Urodziny Mistrza

Wczoraj nie miałem za bardzo okazji ani przysłuchiwać się Trójkowym obchodom 50. urodzin Tomasza Beksińskiego, ani tym bardziej sam o tych urodzinach napisać. I… już nie napisałbym, ale mnie chłopaki z Supergiganta zawstydzili.

Gra mi właśnie nowa płyta Pendragon. To jest jeden z tych dziesiątków zespołów, które poznałem dzięki Beksińskiemu. Jeden z tych, w przypadku których do dziś pamiętam datę pierwszej prezentacji – 26 grudnia 1991, bodaj po 18, Trójka. Już wtedy na tyle wierzyłem Tomkowi, że jego entuzjastyczna zapowiedź skłoniła mnie do włożenia kasety do radiomagnetofonu i włączenia przycisku RECORD. Później tę kasetę, z Voyagerem i Queen of Hearts (w połowie suity trzeba było przełożyć sześćdziesiątkę na drugą stronę) praktycznie zdarłem od przesłuchań non-stop. I do dziś do Voyagera wracam z ogromnym sentymentem, mimo że jestem dwa razy starszy niż wtedy.

To już nawet nie chodzi o dziesiątki zespołów. Ale to właśnie dzięki jego audycji – Wieczorowi płytowemu z 27 sierpnia 1989, też pamiętam dokładnie, właśnie opisywałem zeszyty do liceum, do którego właśnie miałem iść – przestałem być zjadaczem dźwięków, a stałem się fanem muzyki. Tej konkretnej muzyki. Prezentacja albumu Anderson Bruford Wakeman Howe – czyli tak naprawdę zreformowanego Yes – była wydarzeniem, które naprawdę zmieniło moje życie. Przez następne dziewiętnaście lat muzyka – najpierw rock progresywny, potem także jazz, ambient, różne odmiany rocka alternatywnego, a wreszcie także muzyka klasyczna – stała się bardzo ważną częścią mojego życia, dzięki niej przeżyłem ileś tam wzruszeń, poznałem iluś tam przyjaciół, kilka ważnych dziewczyn, wydałem na nią równowartość średniej klasy samochodu… Gdyby nie Anderson Bruford Wakeman Howe, gdyby nie Tomek Beksiński, ten przełomowy moment mógłby nastąpić trochę później. Mógłby być inny i słuchałbym jakiejś Metalliki. Albo by nie nastąpił w ogóle – zbierałbym znaczki albo chodziłbym podrywać laski na dyskoteki. Dziś nie jestem w stanie wyobrazić sobie swojego życia bez muzyki.

Z biegiem czasu moje drogi rozeszły się z Tomkowymi. Przestał pisać o muzyce w Tylko Rocku. W jego Trójkach pod księżycem coraz więcej było muzyki, która mnie kompletnie nie interesowała, jakiegoś smętnego, mrrrocznego gotyku, coraz mniej własnych odkryć muzycznych. Zamknął się w swoim świecie i nie chciał się rozglądać na zewnątrz. To widać było w jego felietonach. Irytowała mnie jego kategoryczność ocen, łatwość potępiania i dyskwalifikowania, mizantropia. Już wtedy. A jednak ciągle był mi bliski. 

9 grudnia 1999 roku obchodziliśmy urodziny Kasi w Brennej. Siedzieliśmy długo, było fajnie, gdzieś tam w tle grała Trójka. Na sam koniec Beksa się pożegnał i zagrał Stationary Traveller. Wtedy nikt nie wiedział, że to jego ostatnia audycja.

16 grudnia 1999 roku pojechałem do Krakowa na koncert. Po raz pierwszy zobaczyłem wtedy na żywo Mistrza Petera Hammilla. Po raz pierwszy – i jak się miało zaraz okazać, ostatni – widziałem też jego największego polskiego fana. Noc w Krakowie była okropnie mroźna, przeziębiłem się i wylądowałem w łóżku z gorączką i potężnym atakiem doła. Zacząłem słuchać The Wall Floydów i jakoś wyjątkowo – jak chyba nigdy przedtem – odniosłem tę płytę wtedy do siebie.

Dzień przed Wigilią poczułem się trochę lepiej, wybrałem się więc do Empiku kupić prezenty i przy okazji przejrzeć prasę. Nie było jeszcze nowego Tylko Rocka, styczniowego, zacząłem więc wertować grudniowy. W nim felieton Beksy Mur. Przeczytałem – i z miejsca gorączka mi podskoczyła o półtora stopnia. To było zupełnie irracjonalne, ale wtedy, w grudniowe przedpołudnie, taka nagła koincydencja – ja słucham maniakalnie The Wall i odnajduję w Pinku siebie, a on pisze o tym samym felieton, wydała mi się jakimś dziwnym, przerażającym znakiem. 

