił myśl o jakichkolwiek ograniczeniach i stabilizatorach – i nadwyżka budżetowa błyskawicznie zamieniła się w deficyt. Trochę zdumiewa, że Greenspan, szef Fedu wtedy od 14 lat, a obecny w wielkiej polityce od ćwierćwiecza, nie zdawał sobie sprawy, jak jego wypowiedź będzie przez rząd odebrana. Albo dziś udaje, że sobie nie zdawał sprawy :). Faktem jest, że bardzo trudno w całej książce znaleźć pozytywne zdanie na temat George’a W. Busha i jego ekipy. O jego ojcu zresztą też Greenspan nie miał dobrego zdania. Za to współpracy z Clintonem nie może się nachwalić. To tak jeszcze a propos mitu o dobrych republikanach.

Jednak najbardziej szokująco w dzisiejszym kontekście brzmią fragmenty, gdzie Greenspan pisze o regulacji, a w szczególności o regulacji na rynkach finansowych:

Jakiekolwiek rządowe regulacje nałożone na strategię inwestycyjną funduszy hedge ograniczyłyby podejmowanie ryzyka, które jest integralną częścią wkładu funduszy hedgingowych w światową gospodarkę, a zwłaszcza w gospodarkę Stanów Zjednoczonych. Dlaczego chcemy powstrzymywać pszczoły produkujące miód na Wall Street?

Dzisiaj, gdy okazało się, ile to "podejmowanie ryzyka" bez ograniczeń będzie kosztować amerykańskiego i światowego podatnika (znacznie więcej niż akcjonariuszy i menedżerów!), te słowa brzmią jak drastyczne samooskarżenie. Gdyby przedtem nie zdarzyła się katastrofa funduszu LTCM, można by przynajmniej tłumaczyć Greenspana nieświadomością.

Równie horrendalnie, przynajmniej dla kogoś przyzwyczajonego do standardów z tej strony Atlantyku, brzmią wypowiedzi Greenspana na temat ładu korporacyjnego. Już po aferach Enronu i Worldcomu, Greenspan wypowiada się jako przeciwnik superaudytu (czyli nadzorowanej przez państwo instytucji mogącej kontrolować audytorów) i jako przeciwnik obecności osób nie związanych z zarządem w radach nadzorczych. Na pytanie, jak akcjonariusze mają zatem skutecznie kontrolować zarząd, odpowiedzi nie dostajemy.

Era zawirowań jest fascynującą, wnikliwą i świetnie napisaną książką, opartą o zupełnie fałszywy światopogląd. Gdy pisałem tę notkę, Greenspan akurat opowiadał Kongresowi, że "jest zszokowany". Przyznaję, że jestem zszokowany, że on jest zszokowany.

 

Czy leci z nami pilot?

Gwałtowne załamania na rynkach finansowych się zdarzają. Nie oczekuję od rządu, żeby natychmiast podejmował jakieś drastyczne decyzje. Nie oczekuję od banku centralnego, żeby podejmował interwencję na rynku walutowym. Propozycja prezydenta co do zwołania Rady Gabinetowej była dla picu – i tak właśnie, słusznie, została odebrana. Ale jednak mimo wszystko, w momencie, kiedy złoty traci w ciągu dwóch dni jakieś 15% do euro i 20% do dolara – chciałbym mieć pewność, że okrętem polskich finansów ktoś jednak steruje. Tymczasem zarówno minister finansów, jak i prezes banku centralnego chyba schowali się w jakiejś mysiej dziurze.

Wygląda na to, że mamy pecha. Na świecie kryzys finansowy być może największy od 1929 roku, a polskimi finansami sterują akademik z Londynu bez autorytetu ani w rządzie, ani w społeczeństwie, ani na rynkach finansowych, oraz inżynier z dyplomem trzeciorzędnej amerykańskiej uczelni. Swoją drogą, prezydent Kaczyński podejmował różne decyzje, ale żadna nie była tak nieodpowiedzialna jak nominacja Skrzypka na prezesa NBP. Zaraz się okaże, ile za tę nieodpowiedzialność zapłacimy.

Dopisek wieczorny: NBP i MF jednak wysmażyły po południu jakieś komunikaty. Lepiej późno niż wcale. 

