Wszystkiego najlepszego!

Ponieważ kończymy niniejszym działalność bloga na rok 2008, chciałbym życzyć wszystkim czytelnikom wszystkiego najlepszego w roku 2009.

W szczególności życzę:

– oszczędzającym w funduszach inwestycyjnych, żeby ich fundusz okazał się na koniec roku funduszem, a nie piramidą finansową,

– oszczędzającym w bankach, aby ich oszczędności nikt nie zatruł,

– akcjonariuszom przedsiębiorstw, aby nie okazało się nagle, że firma, w którą inwestowali, miała niezabezpieczone opcje walutowe na drobne kilkadziesiąt milionów,

– emerytom, aby państwo polskie miało z czego wypłacać ich

– pracownikom, aby ominęła ich koperta z wypowiedzeniem,

– tym, którzy wprowadzili się w ostatnich latach do własnych mieszkań, żeby nie musieli się z nich wyprowadzać w asyście komornika.

A jeśli się to wszystko zdarzy, to życzę pogody ducha w przeżywaniu kryzysu. Nawet po najmroźniejszej zimie kiedyś przyjdzie wiosna, nawet po najgorszym kryzysie kiedyś przyjdzie ożywienie. Obyśmy tego dożyli w dobrym stanie fizycznym i psychicznym. 

O co im poszło?

Mam bardzo złe zdanie o TVN24. Kanał, który miał ambicje być polską odpowiedzią na CNN czy Euronews, kreować nowe standardy w polskim dziennikarstwie, ewoluował w stronę niskich lotów infotainmentu. Wszechobecna kultura newsa (często kreowanego na własne potrzeby), rezygnacja z objaśniania widzom świata, potworna tendencyjność, schlebianie publiczności, a nie stawianie jej pytań i budzenie wątpliwości, rozmowy z gośćmi służące raczej robieniu show niż prezentowaniu rozmaitych – oto powody, dla których od dłuższego czasu uprawiam swój prywatny bojkot tej stacji. Co więcej, zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że istnienie i pozycja TVN24 w poważny sposób wpływa na psucie polskiej polityki, jej tabloidyzację, pogorszenie jakości debaty publicznej.

Jak do tej pory jednak o TVN24 wypadało mówić tylko w jeden sposób – że jest to wręcz symbol sukcesu polskich mediów prywatnych, ostoja niezależnego dziennikarstwa i kanał wręcz realizujący misję – w przeciwieństwie do okropnej i upolityzowanej telewizji publicznej. Dlatego głos Piotra Pacewicza w związku z przyznaniem nagrody Dziennikarza Roku Bogdanowi Rymanowskiemu zaskakuje. Oczywiście Pacewicz ma rację, ale lata doświadczeń w śledzeniu polskich mediów każą jednak od razu doszukiwać się podtekstu. Zwłaszcza że nie jest to jedyny atak Wyborczej na TVN24 ostatnio (tak naprawdę to wygląda na kampanię), i zwłaszcza, że w odpowiedzi TVN24 pojechała po całości. Kaczyńscy by się nie powstydzili.

Oczywiście dopóki nie wyzwoliliśmy się z oków kaczyzmu, jakiekolwiek takie wojny byłyby zupełnie nie do pomyślenia – dziennikarze dzielili się przecież wtedy na reżimowych i niezależnych, i jakiekolwiek wewnętrzne konflikty w gronie niezależnych reżim natychmiast wykorzystałby do zdławienia tych nielicznych ognisk oporu przeciwko niemu. Dziś jednak groźba kaczyzmu została (chwilowo?) oddalona, i można wrócić do dzielenia medialnego tortu. A tu konkurencja coraz ostrzejsza. Chociaż nadal nie wiem, o co konkretnie Wyborczej poszło, że tak TVN24 zaatakowała.