26 grudnia 1999 słuchałem podsumowania rocznego Listy. Jednym z przebojów roku był wtedy In Memoriam Steve’a Hacketta. Z tej okazji Niedźwiedź nawet przeczytał mojego maila, w którym doniosłem, że teraz już wszyscy członkowie najsłynniejszego składu Genesis zaistnieli solo na liście. Za chwilę Piotr Kaczkowski rozpoczął swój Minimax tym samym In Memoriam. Za chwilę z przerażeniem usłyszałem, że zadedykował go właśnie pamięci Tomka, który odszedł

Na Supergigancie Shuvarro pisze, że zawsze znajdzie sie ta 1 na 100 osoba, na ktora taki samodestrukcyjny wplyw moze sie skonczyc tragicznie. Być może byłem jedną na tysiąc, ale ten grudzień był kolejnym przełomowym momentem w moim życiu. Momentem, w którym uświadomiłem sobie, że coś z tym murem trzeba zrobić, żeby nie skończyć tak jak On. I za to też mu jestem wdzięczny.

Po jego śmierci media zrobiły szopkę. O wampirach i klepsydrach można było przeczytać nawet we "Wróżce". Jeden z moich ulubionych reporterów, Wojciech Tochman, zamieścił w "Gazecie" artykuł w drastyczny sposób przekraczający granice prywatności, wścibstwa i dobrego smaku. Zrobiła się swoista moda na Beksińskiego. Minęła dość szybko. Ale – przy tej okazji zrobiono Tomkowi dużą krzywdę, kojarząc go na stałe z Trójką pod księżycem, Lacrimosą i tym podobną muzyką. Jakby nie był kiedyś głównym odkrywcą new romantic w Polsce. Jakby to jemu w ogromnej mierze nie zawdzięcza swojej absolutnie wyjątkowej popularności w Polsce Marillion i Fish. Jakby to nawet w "księżycowych" audycjach stałym punktem nie było odkrywanie zapomnianych pereł rocka progresywnego i psychodelli z lat 70.

Wszystko to już nie ma znaczenia. Zostaje muzyka. Camel i Yes, Peter Hammill i Peter Gabriel, David Sylvian i Talk Talk, Bel Canto i This Mortal Coil, Pendragon i Collage. 

Pendragon się skończył, czas włożyć do odtwarzacza ten utwór.  Ten, od którego podobno wszystko się zmienia. Utwór jego życia. Gitara i fletnia Pana. Andy Latimer. Stationary Traveller

Od morza do morza

W poprzednim wpisie pisałem m.in. o tym, dlaczego uważam PiS-owską (a wcześniej Millerowską) proamerykańską politykę zagraniczną Polski za fatalną, a tymczasem w Plusie-Minusie niejaki George Friedman (podobno "wybitny amerykański politolog") snuje wizje Polski będącej nowym światowym mocarstwem. Jeśli tylko, ma się rozumieć, zdecyduje się na trwały sojusz ze Stanami Zjednoczonymi.

Wywiad z Friedmanem jest po prostu jedyny w swoim rodzaju. Snuje teorie, częściowo mające jakieś tam pokrycie w rzeczywistości, częściowo kompletnie od niej oderwane. Opowiada, że Polska będzie strategicznym sojusznikiem USA w Europie Środkowej, gdyż ma służyć jako bariera (kordon sanitarny, chciałoby się powiedzieć) przeciw odradzającemu się imperializmowi rosyjskiemu. Że chcąc zapewnić skuteczność tej bariery USA uczynią Polskę potęgą regionalną. Polskę dlatego, że w przeciwieństwie do podobno "schyłkowych" Niemiec ma wielki potencjał rozwojowy. Że dzięki sojuszowi z USA Polska stanie się na tyle potężna, że "skorzysta terytorialnie" kosztem Białorusi i Ukrainy.

Właściwie każde zdanie zasługuje tu na polemikę.

Friedman pisze, że "kryzys finansowy podważył wiarygodność Unii". Na razie jednak trudno to zauważyć. Na razie kryzys obnażył głównie stan gospodarki amerykańskiej – i pokazał, że niespecjalnie ją stać na prowadzenie ekspansywnej polityki zagranicznej.