 

Mila i Sarzało

Jest sobie taki piłkarz Sebastian Mila. Swego czasu uważany był za jeden z największych talentów polskiej piłki. Gdy grająca wtedy jeszcze w Grodzisku Dyskobolia zdobywała wicemistrzostwo Polski i dzielnie walczyła w Pucharze UEFA, był kluczowym zawodnikiem tej drużyny. Nigdy nie był najsilniejszy fizycznie, brakowało mu waleczności, determinacji i dojrzałości, ale pod względem techniki, przeglądu pola i umiejętności wykonywania stałych fragmentów gry – był już wtedy numerem 1 w Polsce. Nic dziwnego, że Paweł Janas powoływał go do kadry, w której rozegrał parę dobrych spotkań – zwłaszcza to w Cardiff jesienią 2004, kiedy to właśnie jego wejście na boisko odmieniło losy meczu.

Później wyjechał za granicę. W Polsce niektórzy opiniotwórczy dziennikarze sportowi głoszą opinię, że każdy czołowy piłkarz (i nie tylko piłkarz) musi wyjechać za granicę, a jak nie, to znaczy, że jest mięczak. Mila nie chciał być uważany za mięczaka. Trafił do Austrii Wiedeń. I okazało się, że wspomniane niedostatki fizyczne (w końcu liga austriacka uchodzi za jedną z bardziej fizycznych w Europie), a przede wszystkim psychiczne sprawiały, że Mila kompletnie sobie w nowym otoczeniu nie dawał rady. Piłkarz stał się pośmiewiskiem co niektórych kiboli i pismaków – zwłaszcza, że Paweł Janas, ciągle widząc w nim duży potencjał, nadal powoływał go do kadry. Mila męczył się w Austrii, męczył się w Valerendze Oslo, wreszcie wrócił do Polski. I… od razu stał się wyróżniającą postacią polskiej ligi. Zarówno wiosną w słabym ŁKS-ie, jak i jesienią w Śląsku Wrocław. Strzela bramki, ma mnóstwo asyst, prowadzi grę, jest regularnie wybierany do jedenastek kolejki. Zaczyna się o nim znowu mówić jako o kandydacie do reprezentacji.

Jak na to zareagowałby normalny dziennikarz? Cieszyłby się, że piłkarz odbudował się psychicznie, że znów gra na swoim dobrym poziomie. Jak pisze Jacek Sarzało z GW? Robi wszystko, żeby włożyć Mili szpilę. Mniejsza z tym, że przy okazji wikła się w logiczne sprzeczności: Ano o tym, że po pierwsze – nie jest to najlepszy zespół, skoro właśnie taki piłkarz w nim błyszczy, pisze. Jeżeli zespół słaby, a Mila potrafi go dociągnąć do czołówki ligi, tym większe uznanie dla niego, nieprawdaż? Marudzi, że Śląsk jeszcze nie mierzył się ani z Wisłą Kraków, ani z Legią Warszawa, ani z Lechem Poznań, jakby to Mila był odpowiedzialny za taki a nie inny układ ligowego terminarza (a zresztą, jakie to ma znaczenie? punkt przeciwko słabeuszom ma takie samo znaczenie w tabeli jak punkt przeciwko liderom). A ostatecznym argumentem przeciw Mili ma być, że… nie zauważa go Leo Beenhakker. No tak, w sumie jak wiadomo Leo Beenhakker różni się od papieża tym, że papież jest nieomylny tylko w kwestiach wiary i moralności.

Nie ma co się o Sarzale rozpisywać, od dawna uważam jego teksty za nieuczciwe, dyspozycyjne i często po prostu wredne. Tym razem myślę jednak, że działa dość charakterystyczny mechanizm. Przez ileś tam lat Mila, jak wspomniałem, był ulubionym obiektem docinków – i niektórym utrwalił się obraz jego jako kompletnego piłkarskiego nieudacznika. Teraz, gdy okazuje się jednak dobrym piłkarzem, wypadałoby ten stereotyp zrewidować. Ale łatwiej jednak sobie wmawiać, wbrew faktom, że wcale go rewidować nie trzeba.

Można by jeszcze zrozumieć jeżdżenie po Mili, gdybyśmy mieli naprawdę dziesiątki klasowych piłkarzy na jego pozycji. Ale skoro ich nie mamy, po prostu nie jestem w stanie zrozumieć, czym się kieruje dziennikarz, który znajduje dziwną satysfakcję w gnojeniu zawodnika. Tak samo było przecież z Rasiakiem. 

 

Promocja w Sky Tower

GW podała, że Leszek Czarnecki już obniża ceny apartamentów we wrocławskim Sky Tower – na razie do 11 tys. za metr. Jeszcze kilka miesięcy krachu i ceny w Sky Tower spadną do poziomu blokowiska na Nowym Dworze sprzed roku :).

Inna sprawa, że na czas krachu mieszkanie na dwudziestym którymś piętrze może się przynajmniej do czegoś przydać

Przy okazji, Sky Tower jest kolejnym potwierdzeniem mojego ulubionego wskaźnika ekonomicznego – wskaźnika erekcji :).