Ciekaw jeszcze jestem, co będzie teraz z serialem w odcinkach pt. "Kibice to samo zło", drukowanym na stronach sportowych Gazety i na blogach jej dziennikarzy, który to serial zaczął się zupełnie przypadkiem w momencie eskalacji konfliktu między kibicami Legii Warszawa a jej właścicielem, koncernem medialnym ITI, w którego grupie kapitałowej znajduje się również TVN24… 

Pożegnanie z koroną

Słowacką, rzecz jasna. Właśnie sprzedałem w kantorze resztę koron pozostałą z letnich wypadów na Słowację. Przy okazji nieźle na tym zarobiłem – latem kupowałem po 11 groszy, teraz odsprzedałem po ponad 13.

Przez ostatnie 10 lat Słowacja była dla mnie krajem zdecydowanie najczęściej odwiedzanym – były takie miesiące, że praktycznie co tydzień wsiadałem do Batorego czy Olzy i udawałem się w Małą lub Wielką Fatrę, Magurę Orawską czy słowackie Beskidy. Nie liczyłem dokładnie, ile koron na tych wyjazdach wydałem – ale myślę, że na całkiem niezły samochód (no, może nie prosto z żylińskiej fabryki) by się uzbierało.

Teraz będę wydawać euro.

Swoją drogą, jestem bardzo ciekaw, jak wprowadzenie euro wpłynie na słowacką gospodarkę, a w szczególności turystykę. Co prawda mit o taniej Słowacji, w który ciągle wierzy wielu moich znajomych, dawno już przestał być aktualny (wyraźnie tańsze niż w Polsce ostatnio były alkohol i niektóre usługi, np. transport, ale już nie noclegi, żywność czy restauracje). Teraz jednak, zwłaszcza przy obecnym kursie euro, Słowacja zrobi się krajem dla Polaków czy Węgrów krajem po prostu drogim.

Na szczęście noclegi w wielkofatrzańskich szałasach dalej będą kosztować tyle co dotąd.

 

Ja przegrałem pół miliona, Polska zyskała 60 miliardów

Dawno, dawno temu katowicka "Gazeta Wyborcza" organizowała specyficzny konkurs. Co tydzień, w piątek, umieszczała zdjęcie przypadkowej osoby zrobione gdzieś na ulicy jakiegoś miasta Konurbacji. Osoba, która znalazła się na tym zdjęciu, po zgłoszeniu się do redakcji z egzemplarzem gazety wygrywała nagrodę – bodaj 500 tysięcy niezdenominowanych złotych. W związku z tym co piątek, po sprawdzeniu, że tym razem to nie mnie zrobiono zdjęcie, robiłem smutną minę i ogłaszałem pierwszemu lepszemu koledze (albo koleżance), który się w danej chwili napatoczył, że właśnie przegrałem pół miliona. Niektórzy się dawali nabrać.

Przypomniała mi się ta dawna historia, gdy Donald Tusk triumfalnie ogłosił po powrocie z Brukseli, że zyskaliśmy 60 miliardów złotych. Oczywiście doskonale wiadomo, że nie tyle zyskaliśmy, co nie straciliśmy, a dokładnie na razie nie straciliśmy, ale może jednak się ktoś nabierze – tak jak nabierali się moi koledzy i koleżanki. 

Żarówka – wróg publiczny nr 1

Jestem ekologistą, zdaniem niektórych nawet zwariowanym. Z radością płacę akcyzę w cenie paliwa, na zakupy staram się chodzić z własną siatką, sprzeciwiam się inwestycjom na terenach chronionych, najchętniej prawnie ograniczyłbym używanie klimatyzatorów, kiedyś nawet wyłączałem urządzenia elektryczne ze stanu stand-by, a ubikację spłukiwałem wodą z wanny (co nawet na moim ulubionym Gazetowym forum o oszczędzaniu zostało uznane za szczyt dziwactwa – chociaż ci sami ludzie z ochotą segregują śmieci).

