Epitafium dla sklepów muzycznych

W komentarzach do wpisu o Tomaszu Beksińskim powspominaliśmy trochę z Rafałem Stecem dobre czasy i te wspomnienia – w szczególności a propos Camelowego Dust and Dreams – zainspirowały mnie do poświęcenia notki sklepom muzycznym początku lat 90. Młodzi blogonauci pewnie kompletnie nie zdają sobie sprawy, że sklep muzyczny to był prawie jeden z symboli odradzającej się przedsiębiorczości tamtych czasów – na równi ze szczękami na targowiskach czy kantorem wymiany walut. Dozwolone było wszystko, czego prawo nie zabraniało – a zajęte przechodzeniem z socjalizmu w kapitalizm państwo nie miało głowy do różnych drobiazgów w stylu praw autorskich i pochodnych. A że za komuny dostępność nagrań światowego rocka ograniczała się, poza rzadkimi licencjami, wyłącznie do radia – otworzyła się ogromna nisza rynkowa, którą natychmiast różne wykwity rodzącej się przedsiębiorczości p.t. TAKT, ELBO czy ASTA jęły wykorzystywać. A ponieważ produkowane przez nie kasety trzeba było gdzieś sprzedawać, centra miast zaroiły się od sklepów muzycznych. W Katowicach było ich może z kilkadziesiąt, w tym takich godnych uwagi pod dziesięć. Zresztą zróbmy wycieczkę po Katowicach, których już nie ma, trasą, którą w latach 1990-93 często wracałem ze szkoły do domu.


Ze szkoły najbliżej było na dworzec. A na dworcu, w dolnym hallu (tam gdzie są kasy międzynarodowe) mieścił się jeden z najlepszych katowickich SM, kto wie, czy nie zasługujący na nr 1? Tam właśnie 4 maja 1990 roku kupiłem Script For A Jester’s Tear Marillion (pozdrowienia dla KN) i tego dnia zaczęła się jedna z najdłużej trwających miłości mojego życia :). Sklep był, o ile dobrze pamiętam, ukierunkowany głównie na heavy-metal, dobrze reprezentowane były różne odmiany rocka progresywnego (poza Marillion, zaopatrywałem się tam np. w kasety King Crimson). Ale na przykład stamtąd przyniosłem sobie też Takie moje wędrowanie Antoniny Krzysztoń.


Wracamy po schodach do głównego pasażu dworcowego. Przechodzimy obok budek z kasetami, nie zwracając na nie specjalnej uwagi – tam nic ciekawego nie będzie. Jesienią 1992 roku mój kolega męczył panie z tych budek wypytując je o kasetę zespołu HEY i dostawał jednoznaczną odpowiedź, że takiego zespołu nie ma (a było to już po wygranym przez Nosowską & Co. Jarocinie). Dwa miesiące później w tych samych budkach pod stosami Fire prawie nie było widać innego asortymentu. Zajrzyjmy jeszcze do pasażu prowadzącego w stronę Placu Andrzeja (nie znam katowiczanina, który by używał oficjalnej nazwy Plac Oddziałów Młodzieży Powstańczej) – w tym pasażu był jeszcze jeden, malutki sklepik, gdzie można się było spodziewać czegoś ciekawego. Najcenniejszym łupem przyniesionym stamtąd była Czwórka Zeppelinów, niestety fatalnie nagrana, ale jakie to ma znaczenie dla człowieka, który po raz pierwszy w życiu słucha świadomie Schodów do nieba?


Z dworca moglibyśmy iść prostą drogą w stronę domu, ale my zawracamy (zwłaszcza że na ogół chodziliśmy w większym towarzystwie) i kierujemy się na ulicę Młyńską. Na Młyńskiej były dwa sklepy muzyczne (jeden z nich istniał jeszcze całkiem niedawno). Po prawej stronie mieścił się Bemol, sklep można tak określić “starego typu”, sprzedający głównie nuty, płyty analogowe z muzyką klasyczną (ale i na jakiegoś Wakemana się kiedyś natknąłem), licencyjne kasety, no i kompakty. Właśnie sobie włączyłem kupioną tam w grudniu 1991 roku “czerwoną” AYA RL. Po drugiej stronie królowały natomiast głównie kasety wydawnictwa (bodajże) AJA (takie z żółto-czerwonym paskiem). Tam kupiłem swoją pierwszą piracką kasetę w życiu, The Friends of Mr. Cairo Jona i Vangelisa.


Wychodzimy na katowicki Rynek. W Domu Prasy mieścił się kiedyś Klub Międzynarodowej Prasy i Książki. Na początku lat 90. klub upadł, a jego siedzibę wynajęto sklepowi fotograficznemu, który przez pewien czas sprzedawał też płyty CD. Króciutko (bodaj tylko w 1991), ale właśnie tam kupiłem z kolei pierwszą swoją płytę CD, składankę Petera Gabriela Shaking The Tree.


Wspominając sklepy muzyczne, nie można pominąć innego fenomenu tego okresu – wypożyczalnie płyt CD, służące także jako punkty przegrywania płyt na kasety. Każdy mógł sobie przynieść czystą kasetę, wypełnić druczek, zapłacić sześć albo osiem tysięcy niezdeminowanych złotych i następnego dnia słuchać już nagranej kasety w domu. Początkowo chodziłem na ulicę Pocztową i Warszawską (zaraz przy rynku, w podwórzu), ale asortyment tych placówek nie był zbyt szeroki, zresztą w 1991 roku już chyba zmieniły profil działalności. Od tej pory katowicki miłośnik muzyki musiał się liczyć z częstymi wycieczkami na ulicę Mariacką (bardzo proszę bez skojarzeń). Na Mariackiej mieściły się dwie najważniejsze katowickie przegrywalnie. Większe tradycje miała oczywiście ta w kultowym salonie “U Hipa”, Mekce katowickich metali i punków, służącej jednocześnie jako sklep z płytami, koszulkami, plakietkami, komis, przegrywalnia i miejsce spotkań. Ta druga, dwa podwórza wcześniej, stanowiła jednak bardzo silną konkurencję dla Hipa pod względem asortymentu, a pod względem obsługi chyba nawet go przewyższała.