Mit o dobrych Republikanach

Na blogu Trystero (lektura obowiązkowa w dobie kryzysu finansowego) znalazłem (zacytowane za NYT) zabawne zestawienie stopy zwrotu z akcji na giełdzie amerykańskiej za prezydentów republikańskich i demokratycznych na przestrzeni ostatnich 80 lat. Zacytuję:

10 000 dolarów zainwestowane w indeks S&P 500 w czasie rządów demokratycznych prezydentów przyniosłoby przez 40 lat 300 000 dolarów. Te same 10 000 zainwestowane w trakcie kadencji republikańskich prezydentów przyniosłoby w 40 lat… 12 000 dolarów. To nie jest pomyłka. Można oczywiście odliczyć Hoovera, wtedy wynik z inwestycji w okresie rządów republikańskich prezydentów wzrośnie do 51 000 dolarów.

Oczywiście można się doszukać w tym zestawieniu pewnej manipulacji – punktem startu jest kadencja Hoovera; gdyby uwzględnić wcześniejsze kadencje republikańskich prezydentów Hardinga i Coolidge’a, przypadające w okresie wielkiej hossy lat 20, wynik byłby dla Republikanów lepszy. Ale mimo wszystko – zabawne, co zostaje z mitu "dobrych dla gospodarki" Republikanów, gdy się go skonfrontuje z twardą rzeczywistością wykresów giełdowych.

Nie mniej rozpowszechniony w Polsce jest inny mit, głoszący, jakoby to republikańscy prezydenci są "dobrzy dla Polski". Podejrzewam, że mit ten urodził się za kadencji Ronalda Reagana, prezydenta, który rzeczywiście zdecydowanie potępił stan wojenny w Polsce i walczył z komunizmem na różnych frontach – wspierając mudżahedinów afgańskich, opozycję w Polsce i innych krajach bloku, narzucając Sowietom wyścig zbrojeń. Do tego umacnia go pamięć o "zdradzie jałtańskiej" dokonanej przez Demokratę Roosevelta (jakby to jakikolwiek inny prezydent mógł odbić Warszawę Sowietom). Uwielbienie dla Reagana jest tak silne, że niektórzy zapominają, że Solidarność powstała za kadencji (i w dużej mierze na skutek polityki) jego demokratycznego poprzednika. A niektórzy – jak były marszałek Sejmu – twierdzą wręcz, że to Reagan kazał bojkotować olimpiadę w Moskwie. Natomiast z kolei republikański poprzednik Cartera stwierdził, że Polska i inne kraje bloku są w pełni niepodległe. Demokratyczny rząd zaangażował się w wojnę w Wietnamie – republikański się z niej wycofał, zostawiając Wietnam Południowy (i prawie całe Indochiny) na pastwę komunistów. Wcześniej demokrata Truman wdrożył doktrynę powstrzymywania komunizmu – no i zareagował zbrojnie w obronie Korei Południowej. I wreszcie ostatnio – wejście Polski do NATO dokonało się w całości za kadencji prezydenta demokratycznego. 

Wejściem do NATO Polska związała się politycznie z obozem, którego liderem są Stany Zjednoczone – dlatego w interesie Polski leżą przede wszystkim silne Stany Zjednoczone. Czy jest na sali ktoś, kto uważa, że w ciągu ostatnich ośmiu lat republikańskiej prezydentury Stany Zjednoczone stały się potężniejsze? Swoją drogą, trzeba mieć pecha (albo mieć problemy z oceną rzeczywistości), żeby zostać "strategicznym sojusznikiem" USA akurat, gdy są rządzone przez najgorszego prezydenta w historii. Ale u nas kryterium "lepszości" Obamy czy McCaina staje się to, jak ostro się wypowiedzieli o Rosji albo jakie stolice odwiedzili w czasie swojej wizyty w Europie. Albo z jakiej są partii.

Na szczęście, co by złego nie powiedzieć o obecnym polskim rządzie, jest w miarę pragmatyczny w polityce zagranicznej, a Radek Sikorski zna Rona Asmusa. Aż boję się myśleć, jak by układała stosunki z nową (prawdopodobnie) demokratyczną administracją Anna Fotyga. 

 

 

Jeżeli dwie osoby mówią, że jesteś pijany…

W jednym Plusie-Minusie dwa wywiady z dwiema osobami tak odległymi poglądami od siebie, że aż trudno sobie wyobrazić większy rozstrzał. Z Benjaminem Barberem i Vaclavem Klausem. We wszystkich sprawach obaj panowie wypowiadają się kompletnie odmiennie: czy to chodzi o kryzys finansowy, czy o ekologizm, czy o Unię Europejską i politykę Stanów Zjednoczonych. Jednak jest jeden temat, w którym amerykański politolog i czeski prezydent mówią dokładnie jednym głosem – tak, że można by się zastanawiać, czy ktoś nie pomieszał ich wypowiedzi. 