Biorąc to wszystko pod uwagę, kompletnie nie rozumiem histerii, jaka ostatnio zapanowała na punkcie żarówek – jakby to one były główną przyczyną globalnego ocieplenia. Australia już chce zakazać sprzedaży zwykłych żarówek, za chwilę w jej ślady ma pójść Unia Europejska. Znając stan ducha unijnych polityków, zastanawiam się, czy już dzisiaj nie pojechać i nie zrobić sporych zapasów żarówek. O co pewnie chodzi producentom żarówek, którzy – jak sądzę – za tym kretynizmem gdzieś w kuluarach lobbują.

Jestem całym sercem za wymianą żarówek na świetlówki energooszczędne tam, gdzie to ma sens – w pomieszczeniach, gdzie światło pali się non-stop przez przynajmniej kilka godzin, a więc w biurach, hallach fabrycznych, sklepach itp. W mieszkaniach być może w pomieszczeniu/pomieszczeniach, w którym przez większość popołudnia i wieczoru domownicy przebywają. Ale w pozostałych? W sypialni, korytarzu, kuchni, łazience, ubikacji? Biorąc pod uwagę fakt, że częste włączanie świetlówek skraca ich żywot? Efekt będzie taki, że albo będziemy wymieniać świetlówkę po 1/3 standardowego okresu jej eksploatacji, albo będziemy marnować energię zostawiając zapalone światło w pomieszczeniach, gdzie nikogo nie ma. Ładna mi oszczędność.

Już pomijam to, że świetlówki energooszczędne dają póki co okropne (i podobno szkodliwe dla zdrowia) światło. Że są wypełnione substancjami bynajmniej nieobojętnymi dla środowiska i dla zdrowia. I że proces ich wytworzenia jest nieporównywalnie bardziej energochłonny niż zwykłej żarówki. Ale ja cały czas mam wrażenie, że ta cała polityka ekologiczna krajów rozwiniętych to jest w dużej mierze pic na wodę i że chodzi w niej wyłącznie o spokój sumienia, a nie o rzeczywistą troskę o klimat. 

Epitafium dla sklepów muzycznych

W komentarzach do wpisu o Tomaszu Beksińskim powspominaliśmy trochę z Rafałem Stecem dobre czasy i te wspomnienia – w szczególności a propos Camelowego Dust and Dreams – zainspirowały mnie do poświęcenia notki sklepom muzycznym początku lat 90. Młodzi blogonauci pewnie kompletnie nie zdają sobie sprawy, że sklep muzyczny to był prawie jeden z symboli odradzającej się przedsiębiorczości tamtych czasów – na równi ze szczękami na targowiskach czy kantorem wymiany walut. Dozwolone było wszystko, czego prawo nie zabraniało – a zajęte przechodzeniem z socjalizmu w kapitalizm państwo nie miało głowy do różnych drobiazgów w stylu praw autorskich i pochodnych. A że za komuny dostępność nagrań światowego rocka ograniczała się, poza rzadkimi licencjami, wyłącznie do radia – otworzyła się ogromna nisza rynkowa, którą natychmiast różne wykwity rodzącej się przedsiębiorczości p.t. TAKT, ELBO czy ASTA jęły wykorzystywać. A ponieważ produkowane przez nie kasety trzeba było gdzieś sprzedawać, centra miast zaroiły się od sklepów muzycznych. W Katowicach było ich może z kilkadziesiąt, w tym takich godnych uwagi pod dziesięć. Zresztą zróbmy wycieczkę po Katowicach, których już nie ma, trasą, którą w latach 1990-93 często wracałem ze szkoły do domu.