Friedman przeciwstawia "socjalistycznego dinozaura", jakim jest gospodarka niemiecka, "żywotnej" gospodarce polskiej. Jakim cudem ten "socjalistyczny dinozaur" jest ciągle największym eksporterem na świecie? Jakim cudem niemieckie przedsiębiorstwa radzą sobie doskonale mimo kryzysu, gdy wielkie koncerny amerykańskie stoją na progu bankructwa? Pewnie, nie ma co negować różnych słabości gospodarki niemieckiej. Ale niby polska jest od nich wolna? Nawet gdyby jakimś cudem poprawiła się edukacja, jakość prawa, infrastruktura, wskaźniki aktywności zawodowej… czy inne czynniki, w których daleko odstajemy od choćby średniaków europejskich, pozostaje jedna zasadnicza kwestia – demografia. O ile wg prognoz demograficznych Niemcy mają do 2050 roku stracić ok. 9% ludności, Polska straci 16%. W jaki sposób społeczeństwo z takimi wskaźnikami demograficznymi ma budować mocarstwo, Friedman nie wyjaśnia. Już pomijam pytanie, na jakich podstawach ma być budowana gospodarcza potęga Polski, jeśli się zakłada jej skonfliktowanie z najważniejszymi sąsiadami.

Friedman twierdzi, że strategicznym interesem USA będzie powstrzymywanie ekspansji Rosji. Dzisiaj jednak najważniejszym strategicznym rywalem USA są Chiny, a najbardziej niebezpiecznym regionem – Bliski i Środkowy Wschód. Rosja staje się rywalem drugoplanowym, o znaczeniu wyłącznie regionalnym. To tylko dla polskich polityków tarcza antyrakietowa miała być obroną przed Rosją – dla Amerykanów o wiele ważniejsze było zabezpieczenie się przed różnymi niespodziankami z Pakistanu czy Iranu. Zabawne jest, jak mocno powściągliwą reakcj USA na wojnę w Gruzji Friedman usiłuje przedstawić jako argument na swoją stronę.

Friedman uważa, że sojusz z USA przeciw koalicji Niemiec i Rosji wcale nie będzie dla Polski "egzotycznym sojuszem". Jego zdaniem w 1939 roku sojusz z Anglią i Francją zawiódł nie dlatego, że był oparty na fałszywym założeniu, ale ponieważ Anglia i Francja były wtedy "dekadenckimi, upadającymi krajami". Mniejsza z tym, że sojusz zawiódł głównie dlatego, że nasi wspaniali sanacyjni generałowie całkowicie przecenili zdolności Polski do obrony przed Niemcami. Dlaczego mam sądzić, że USA dziś nie są tak samo "dekadenckim krajem" jak Wielka Brytania 70 lat temu? A wreszcie – nikt nigdy nie obronił Polski przeciw koalicji Niemiec i Rosji. Próbował Napoleon, o którym trudno powiedzieć, że był przedstawicielem "dekadenckiego, upadającego kraju" – skończył na Św. Helenie. Polscy dyplomaci powinni robić wszystko, co w ich mocy, żeby do powstania takiej koalicji i pozostania Polski poza nią nie dopuścić. A istnienie Unii Europejskiej i możliwość bezpiecznego zakorzenienia w Europie Zachodniej dzięki niej daje im więcej możliwości niż mieli ich poprzednicy w 1939 czy 1790 roku.

O ekspansji terytorialnej tej mocarstwowej Polski aż się pisać już nie chce. Za komentarz wystarczy fakt, że nawet w komentarzach na blogu Rzeczpospolitej niemal jednogłośnie uznano ją za szkodliwą fantazję.

Podsumowując:

– ani USA, ani Polska nie będą miały potencjału do realizacji koncepcji Friedmana,

– ani USA, ani Polska nie będą miały interesu w realizacji koncepcji Friedmana.

Też lubię sobie poczytać dobrą political fantasy. Problem w tym, że spora część polityków i opinii publicznej Friedmana weźmie na serio i zacznie na ich podstawie snuć polityczne plany czy podejmować działania. W najwyższym stopniu dla Polski niebezpieczne.

O kryteriach estetycznych na przykładzie

Pod jednym z poprzednich wpisów wywiązała się dyskusja, w której zarzuciłem krytykom PiS, że tak naprawdę w ocenie Kaczyńskich i spółki posługują się prawie wyłącznie kryteriami estetycznymi. Jeden z moich znajomych (czasem zaglądający na tego bloga), dla którego jestem najbardziej propisową osobą, jaką zna (biorąc pod uwagę, że nigdy na PiS nie głosowałem, pokazuje to skalę antypisowskiego resentymentu w wielkomiejskich środowiskach), otwarcie przyznał, że czynnikiem wykluczającym możliwość ciepłego myślenia o PiS-ie jest dla niego styl. Oczywiście, jest kwestia, co się przez "styl" rozumie (dla mnie na przykład "dziadek z Wehrmachtu" kwestią stylu nie jest bynajmniej). Dogrzebałem się wreszcie do wersji elektronicznej rozmowy z Marią Peszek – rozmowy, która moim zdaniem ilustruje pewien sposób myślenia doprowadzony do samej granicy. Do takiego stopnia, że aż się zastanawiam, czy cała ta rozmowa nie jest jedną wielką prowokacją. No bo czy można traktować serio coś takiego:

Uwielbiam Radka Sikorskiego. Kocham się w nim potajemnie. Uważam, że jest fantastyczny. Groźny, inteligentny, obezwładniający. Donald Tusk. Może ma złe oczy, jak twierdzi Jarosław Kaczyński, ale co mnie to obchodzi, jeśli budzi moje zaufanie. Sławomir Nowak, szef gabinetu premiera, atrakcyjny, dowcipny. To są mądrzy, dobrze wyglądający mężczyźni. Wcześniej byli wściekli, źli, spięci, zażarci. Teraz słucham ludzi, których rozumiem. Szalona Pitera. Też lubię. Niska, ale sympatyczna. Zadziorna, drapieżna, bardzo kobieca. Nie jestem pewna minister Kopacz, bo niestety, tembr głosu może ją dyskwalifikować. Jesteśmy na wojnie. Trzeba by jej zmienić głos, żeby była skuteczna. Ale jest dzielna. Z góry na straconej pozycji, bo jak, biedna, nagle ma zmienić coś, co zostało spieprzone przez lata. Powierzchowne są moje oceny. Ale jak wygląda prezydent? Jak wygląda jego doradca Kamiński? Jak wygląda Przemysław Gosiewski? Nie przypominam sobie ani jednej osoby z tamtych szeregów, która budziłaby sympatię, a nie zdziwienie lub poczucie wstydu czy też współczucia. Albo mają wąsy, które im przesłaniają świat. Albo są dziwnie ubrani. Albo robią miny. Po przeciwnej stronie są ludzie, którzy budzą respekt, bo mają poczucie własnej wartości.

Powstaje zasadnicze pytanie – czy Sikorski stał się groźny, inteligentny i obezwładniający 7 lutego 2007, czy był taki też wcześniej? Ciekaw jestem też zdania Peszek o Komorowskim, Chlebowskim czy Niesiołowskim. Wygląda jednak na to, że Peszek nie odrzuca PiS-u, bo jego politycy są brzydcy. Ona ich uważa za brzydkich, bo oni są z PiS-u.

Nie tylko ona.

 

 

Kameralny listopad

Listopad to jest bardzo niebezpieczny miesiąc w Konurbacji. W jednym miesiącu dwa festiwale muzyczne o dość podobnym profilu i bardzo ciekawym programie, a do tego jeszcze parę innych niezwykle zapowiadających się koncertów. W tym roku Katowice i okoliczne miasta goszczą m.in. zespoły Dave’a Douglasa, Herbiego Hancocka czy Billa Frisella (w ramach festiwalu Jazz & Beyond), Low, Hilliard Ensamble czy Mercury Rev (w ramach festiwalu Ars Cameralis), a dodatkowo, w ten sam weekend co Mercury Rev, w chorzowskim Teatrze Rozrywki zagra Jaromir Nohavica, a w katowickim Mega Clubie – Riverside. Gromadzoną przez cały rok nadwyżkę finansową łatwo można zamienić w deficyt. Mieszkańcy innych miast zazdroszczą nam takiego nagromadzenia wydarzeń kulturalnych – a Konurbianie, marudzący na to, że "tu nic się nie dzieje", o tych wydarzeniach często po prostu nie mają pojęcia.

Ars Cameralis darzę szczególną sympatią. Jest to festiwal w założeniu międzygatunkowy, prezentujący niezwykłych artystów z pogranicza różnych nurtów: muzyki klasycznej, jazzu, elektroniki czy alternatywnego rocka, bardzo często po raz pierwszy występujących w Polsce. Tak było z Anneli Drecker i Ketilem Bjørnstadem (niesamowity spektakl z muzyką do wierszy Johna Donne’a), tak było w zeszłym roku z Magiczną Suzanną. Koncerty odbywają się w komfortowych warunkach (kto tłoczył się w zadymionej Hipnozie na występie Islandczyków z Múm, wie, co mam na myśli), a bilety są w cenach mimo wszystko dość przystępnych. No i można doświadczyć fajnych muzycznych zaskoczeń. Low, Mercury Rev czy Hilliard Ensemble to są firmy znane i uznane. O duńskim Efterklang nie słyszałem jeszcze na tydzień przed wczorajszym koncertem. A dziś jestem skłonny twierdzić, że to właśnie ich występ może być największym wydarzeniem tegorocznego Ars Cameralis. 