Najpierw Barber: 

Więc jak, pańskim zdaniem, sobie radzić z Rosją i jej bardzo groźnymi zapędami?

Gdybym był Polakiem, bałbym się i Niemiec, i Rosji. Macie bardzo niefortunną pozycję między dwoma wielkim mocarstwami, z których każde uważa Polskę za swoje podwórko. Nie chcę być gruboskórny, ale z pozycji Stanów Zjednoczonych Rosja po upadku komunizmu była źle traktowana. Została postawiona do kąta. Została postawiona pod ścianą. Moim zdaniem to był błąd. Pan powiedział, że oni rozumieją tylko siłę. Ja uważam, że każdy naród pragnie godności. I kiedy naród zostanie spoliczkowany, jak Niemcy po I wojnie światowej. 15 lat później mieliśmy rezultat w postaci Adolfa Hitlera.

W Rosji naród się nie odzywa. W Rosji odzywa się Kreml.

A dlaczego Putin jest teraz tak popularny?

Między innymi dlatego, że płaci ludziom regularnie pensje.

A ja myślę, że jest coś więcej. Jest popularny, bo domaga się dla Rosjan godności i siły. Putin mówi: nie jesteśmy nikim. Byliśmy wielką potęgą. A teraz traktuje się nas jak gówno. A wcale nim nie jesteśmy. Nadal jesteśmy ważną siłą na świecie. Uważam, że byłoby dobrze, gdyby i USA, i Europa przyznały, że Rosja odgrywa ważną rolę. Moim zdaniem umieszczanie amerykańskich rakiet w Polsce jest prowokacją wobec Rosji. Przekaz dla Rosji jest taki: Jesteście niczym, zrobimy, co chcemy. Wciągniemy Gruzję i Ukrainę do NATO.

A Klaus:

Dla mnie Polska, oprócz Słowacji, z którą łączyło nas wspólne państwo, to najbliższy kraj i naród na świecie. Myślę, że rozumiem Polaków i w 95 procentach zgadzam się z polskim spojrzeniem na świat. Natomiast tych 5 procent, z którymi się nie zgadzam, to nieustanne polskie demonizowanie Rosji. Znam dobrze polską historię i powody, dla których obawiacie się wielkiego państwa ze Wschodu, ale mam wrażenie, że w dniu dzisiejszym walka przeciwko komunizmowi i Związkowi Sowieckiemu to absurd.

Istnieje jednak pewna ciągłość polityki imperialnej.

Ja nie dostrzegam tej imperialnej polityki. Mam raczej wrażenie, że niektórzy po prostu chcą ją widzieć. Rosja przez pierwszych 15 lat po upadku komunizmu była stłamszona, zastraszona, nieśmiała, wręcz niesuwerenna. A teraz, kiedy w końcu złapała oddech i zaczyna walczyć o swoje interesy narodowe, które są tak samo uprawnione jak interes narodowy Polski czy Czech, natychmiast zaczynają się oskarżenia o imperializm. Myślę, że to zbyt wielkie uproszczenie i niepoważne traktowanie sprawy.

Zdumiewające, nieprawdaż?

Myślę, że Maciej Rybiński i Bronisław Wildstein już wpisali Barbera i Klausa na swoją listę rosyjskich agentów. 

Ziemia lubuska?

Jak wspomniałem w poprzednim wpisie, drugą połowę ostatniego tygodnia spędziłem na wycieczce po Łużycach. Jak wiadomo, historyczne Łużyce obejmują obszar tak mniej więcej pomiędzy Kwisą a Szprewą, czyli po obu stronach obecnej granicy polsko-niemieckiej. Jak wiadomo, Serbowie łużyccy przez tysiąc lat bronili się bohatersko przed germańską nawałą, którą uosabiała kiedyś Hakata, później Hitler, a dzisiaj Angela Merkel. (Jak dobrze, że dziś mają sojuszników). Przyznaję, że dopiero jeżdżąc po wyludnionych wioskach polskich Łużyc zacząłem się zastanawiać nad pewną kwestią: Jak to się stało, że mniejszość serbska do dziś przetrwała wyłącznie w niemieckiej części Łużyc, natomiast w ogóle jej nie ma w polskiej części, na obszarach między Kwisą a Nysą?