Ze szkoły najbliżej było na dworzec. A na dworcu, w dolnym hallu (tam gdzie są kasy międzynarodowe) mieścił się jeden z najlepszych katowickich SM, kto wie, czy nie zasługujący na nr 1? Tam właśnie 4 maja 1990 roku kupiłem Script For A Jester’s Tear Marillion (pozdrowienia dla KN) i tego dnia zaczęła się jedna z najdłużej trwających miłości mojego życia :). Sklep był, o ile dobrze pamiętam, ukierunkowany głównie na heavy-metal, dobrze reprezentowane były różne odmiany rocka progresywnego (poza Marillion, zaopatrywałem się tam np. w kasety King Crimson). Ale na przykład stamtąd przyniosłem sobie też Takie moje wędrowanie Antoniny Krzysztoń.


Wracamy po schodach do głównego pasażu dworcowego. Przechodzimy obok budek z kasetami, nie zwracając na nie specjalnej uwagi – tam nic ciekawego nie będzie. Jesienią 1992 roku mój kolega męczył panie z tych budek wypytując je o kasetę zespołu HEY i dostawał jednoznaczną odpowiedź, że takiego zespołu nie ma (a było to już po wygranym przez Nosowską & Co. Jarocinie). Dwa miesiące później w tych samych budkach pod stosami Fire prawie nie było widać innego asortymentu. Zajrzyjmy jeszcze do pasażu prowadzącego w stronę Placu Andrzeja (nie znam katowiczanina, który by używał oficjalnej nazwy Plac Oddziałów Młodzieży Powstańczej) – w tym pasażu był jeszcze jeden, malutki sklepik, gdzie można się było spodziewać czegoś ciekawego. Najcenniejszym łupem przyniesionym stamtąd była Czwórka Zeppelinów, niestety fatalnie nagrana, ale jakie to ma znaczenie dla człowieka, który po raz pierwszy w życiu słucha świadomie Schodów do nieba?


Z dworca moglibyśmy iść prostą drogą w stronę domu, ale my zawracamy (zwłaszcza że na ogół chodziliśmy w większym towarzystwie) i kierujemy się na ulicę Młyńską. Na Młyńskiej były dwa sklepy muzyczne (jeden z nich istniał jeszcze całkiem niedawno). Po prawej stronie mieścił się Bemol, sklep można tak określić “starego typu”, sprzedający głównie nuty, płyty analogowe z muzyką klasyczną (ale i na jakiegoś Wakemana się kiedyś natknąłem), licencyjne kasety, no i kompakty. Właśnie sobie włączyłem kupioną tam w grudniu 1991 roku “czerwoną” AYA RL. Po drugiej stronie królowały natomiast głównie kasety wydawnictwa (bodajże) AJA (takie z żółto-czerwonym paskiem). Tam kupiłem swoją pierwszą piracką kasetę w życiu, The Friends of Mr. Cairo Jona i Vangelisa.


Wychodzimy na katowicki Rynek. W Domu Prasy mieścił się kiedyś Klub Międzynarodowej Prasy i Książki. Na początku lat 90. klub upadł, a jego siedzibę wynajęto sklepowi fotograficznemu, który przez pewien czas sprzedawał też płyty CD. Króciutko (bodaj tylko w 1991), ale właśnie tam kupiłem z kolei pierwszą swoją płytę CD, składankę Petera Gabriela Shaking The Tree.


Wspominając sklepy muzyczne, nie można pominąć innego fenomenu tego okresu – wypożyczalnie płyt CD, służące także jako punkty przegrywania płyt na kasety. Każdy mógł sobie przynieść czystą kasetę, wypełnić druczek, zapłacić sześć albo osiem tysięcy niezdeminowanych złotych i następnego dnia słuchać już nagranej kasety w domu. Początkowo chodziłem na ulicę Pocztową i Warszawską (zaraz przy rynku, w podwórzu), ale asortyment tych placówek nie był zbyt szeroki, zresztą w 1991 roku już chyba zmieniły profil działalności. Od tej pory katowicki miłośnik muzyki musiał się liczyć z częstymi wycieczkami na ulicę Mariacką (bardzo proszę bez skojarzeń). Na Mariackiej mieściły się dwie najważniejsze katowickie przegrywalnie. Większe tradycje miała oczywiście ta w kultowym salonie “U Hipa”, Mekce katowickich metali i punków, służącej jednocześnie jako sklep z płytami, koszulkami, plakietkami, komis, przegrywalnia i miejsce spotkań. Ta druga, dwa podwórza wcześniej, stanowiła jednak bardzo silną konkurencję dla Hipa pod względem asortymentu, a pod względem obsługi chyba nawet go przewyższała.