Muzykę Efterklang można umieścić w nurcie, dla którego wymyśliłem kiedyś określenie art-pop: generalnie przystępna, melodyjna i miła w słuchaniu, ale jednocześnie jak najbardziej wyrafinowana pod względem użytych środków wyrazu i nie bojąca się eksperymentów. Słuchając ich nagrań przed koncertem, od razu zauważyłem duchowe pokrewieństwo z późnym Talk Talk i oczywiście sami muzycy pytani o inspiracje wymieniają w pierwszym rzędzie Spirit of Eden. Ale mnie się ich muzyka kojarzy w największym stopniu z zespołem, który w latach 90. przejął pałeczkę od Talk Talk i nagrał fantastyczny album Hex – z Bark Psychosis. W katowickim Rialcie wystąpili w siódemkę, w multiinstrumentalnym składzie obejmującym dwie gitary, bas, dwa zestawy perkusyjne, trąbkę, puzon, skrzypce, kilka zestawów klawiszowych i komputer. Zresztą to nie wszystko – łączący rolę wokalisty i perkusisty Casper Clausen przypiął sobie w pewnym momencie jakieś grzechotki do buta i wykorzystał je jako dodatkowy instrument. Było więc czego posłuchać.

Mnie tak naprawdę zaskoczyła publiczność. Nie dość, że wypełniła Rialto niemal w komplecie (ludzi było chyba prawie tyle co na Low), to jeszcze reagowała wyjątkowo żywiołowo – chwilami czułem się jak na koncercie jakiegoś boysbandu (zwłaszcza, że publiczności żeńskiej było chyba więcej niż męskiej – na koncertach, na które chodzę to jest zupełnie nadzwyczajne zjawisko). I aż nie wiem, czy coś mnie ominęło, może Efterklang stał się jakimś ultrapopularnym zespołem i tylko ja o nim nic nie słyszałem??

 

Wojna z Kościołem

"Tak naprawdę każda ekipa rządowa w Polsce w ostatnich kilkunastu latach toczy z Kościołem wojnę. Tylko strategia i rodzaj działań wojennych się zmieniają. I cele, do których wojna ma doprowadzić."

W moim prywatnym rankingu najbardziej oderwanych od rzeczywistości wypowiedzi obecnego stulecia ten cytat z księdza Artura Stopki awansował do ścisłej czołówki. 

Swoją drogą, chciałbym, żeby w odpowiedzi na szykującą się "inicjatywę obywatelską" w sprawie dnia wolnego 6 stycznia rząd zaproponował referendum z prostym pytaniem: "Czy jesteś za wprowadzeniem wolnego 6 stycznia i jednocześnie zniesieniem wolnego 1 maja?". Wyniku jestem dziwnie spokojny – naród sobie długiego weekendu majowego odebrać nie da :).

Rozbrajający Morozowski

Rozbroił mnie Andrzej Morozowski pytając: "Czy gdyby na miejscu Drzewieckiego był Gosiewski, też uważalibyście, że nic się nie stało?". Chyba jeszcze nigdy mainstreamowy dziennikarz nie zwrócił w taki sposób uwagi na nierówność w traktowaniu polityków różnych opcji przez media. Tylko zabawne, że Morozowski robi to w obronie swojej wysoce podejrzanej pod względem rzetelności dziennikarskiej audycji o Drzewieckim. Cóż, za podobnie podejrzaną manipulację z "rozmowami koalicyjnymi" PiS-u i Samoobrony został Dziennikarzem Roku. 

Klątwa PZPN-u działa. Wprawdzie lepiej zostać obsmarowanym w "Teraz my" niż trafić do aresztu śledczego albo zostać zastrzelonym przez żołnierza Baraniny, ale i tak współczuję ministrowi Drzewieckiemu – chociaż uważam, że jest człowiekiem kompletnie nie nadającym się na swoje stanowisko, a sposobem prowadzenia wojny z PZPN się skompromitował. Z drugiej strony – nasuwa się pytanie cui prodest. Mówiło się, że ukrytym, ale podstawowym celem wprowadzenia kuratora do PZPN było zapewnienie praw do transmisji z Euro 2012 Polsatowi. I cóż – po kilku tygodniach konkurencyjna telewizja publikuje obszerne story mające skompromitować ministra. Dziwny zbieg okoliczności.