Oczywiście odpowiedzi można się domyślać – w 1945 roku polskie władze nie zadawały sobie trudu odróżniania Niemca od Łużyczanina, tylko wysiedlały wszystkich "jak leci". W każdym razie dzisiaj Serbów łużyckich można znaleźć tylko po zachodniej stronie Nysy. Niektórym narodowcom zdarza się fantazjować o państwie łużyckim. Niestety, ktoś im psuje zabawę i zadaje głupie pytanie, czy to państwo ma obejmować także Żary i Zgorzelec. Nie zostawiono nawet łużyckich nazw. Niemiecki Sommerfeld nosił łużycką nazwę Żemsz, ale jakiś urzędnik wymyślił nazwę Lubsko. A tak dzisiaj, w 60 lat po wojnie, wyglądają zabytki polskich Łużyc:

 

W stolicy (czy dokładniej jednej ze stolic) województwa, do którego należy większa część polskich Łużyc, znajduje się Muzeum Ziemi Lubuskiej. Warto byłoby poznać historię tego fałszu, jakim jest termin "Ziemia Lubuska" na określenie dawnego (1950-75) województwa zielonogórskiego, obecnie odtworzonego w niemal niezmienionym kształcie pod nową nazwą. Bo przecież województwo to obejmuje głównie tereny historycznego Śląska (włącznie z samą Zieloną Górą), Łużyc, Wielkopolski i Krajny, i tylko niewielki obszar prawdziwej Ziemi Lubuskiej wokół Słubic. W sumie nie powinno mnie to dziwić – sam mieszkam w województwie śląskim, obejmującym w większości obszary historycznej Małopolski. Ale też w Katowicach nikt nie udaje, że jest inaczej (to tylko ignoranci z innych regionów piszą o "Zawierciu na Śląsku"). W Zielonej Górze mit Ziemi Lubuskiej kultywuje się nadal. Tak jak w Bielsku mit Podbeskidzia. Można łatwo doszukać się analogii między tymi dwoma przypadkami: dwa średniej wielkości miasta po raz pierwszy w swojej historii zostają stolicami województw obejmujących ziemie z różnych historycznie regionów i usiłują zamazać te historyczne granice, aby stworzyć nową tożsamość regionu. Bielsku to tak średnio wyszło – gdy w 1998 roku pani Staniszewska grzmiała o Podbeskidziu, w Czechowicach-Dziedzicach przy krajowej "jedynce" ktoś namalował na murze: "Tu jest i będzie Śląsk". W Żaganiu takich napisów nie widziałem.

 

 

Gorliwcy

Pojeździłem sobie ostatnio po pograniczu polsko-niemieckim. Nysa Łużycka jak wiadomo już nie jest granicą Unii Europejskiej czy nawet Schengenlandu, ale za to półtora roku temu stała się granicą dwóch zupełnie odmiennych klimatów. Na jej zachodnim brzegu w pogodny dzień natężenie światła jest na tyle duże, że przeciętny człowiek jest w stanie bez problemu dostrzec poruszający się samochód; na wschodnim brzegu światło na skutek jakiegoś optycznego fenomenu gdzieś się rozprasza i samochody stają się niewidzialne. Na szczęście ustawodawca zatroszczył się o polskich kierowców i nakazał im jeździć cały rok na światłach mijania. 

Żartuję sobie, ale jeżdżenie na światłach jest dla mnie fenomenem, który nie przestaje mnie nurtować. Zdumiewające jest w szczególności to, jak bardzo polscy kierowcy sobie ten przepis zinternalizowali – jak chyba żaden inny. Jeżdżąc po lubuskich drogach i dróżkach, nie spotkałem żadnego innego kierowcy jadącego bez świateł (nie licząc tych, którym przepaliły się żarówki;). Co więcej, średnio co drugi kierowca jadący z naprzeciwka próbował mnie uświadamiać, że nie mam włączonych reflektorów. Robili to na różne sposoby: od zwykłego mrugania długimi, poprzez jakieś skomplikowane operacje światłami przypominające puszczanie sygnałów alfabetem Morse’a, po różne gesty rękami. Jeden nawet na mnie zatrąbił. Do licha, żadne inne przekroczenie przepisów drogowych nie wywołuje u kierowców takich reakcji. Dobrze, że przynajmniej żaden nie zadzwonił na 112.

Tymczasem w Niemczech natknąłem się na kierowców jeżdżących bez świateł nawet w mglisty i pochmurny październikowy poranek (tego nie pochwalam). Za to przez obszary zabudowane wszyscy grzecznie jechali te 50 km/h. Pytanie za dziesięć punktów: co ma większy wpływ na bezpieczeństwo?