(Oczywiście, i tak nie wszystko można było znaleźć w katowickich przegrywalniach. Dlatego od czasu do czasu jeździło się do Krakowa, do Rock-Serwisu, nie tylko zresztą, żeby nagrać na kasetę takie perełki jak np. “Olias of Sunhillow” Jona Andersona, ale także, żeby nabyć coś z rockserwisowych biografii, tekstów i tłumaczeń. Z dzisiejszej perspektywy może śmieszyć, że ktoś sprzedawał broszurki wydrukowane jakąś niewyraźną, zlewającą się czcionką, odbite na ksero i spięte zszywaczem, ale wtedy rozchodziło się to jak świeże bułeczki. Później Rock-Serwis zaczął zamiast broszurek wydawać “prawdziwe” książki. Do dziś mam pierwszą z serii, Pink Floyd – psychodeliczny fenomen Sławomira Orskiego. Gdy czytam współczesne książki o różnych zespołach, napisane przeważnie przez zagranicznych autorów, oparte o szczegółowe wywiady z muzykami, zawierające tysiące najbardziej drobiazgowych informacji, i gdy po lekturze tych książek tak naprawdę nie dowiaduję się nic więcej o tym, co jest najważniejsze, czyli muzyce danego zespołu – zaczynam tęsknić za tamtymi pionierskimi książeczkami Rock-Serwisu).


A Pink Floyd – psychodeliczny fenomen kupiłem w nie istniejącej już księgarni na placu Miarki w Katowicach, żeby wrócić do naszej wędrówki.


Został nam jeszcze jeden punkt do zaliczenia – sklep przy ulicy Żwirki i Wigury, gdzieś w okolicy Drapacza Chmur. Było to jedyne miejsce w Katowicach, gdzie w obszernym wyborze dostępne były kasety firmy Elbo z kultowej serii Music Giants. Wbrew nazwie, seria nie zawierała nagrań gigantów pokroju Pink Floyd, Genesis, czy Marillion; raczej np. mniej znanych wykonawców drugiej fali progresywnego rocka (np. IQ czy Pendragon), których nikt inny nie wprowadzał na rynek. No i Camel. Większość dyskografii Andy’ego Latimera i spółki miałem właśnie na kasetach serii Music Giants, w tym wspominaną Dust and Dreams, kandydatkę do miana mojej ukochanej płyty rockowej ever.


Krajobraz gwałtownie się zmienił w połowie lat 90. Wejście w życie ustawy o ochronie praw autorskich oznaczało koniec wypożyczalni CD, producentów pirackich kaset i sklepów żyjących z handlu nimi. Większość opisanych punktów błyskawicznie znikła z mapy Katowic. Na scenę wyszły sklepy oferujące legalne (licencjonowane i importowane) płyty CD, kasety, bilety i inne akcesoria – i tu błyskawicznie pozycję lidera zajął salon muzyczny ALL, mieszczący się wtedy w podwórzu na Staromiejskiej. ALL oferował wszystko, czego można było oczekiwać od sklepu muzycznego – szeroki wybór płyt, miłą i kompetentną obsługę, fajną atmosferę, która wynikała w dużej mierze z tego, że większość bywalców sklepu prędzej czy później zaczynała się znać przynajmniej z widzenia. W dalszym ciągu oczywiście jeździło się do Rock-Serwisu, który tymczasem z trzech pomieszczeń schudł do wąskiego korytarzyka na Szpitalnej 7, ale ciągle oferował płyty kompletnie gdzie indziej niedostępne, na które najczęściej wpadało się zupełnym przypadkiem. Pamiętam, jak wiosną 1999 roku wypatrzyłem na Szpitalnej solową płytę Marka Hollisa, o której ukazaniu się – wstyd pisać – kompletnie nie wiedziałem. Pod koniec lat 90., dzięki zaprzyjaźnionym ze sklepem audycjom Jacka Kurka, odkryłem chorzowski salon “Wyższy poziom”, z którego przywoziłem różne ciekawostki ze sceny Canterbury i krążki Davida Sylviana po obrzydliwie wręcz niskich cenach.