 

Polityk, który miał pecha

Umarł Mieczysław F. Rakowski. Wieloletni naczelny jednej z najważniejszych gazet w Polsce, która w znacznym stopniu ukształtowała również moje myślenie o polityce (chociaż ostatnio stronniczość "Polityki" i jej bezwarunkowe poparcie dla PO doprowadza mnie do szału, to jednak mimo wszystko dalej ją czytam). I polityk, który miał pecha. Żył w złym miejscu i złym czasie. W Niemczech, Austrii, Szwecji byłby gwiazdą socjaldemokracji. W Polsce – jak już doczekał się samodzielnej pozycji politycznej, to od razu znalazł się na pierwszej linii frontu walki z "Solidarnością" i stał się wrogiem publicznym nr 2. Jak został premierem i wprowadzał przełomowe reformy (jak ustawa o swobodzie działalności gospodarczej), to nikogo one nie obchodziły, bo wszyscy czekali na wielką zmianę polityczną. Jak wreszcie został przywódcą PZPR, to tylko po to, żeby partię rozwiązać.

Po stokroć rację ma Urban mówiąc, że Dzienniki polityczne Mieczysława F. Rakowskiego są kompletnie niedocenionym w Polsce źródłem historycznym. Jeśli już o nich się mówi, to o tomach z lat 60. i 70., kiedy był w hierarchii partyjnej pionkiem. Tomy z lat 80. zawierają wspomnienia człowieka, którymiał bardzo istotny wpływ na kształtowanie polityki państwa; są chyba jedynym źródłem takiej rangi. I jakoś nie widzę, żeby historycy się zajmowali analizowaniem tego źródła, chociaż mogłoby rzucić nowe światło na wiele jak najbardziej współczesnych dyskusji. Dla przykładu: Rakowski wspomina, że Kiszczak chwali mu się swoimi wpływami i wtykami w samej czołówce "Solidarności". Przecież taki fragment to wyjątkowa gratka dla lustratorów, zwłaszcza że Rakowski nie ma żadnego politycznego interesu, żeby w tym przypadku w "Dziennikach" kłamać post factum. Czyżby lustratorzy tak bardzo brzydzili się Rakowskim, że nie biorą jego książki do ręki?

W ogóle mam wrażenie, że lata 80. stają się w historii Polski czymś w rodzaju czarnej dziury. O ile o Marcu, Grudniu czy latach 70. napisano całkiem sporo, to historia podziemnej Solidarności i proces dochodzenia do Okrągłego Stołu jest dla historyków gorącym kartoflem. Nie mówiąc już o takich tematach jak ewolucja partii w tym czasie czy zmiany postaw społecznych. Swoją drogą trudno się dziwić, pamiętając, jaki jazgot wywołała informacja o "negocjacjach" Jacka Kuronia z SB. Oczywiście, w tej atmosferze łatwo o świadome zakłamywanie. Każdy kto żył w latach 80., pamięta, że koce i śpiwory dla bezdomnych Amerykanów były zbierane w odpowiedzi na akcję dostarczania do Polski amerykańskiego mleka w proszku po Czernobylu (w myśl zasady: propagandową hucpą na propagandową hucpę). Tymczasem w artykule z "Dziennika" czytamy, że śpiwory były oferowane w reakcji na akcję pomocy żywnościowej dla represjonowanych członków "Solidarności". Podpisał się pod tym historyk z IPN, Grzegorz Majchrzak. Młodzież uwierzy.

 

Pocztówka z Wąchocka

wąchock

 

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego złośliwe kawały opowiada się akurat o Wąchocku?

Bardzo patriotyczna przewodniczka po wąchockim klasztorze cystersów miała swoją teorię na ten temat. Podobno kawały były wymyślane w odpowiedniej komórce PZPR czy SB, a miały na celu poniżenie Wąchocka i w ten sposób ukaranie go za akowską przeszłość (okolice Wąchocka były głównym obszarem działań oddziałów Jana Piwnika "Ponurego"). Ktoś widział jakiś dokument w IPN-ie. Nie do końca uwierzyłem, zwłaszcza że za chwilę pani dżampnęła szarka mówiąc, że analogiczne dowcipy wymyślano o innych miastach, np. o Wadowicach (w życiu nie słyszałem żadnego kawału o Wadowicach – zresztą przed 1978 rokiem Wadowice kojarzono w Polsce głównie z Zegadłowiczem, a po 1978 było już za późno). Tak czy owak gdyby ktoś mógł potwierdzić wersję pani przewodniczki, byłbym wdzięczny. Na razie żyję w przekonaniu, że to kolejna patriotyczna urban legend.

Swoją drogą, czy sposób w jaki opowiada się o zakłamywaniu historii w PRL (że niby nie można było nic mówić o Armii Krajowej) sam w sobie nie jest zakłamywaniem historii?