(Oczywiście, i tak nie wszystko można było znaleźć w katowickich przegrywalniach. Dlatego od czasu do czasu jeździło się do Krakowa, do Rock-Serwisu, nie tylko zresztą, żeby nagrać na kasetę takie perełki jak np. “Olias of Sunhillow” Jona Andersona, ale także, żeby nabyć coś z rockserwisowych biografii, tekstów i tłumaczeń. Z dzisiejszej perspektywy może śmieszyć, że ktoś sprzedawał broszurki wydrukowane jakąś niewyraźną, zlewającą się czcionką, odbite na ksero i spięte zszywaczem, ale wtedy rozchodziło się to jak świeże bułeczki. Później Rock-Serwis zaczął zamiast broszurek wydawać “prawdziwe” książki. Do dziś mam pierwszą z serii, Pink Floyd – psychodeliczny fenomen Sławomira Orskiego. Gdy czytam współczesne książki o różnych zespołach, napisane przeważnie przez zagranicznych autorów, oparte o szczegółowe wywiady z muzykami, zawierające tysiące najbardziej drobiazgowych informacji, i gdy po lekturze tych książek tak naprawdę nie dowiaduję się nic więcej o tym, co jest najważniejsze, czyli muzyce danego zespołu – zaczynam tęsknić za tamtymi pionierskimi książeczkami Rock-Serwisu).


A Pink Floyd – psychodeliczny fenomen kupiłem w nie istniejącej już księgarni na placu Miarki w Katowicach, żeby wrócić do naszej wędrówki.


Został nam jeszcze jeden punkt do zaliczenia – sklep przy ulicy Żwirki i Wigury, gdzieś w okolicy Drapacza Chmur. Było to jedyne miejsce w Katowicach, gdzie w obszernym wyborze dostępne były kasety firmy Elbo z kultowej serii Music Giants. Wbrew nazwie, seria nie zawierała nagrań gigantów pokroju Pink Floyd, Genesis, czy Marillion; raczej np. mniej znanych wykonawców drugiej fali progresywnego rocka (np. IQ czy Pendragon), których nikt inny nie wprowadzał na rynek. No i Camel. Większość dyskografii Andy’ego Latimera i spółki miałem właśnie na kasetach serii Music Giants, w tym wspominaną Dust and Dreams, kandydatkę do miana mojej ukochanej płyty rockowej ever.


Krajobraz gwałtownie się zmienił w połowie lat 90. Wejście w życie ustawy o ochronie praw autorskich oznaczało koniec wypożyczalni CD, producentów pirackich kaset i sklepów żyjących z handlu nimi. Większość opisanych punktów błyskawicznie znikła z mapy Katowic. Na scenę wyszły sklepy oferujące legalne (licencjonowane i importowane) płyty CD, kasety, bilety i inne akcesoria – i tu błyskawicznie pozycję lidera zajął salon muzyczny ALL, mieszczący się wtedy w podwórzu na Staromiejskiej. ALL oferował wszystko, czego można było oczekiwać od sklepu muzycznego – szeroki wybór płyt, miłą i kompetentną obsługę, fajną atmosferę, która wynikała w dużej mierze z tego, że większość bywalców sklepu prędzej czy później zaczynała się znać przynajmniej z widzenia. W dalszym ciągu oczywiście jeździło się do Rock-Serwisu, który tymczasem z trzech pomieszczeń schudł do wąskiego korytarzyka na Szpitalnej 7, ale ciągle oferował płyty kompletnie gdzie indziej niedostępne, na które najczęściej wpadało się zupełnym przypadkiem. Pamiętam, jak wiosną 1999 roku wypatrzyłem na Szpitalnej solową płytę Marka Hollisa, o której ukazaniu się – wstyd pisać – kompletnie nie wiedziałem. Pod koniec lat 90., dzięki zaprzyjaźnionym ze sklepem audycjom Jacka Kurka, odkryłem chorzowski salon “Wyższy poziom”, z którego przywoziłem różne ciekawostki ze sceny Canterbury i krążki Davida Sylviana po obrzydliwie wręcz niskich cenach.


Opisuję świat, którego już nie ma. Jego symbolicznym końcem było dla mnie zamknięcie salonu Rock-Serwisu na Szpitalnej. ALL przeniósł się na Mickiewicza i jakoś tam przędzie, ale już tam za bardzo nie zaglądam. Tradycyjne sklepy muzyczne, osłabione konkurencją z jednej strony hipermarketów i mediamarktów, z drugiej – sklepów internetowych, stały się pierwszą ofiarą rewolucji p2p. Dzisiaj oferują niszowy produkt dla niszowej publiczności.


No cóż, na pewno wygodniej jest szukać interesującej nas pozycji przeglądając katalog internetowy Rock-Serwisu niż stojąc w zatłoczonym saloniku na Szpitalnej i szperając wzrokiem po półkach. Ale… jednak brak mi emocji, jakie dawały takie wizyty w sklepach. Radości z odnalezienia jakiejś perełki. Interakcji ze sprzedawcą i z innymi klientami. Dzisiaj dużo łatwiej jest zdobyć każdą płytę. Ale może między innymi dlatego nie potrafię się z nich cieszyć tak, jak te kilkanaście czy choćby dziesięć lat temu.