Opisuję świat, którego już nie ma. Jego symbolicznym końcem było dla mnie zamknięcie salonu Rock-Serwisu na Szpitalnej. ALL przeniósł się na Mickiewicza i jakoś tam przędzie, ale już tam za bardzo nie zaglądam. Tradycyjne sklepy muzyczne, osłabione konkurencją z jednej strony hipermarketów i mediamarktów, z drugiej – sklepów internetowych, stały się pierwszą ofiarą rewolucji p2p. Dzisiaj oferują niszowy produkt dla niszowej publiczności.


No cóż, na pewno wygodniej jest szukać interesującej nas pozycji przeglądając katalog internetowy Rock-Serwisu niż stojąc w zatłoczonym saloniku na Szpitalnej i szperając wzrokiem po półkach. Ale… jednak brak mi emocji, jakie dawały takie wizyty w sklepach. Radości z odnalezienia jakiejś perełki. Interakcji ze sprzedawcą i z innymi klientami. Dzisiaj dużo łatwiej jest zdobyć każdą płytę. Ale może między innymi dlatego nie potrafię się z nich cieszyć tak, jak te kilkanaście czy choćby dziesięć lat temu.

Nowy-stary medal, nowy-stary rekord

Niedawno mistrzami świata w sztafecie 4×400 metrów zostali polscy lekkoatleci. Nie byłoby nic w tym dziwnego, gdyby nie to, że bieg, który dał im to mistrzostwo, miał miejsce dziewięć lat temu podczas MŚ w Sewilli, gdzie wspaniałą czwórkę Bocian-Czubak-Haczek-Maćkowiak wyprzedzili tylko Amerykanie. A że Antonio Pettigrew przyznał się do stosowania dopingu… (swoją drogą, jestem gotów przyjmować zakłady, że bynajmniej nie tylko on w tej sztafecie się szprycował) medal im zabrano i przyznano chłopakom Lisowskiego. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak czuje się ktoś, kto po dziewięciu latach dowiedział się, że jest mistrzem świata.

Sam nie biegam na 400 metrów, chodzę natomiast po górach i w związku z tym prowadzę prywatny rejestr rekordów życiowych wysokości. Do dzisiaj byłem przekonany, że tego lata wchodząc na najwyższy szczyt Andory, Pic de la Coma Pedrosa (2946 m) pobiłem swój dotychczasowy rekord, jakim była bułgarska Musala (2925 m). Tymczasem dzisiaj przeczytałem, że wg nowych pomiarów Musala ma 2971 metrów i taką wysokość podaje tablica na szczycie. To po co ja się na tę Coma Pedrosa wspinałem?? ;).

Swoją drogą, właśnie obchodzono 70. rocznicę przyłączenia do Polski Jaworzyny Tatrzańskiej i kawałka Tatr Wysokich. Gdyby taka granica się utrzymała, biedne byłyby dzieci w szkole, uczestnicy teleturniejów i kolekcjonerzy Korony Europy – do tej pory nie wiadomo za bardzo bowiem, czy najwyższym szczytem Polski w granicach z 1939 roku był Zadni Gierlach czy Lodowy Szczyt.  