PS. Ale domyślam się przynajmniej, skąd się wziął kawał o zwijaniu asfaltu. Musiał go wymyślić ktoś, kto usiłował jechać zaznaczoną na wszystkich mapach drogą powiatową na Bodzentyn. Takiego hardcore zawieszenie mojego biednego jeździdła nie przeżywało od czasów, kiedy poruszałem się po Wrocławiu ulicami Ćwiczebną czy Karmelkową.

 

Obama kontra prawacy z 51. stanu

Jakoś zawsze jak postanawiam zarwać noc dla jakiegoś ważnego wydarzenia, to okazuje się ono znacznie mniej emocjonujące niż można się było spodziewać. Niezależnie od tego, czy są to finały olimpijskie w pływaniu czy wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. Jak większość Europejczyków (w tym, co jest dla mnie zaskoczeniem, także Polaków – czyżby mit republikanów się już skruszył?) kibicowałem Obamie i to z wielu powodów. Chociaż moja satysfakcja z jego zwycięstwa byłaby pełniejsza, gdyby pokonał kogoś innego niż McCain. Niestety, George W. Bush nie mógł kandydować na trzecią kadencję, a Dick Cheney nawet nie stanął do prawyborów. Teraz prawacy zarówno amerykańscy jak i z pięćdziesiatego pierwszego stanu będą mogli do woli pisać, że republikanie przegrali, bo nie wystawili prawdziwego republikanina, a McCain nie był wystarczająco zdeterminowany, żeby wygrać. Nie zatrudnił swojego Karla Rove’a (Schmidt to był przy nim cienki bolek), nie zapytał obywateli USA, czy chcieliby, żeby rządził nimi ktoś, kto na drugie imię ma Hussein. (O ile karty rasowej oficjalnie używać nie wypada, to przesądów antymuzułmańskich – jak najbardziej).

Jako się rzekło, kibicowałem Obamie z wielu powodów. Bo ma większe szanse posprzątać szambo po Bushu, zarówno w kwestiach gospodarczych, jak i polityki międzynarodowej. Bo dostanie na początku duży kredyt zaufania – w kraju i na świecie. Bo jego wybór jest przełomem pod wieloma względami, nie tylko ze względu na kolor skóry. Ale też jest jeden powód cokolwiek perwersyjny – mam mnóstwo frajdy czytając, jak wiją się dzisiaj polscy dziennikarze, którzy przez ileś tam lat firmowali poparcie dla Busha, albo jak w bezsilnej złości zapluwają się prawaccy komentatorzy.

Nie mogę sobie darować, że nie słuchałem nocy wyborczej w radiowej Jedynce, gdzie gośćmi Krzysztofa Leskiego byli Łukasz Warzecha i prof. Zbigniew Lewicki, którego śmiało można nazwać buszewickim agentem wpływu w Polsce. Przeczytałem za to powyborczy komentarz Warzechy. Mam go za jednego z bardziej rozsądnych prawicowych komentatorów, ale tym razem odpłynął kompletnie – a że jego argumenty wydały się przekonujące nawet niektórym czytelnikom niniejszego bloga, pozwolę sobie na polemikę.

1. Program gospodarczy. Warzecha bardzo martwi się, że Obama zamierza wprowadzić regulacje (bo to chyba znaczy "ograniczenie wolnego rynku"), a jego programy socjalne będą kosztowały budżet ogromne pieniądze. Mniejsza już o to, ile kosztował właśnie amerykański budżet (i ile jeszcze będzie kosztował) brak regulacji. Ale już wiemy, że wśród doradców ekonomicznych Obamy pojawiają się nazwiska Paula Volckera (szefa Fed w latach 1979-87, w przeciwieństwie do swojego następcy zwolennika polityki antyinflacyjnej) czy Roberta Rubina (ministra finansów za Clintona, który potrafił jakoś zamykać budżety nadwyżką). Naprawdę, po ośmiu latach Busha troska o to, czy rząd demokratyczny będzie prowadzić odpowiedzialną politykę gospodarczą, trąci hipokryzją.

2. Warzecha za Lewickim wmawia, że to, że ogromna większość Afroamerykanów głosowała na Obamę świadczy, że kierowała się rasizmem. Ciekawe, że w poprzednich wyborach również ogromna większość Afroamerykanów głosowała na Gore’a i Kerry’ego (różnica wynosi raptem kilka punktów procentowych). Ciekawe też, że nawet w sytuacjach, gdy biały demokrata kandydował przeciw czarnemu republikaninowi, Afroamerykanie raczej preferowali demokratę. Warzecha może tego nie wiedzieć, Lewicki nie (podobno jest amerykanistą).

