Obama kontra prawacy z 51. stanu

Jakoś zawsze jak postanawiam zarwać noc dla jakiegoś ważnego wydarzenia, to okazuje się ono znacznie mniej emocjonujące niż można się było spodziewać. Niezależnie od tego, czy są to finały olimpijskie w pływaniu czy wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. Jak większość Europejczyków (w tym, co jest dla mnie zaskoczeniem, także Polaków – czyżby mit republikanów się już skruszył?) kibicowałem Obamie i to z wielu powodów. Chociaż moja satysfakcja z jego zwycięstwa byłaby pełniejsza, gdyby pokonał kogoś innego niż McCain. Niestety, George W. Bush nie mógł kandydować na trzecią kadencję, a Dick Cheney nawet nie stanął do prawyborów. Teraz prawacy zarówno amerykańscy jak i z pięćdziesiatego pierwszego stanu będą mogli do woli pisać, że republikanie przegrali, bo nie wystawili prawdziwego republikanina, a McCain nie był wystarczająco zdeterminowany, żeby wygrać. Nie zatrudnił swojego Karla Rove’a (Schmidt to był przy nim cienki bolek), nie zapytał obywateli USA, czy chcieliby, żeby rządził nimi ktoś, kto na drugie imię ma Hussein. (O ile karty rasowej oficjalnie używać nie wypada, to przesądów antymuzułmańskich – jak najbardziej).

Jako się rzekło, kibicowałem Obamie z wielu powodów. Bo ma większe szanse posprzątać szambo po Bushu, zarówno w kwestiach gospodarczych, jak i polityki międzynarodowej. Bo dostanie na początku duży kredyt zaufania – w kraju i na świecie. Bo jego wybór jest przełomem pod wieloma względami, nie tylko ze względu na kolor skóry. Ale też jest jeden powód cokolwiek perwersyjny – mam mnóstwo frajdy czytając, jak wiją się dzisiaj polscy dziennikarze, którzy przez ileś tam lat firmowali poparcie dla Busha, albo jak w bezsilnej złości zapluwają się prawaccy komentatorzy.

Nie mogę sobie darować, że nie słuchałem nocy wyborczej w radiowej Jedynce, gdzie gośćmi Krzysztofa Leskiego byli Łukasz Warzecha i prof. Zbigniew Lewicki, którego śmiało można nazwać buszewickim agentem wpływu w Polsce. Przeczytałem za to powyborczy komentarz Warzechy. Mam go za jednego z bardziej rozsądnych prawicowych komentatorów, ale tym razem odpłynął kompletnie – a że jego argumenty wydały się przekonujące nawet niektórym czytelnikom niniejszego bloga, pozwolę sobie na polemikę.

1. Program gospodarczy. Warzecha bardzo martwi się, że Obama zamierza wprowadzić regulacje (bo to chyba znaczy "ograniczenie wolnego rynku"), a jego programy socjalne będą kosztowały budżet ogromne pieniądze. Mniejsza już o to, ile kosztował właśnie amerykański budżet (i ile jeszcze będzie kosztował) brak regulacji. Ale już wiemy, że wśród doradców ekonomicznych Obamy pojawiają się nazwiska Paula Volckera (szefa Fed w latach 1979-87, w przeciwieństwie do swojego następcy zwolennika polityki antyinflacyjnej) czy Roberta Rubina (ministra finansów za Clintona, który potrafił jakoś zamykać budżety nadwyżką). Naprawdę, po ośmiu latach Busha troska o to, czy rząd demokratyczny będzie prowadzić odpowiedzialną politykę gospodarczą, trąci hipokryzją.

2. Warzecha za Lewickim wmawia, że to, że ogromna większość Afroamerykanów głosowała na Obamę świadczy, że kierowała się rasizmem. Ciekawe, że w poprzednich wyborach również ogromna większość Afroamerykanów głosowała na Gore’a i Kerry’ego (różnica wynosi raptem kilka punktów procentowych). Ciekawe też, że nawet w sytuacjach, gdy biały demokrata kandydował przeciw czarnemu republikaninowi, Afroamerykanie raczej preferowali demokratę. Warzecha może tego nie wiedzieć, Lewicki nie (podobno jest amerykanistą).

3. Brak zainteresowania Europą, a szczególnie jej naszą częścią. Pisze to człowiek, który w następnym wpisie zachwyca się panią Palin i jest gotów twierdzić, że mogłaby ona być następnym Reaganem. Panią Palin, która twierdzi, że Afryka jest jednym krajem. McCainowi zdawało się, że Hiszpania leży w Ameryce Łacińskiej. Mniejsza zresztą o gafy, ale jeżeli ktoś wyciąga wniosek, że Obama nie jest zainteresowany naszą częścią Europy z faktu, że w czasie swojej podróży odwiedził Wielką Brytanię, Francję i Niemcy, a pominął Polskę, to jest już ciężkim megalomanem. Chyba, że przez "zainteresowanie" Europą Wschodnią rozumie się rozgrywanie jej przeciw Europie Zachodniej. Tak, w taki sposób "zainteresowana" naszą częścią Europy była ekipa Busha i to się najprawdopodobniej skończy. I bardzo dobrze, bo droga do realizacji strategicznych interesów Polski – także w zakresie bezpieczeństwa – prowadzi przez Unię Europejską, a nie przez USA.

Swoją drogą, jednym z głównych doradców Obamy w zakresie polityki zagranicznej jest Zbigniew Brzeziński. On też się pewnie w ogóle Europą nie interesuje.

4. Brak doświadczenia. Ten zarzut jest najtrudniejszy do zbicia. Prawdą jest, że przynajmniej od czasów FDR nikt nie został prezydentem USA nie mając doświadczenia jako wiceprezydent czy gubernator. Z jednym wyjątkiem – Johna Kennedy’ego. A jednak prezydentura Kennedy’ego, mimo błędów, jakie na początku sprawowania władzy zdarzyło mu się popełnić, była jedną z najważniejszych i najbardziej przełomowych w XX wieku. Doświadczenie z czasem można zdobyć; w przeciwieństwie do kompetencji, zdolności przywódczych, charyzmy i wizji. Warzecha podkreśla, że najwięcej doświadczenia z całej czwórki na obu ticketach miała Sarah Palin. No tak. Nie mógł dobitniej pokazać, jak niepoważny jest argument o doświadczeniu.