Pociąg donikąd

Kolega miał dzisiaj opis na Tlenie: "1 XII – koniec taniej kolei w Polsce". Rzeczywiście dzisiejszy dzień to jest koniec pewnej epoki, choć pozornie przejście pociągów pospiesznych do spółki PKP Intercity nie powinno mieć jakiś znaczących konsekwencji. Tak naprawdę oznacza jednak ostateczny podział kolei w Polsce na dwa światy, między którymi punktów wspólnych będzie coraz mniej.

Konsekwencją krótkoterminową będą zmiany cen dla pasażerów korzystających z pociągów różnego rodzaju. Jak wiadomo przez osiem lat istnienia oddzielnych spółek kolejowych nie dogadały się one co do wspólnej taryfy, jak wiadomo też PKP stosuje absurdalną i wysoce demotywującą dla pasażerów degresywną taryfę, w której bilet na przejazd 300 km był wyraźnie tańszy niż dwa bilety na odcinki 100 km + 200 km. W tej chwili pasażer dojeżdżający np. z Bielska do Katowic pociągiem osobowym i przesiadający się do pociągu pospiesznego do Wrocławia będzie zmuszony zakupić dwa bilety dwóch różnych spółek w odpowiednio wyższej cenie. Jeszcze większe problemy będą mieli posiadacze biletów okresowych.

Konsekwencją długoterminową będzie, jako się rzekło, ostateczny podział kolei na dwa światy. Świat pociągów podmiejskich, dowożących "do pracy i szkoły", cytując powtarzane przy każdym cięciu rozkładu jazdy sformułowanie. I świat pociągów klasy Intercity, tylko dla bogatych i wykształconych z wielkich miast. Między tymi światami punktów wspólnych nie będzie. Kolej regionalna, kolej dla ludzi, którzy od czasu do czasu chcą lub muszą się przemieścić z miejsca w miejsce, została programowo skreślona. Likwidacja lub ograniczanie promocyjnych biletów (kiedyś wycieczkowego, obecnie turystycznego) spowoduje, że ci, którzy jeszcze korzystali w czasie weekendowych wypadów z usług PKP, przesiądą się do swoich samochodów. Oferta prezentowana im przez kolej nie jest konkurencyjna pod żadnym względem – ani pod względem czasu dojazdu, ani pod względem ceny, o wygodzie nie mówiąc.

Symptomatyczne jest, że w kraju, gdzie na mnóstwie linii regionalnych popyt systematycznie zamiera z powodu skandalicznie niskich prędkości (nie mówię o trzeciorzędnych liniach znikąd donikąd, ale o połączeniach w zurbanizowanych regionach, którymi mogłoby jeździć mnóstwo ludzi i które mogłyby być dla PKP żyłami złota: sztandarowe przykłady to Wrocław-Wałbrzych-Jelenia Góra, a w moim regionie np. Katowice-Rybnik), PLK snuje oderwane od ziemi koncepcje remontu CMK czy budowy Igreka Warszawa-Wrocław/Poznań (korzyść krańcowa ze zwiększenia maksymalnej prędkości na CMK jest kompletnie nieadekwatna do poniesionego kosztu; tę samą korzyść można by osiągnąć znacznie mniejszym kosztem przyspieszając odcinki wyjazdowe z Katowic, Krakowa czy Warszawy; no ale nie można by się wtedy pochwalić, że mamy w Polsce kolej wielkich prędkości).

Swoją drogą, naprawdę nie wiem, jak wytłumaczyć mieszkańcowi miasteczka, koło którego ma taki pociąg wielkiej prędkości przejeżdżać bez zatrzymania, że słuszne jest, żeby ze swoich podatków miał się na budowę takiego Igreka składać. A już przejawem skrajnej hipokryzji jest, gdy mieszkańcy wielkich miast mają pretensje, kiedy ułamek kwoty inwestycji zostaje wydany, aby umożliwić mieszkańcowi Włoszczowy skorzystać choćby w niewielki sposób z linii kolejowej przebiegającej przez jego miasto.