3. Brak zainteresowania Europą, a szczególnie jej naszą częścią. Pisze to człowiek, który w następnym wpisie zachwyca się panią Palin i jest gotów twierdzić, że mogłaby ona być następnym Reaganem. Panią Palin, która twierdzi, że Afryka jest jednym krajem. McCainowi zdawało się, że Hiszpania leży w Ameryce Łacińskiej. Mniejsza zresztą o gafy, ale jeżeli ktoś wyciąga wniosek, że Obama nie jest zainteresowany naszą częścią Europy z faktu, że w czasie swojej podróży odwiedził Wielką Brytanię, Francję i Niemcy, a pominął Polskę, to jest już ciężkim megalomanem. Chyba, że przez "zainteresowanie" Europą Wschodnią rozumie się rozgrywanie jej przeciw Europie Zachodniej. Tak, w taki sposób "zainteresowana" naszą częścią Europy była ekipa Busha i to się najprawdopodobniej skończy. I bardzo dobrze, bo droga do realizacji strategicznych interesów Polski – także w zakresie bezpieczeństwa – prowadzi przez Unię Europejską, a nie przez USA.

Swoją drogą, jednym z głównych doradców Obamy w zakresie polityki zagranicznej jest Zbigniew Brzeziński. On też się pewnie w ogóle Europą nie interesuje.

4. Brak doświadczenia. Ten zarzut jest najtrudniejszy do zbicia. Prawdą jest, że przynajmniej od czasów FDR nikt nie został prezydentem USA nie mając doświadczenia jako wiceprezydent czy gubernator. Z jednym wyjątkiem – Johna Kennedy’ego. A jednak prezydentura Kennedy’ego, mimo błędów, jakie na początku sprawowania władzy zdarzyło mu się popełnić, była jedną z najważniejszych i najbardziej przełomowych w XX wieku. Doświadczenie z czasem można zdobyć; w przeciwieństwie do kompetencji, zdolności przywódczych, charyzmy i wizji. Warzecha podkreśla, że najwięcej doświadczenia z całej czwórki na obu ticketach miała Sarah Palin. No tak. Nie mógł dobitniej pokazać, jak niepoważny jest argument o doświadczeniu.

Te złe banki

Prezes JW Construction dał czadu. Obwinił za kryzys, a w szczególności za kłopoty jego firmy… złe zagraniczne banki, które złośliwie posłuchały zalecenia Komisji Nadzoru Finansowego i przestały udzielać kredytów na 100% wartości mieszkania. Wojciechowski oczywiście musi sobie zdawać sprawę, że bańka kredytowa na rynku mieszkaniowym, dzięki której prosperowała jego firma, musiała pęknąć (a jeśli nie zdawał sobie sprawy, to znaczy, że nie nadaje się na biznesmena). Dlatego też trudno zinterpretować jego wypowiedź inaczej niż jako grę. JW Construction przypuszczalnie traci płynność, a tu za chwilę pojawią się klienci, którzy powpłacali zaliczki na mieszkania, i zapytają, gdzie te mieszkania są. I wtedy, zamiast powiedzieć: "Sorry, spieprzyliśmy biznes, bardzo nam przykro", prezes odpowie: "Sorry, naprawdę chcieliśmy wybudować te mieszkania, ale te okropne zagraniczne banki nie dają finansowania".

Potencjalnym odbiorcą tej gry mogą też być politycy. Nie ukrywam, że boję się najbliższych lat. Nawet nie tego, że ja stracę pracęzawsze biorę pod uwagę takie ryzyko w moich kalkulacjach życiowych i myślę, że jestem na nie jakoś tam przygotowany (chociaż nigdy oczywiście nie wiadomo). Ale tracić pracę (czy choćby – zmieniać na gorszą) będą też ci, co kupili sobie mieszkania na górce na kredyt. A oni stanowią znaczną część tych "młodych wykształconych z dużych miast", którzy – gdy było fajnie – głosowali na "nowoczesną" PO. Gdy będzie mniej fajnie, gdy do drzwi pięknego mieszkania zapuka komornik, młodym wykształconym wcale nie musi już przeszkadzać, że Kaczyński mieszka z mamusią i nie ma konta w banku. A jak nie Kaczyński, to powstanie jakieś Stowarzyszenie Pokrzywdzonych przez Banki i będzie domagać się od państwa, żeby "coś zrobiło" i nie zostawiło biednych kredytobiorców samym sobie.

Pamiętam poprzednią recesję. Było szaro i smutno, ale wtedy jeszcze nie zdążyliśmy się przyzwyczaić do rozpasanej konsumpcji. Nie ponabieraliśmy wielkich kredytów. Teraz grozi nam upadek ze znacznie większej wysokości. I naprawdę nie wiem, jakie mogą być jego konsekwencje dla naszej polityki. Obawiam się tylko, że Wojciechowski dobrze wyczuwa, skąd wieje wiatr.