Żarówka – wróg publiczny nr 1

Jestem ekologistą, zdaniem niektórych nawet zwariowanym. Z radością płacę akcyzę w cenie paliwa, na zakupy staram się chodzić z własną siatką, sprzeciwiam się inwestycjom na terenach chronionych, najchętniej prawnie ograniczyłbym używanie klimatyzatorów, kiedyś nawet wyłączałem urządzenia elektryczne ze stanu stand-by, a ubikację spłukiwałem wodą z wanny (co nawet na moim ulubionym Gazetowym forum o oszczędzaniu zostało uznane za szczyt dziwactwa – chociaż ci sami ludzie z ochotą segregują śmieci).

Biorąc to wszystko pod uwagę, kompletnie nie rozumiem histerii, jaka ostatnio zapanowała na punkcie żarówek – jakby to one były główną przyczyną globalnego ocieplenia. Australia już chce zakazać sprzedaży zwykłych żarówek, za chwilę w jej ślady ma pójść Unia Europejska. Znając stan ducha unijnych polityków, zastanawiam się, czy już dzisiaj nie pojechać i nie zrobić sporych zapasów żarówek. O co pewnie chodzi producentom żarówek, którzy – jak sądzę – za tym kretynizmem gdzieś w kuluarach lobbują.

Jestem całym sercem za wymianą żarówek na świetlówki energooszczędne tam, gdzie to ma sens – w pomieszczeniach, gdzie światło pali się non-stop przez przynajmniej kilka godzin, a więc w biurach, hallach fabrycznych, sklepach itp. W mieszkaniach być może w pomieszczeniu/pomieszczeniach, w którym przez większość popołudnia i wieczoru domownicy przebywają. Ale w pozostałych? W sypialni, korytarzu, kuchni, łazience, ubikacji? Biorąc pod uwagę fakt, że częste włączanie świetlówek skraca ich żywot? Efekt będzie taki, że albo będziemy wymieniać świetlówkę po 1/3 standardowego okresu jej eksploatacji, albo będziemy marnować energię zostawiając zapalone światło w pomieszczeniach, gdzie nikogo nie ma. Ładna mi oszczędność.

Już pomijam to, że świetlówki energooszczędne dają póki co okropne (i podobno szkodliwe dla zdrowia) światło. Że są wypełnione substancjami bynajmniej nieobojętnymi dla środowiska i dla zdrowia. I że proces ich wytworzenia jest nieporównywalnie bardziej energochłonny niż zwykłej żarówki. Ale ja cały czas mam wrażenie, że ta cała polityka ekologiczna krajów rozwiniętych to jest w dużej mierze pic na wodę i że chodzi w niej wyłącznie o spokój sumienia, a nie o rzeczywistą troskę o klimat.