K-K

Wśród moich wspomnień sportowych z młodości, obok Wyścigów Pokoju, występów Bońkowego Juventusu w europejskich pucharach, sukcesów Grubby i Kucharskiego w Superlidze i rywalizacji Kukuczki z Messnerem o Koronę Himalajów, poczesne miejsce zajmują mecze Karpowa z Kasparowem.

Nigdy przedtem i nigdy potem szachowa rywalizacja nie ekscytowała tak bardzo milionów kibiców. Dzisiaj przeciętnemu kibicowi może gdzieś się obiły o uszy nazwiska Topałow, Anand, Kramnik czy Kamski, ale raczej nie byłby w stanie powiedzieć, kto z nich tej chwili jest mistrzem świata i kogo pokonał w walce o ten tytuł. A już bezpośrednia relacja z meczu o mistrzostwo świata w szachach prowadzona w ogólnodostępnej telewizji wydaje się poza granicami wyobraźni. A wtedy – było specjalne studio, prowadzone przez redaktora Jacka Żemantowskiego, i zaraz po rozegraniu każda partia była komentowana przez mistrza Stefana Witkowskiego. Najdramatyczniejsze momenty rywalizacji były relacjonowane niemal na żywo – w przerwach między programami wchodził Żemantowski i przedstawiał aktualną pozycję. Właśnie w taki sposób relacjonowano ostatnią partię drugiego meczu, którą Karpow musiał wygrać, żeby obronić tytuł – zdecydował się wtedy na atak za wszelką cenę i poległ z kretesem. Dwa lata później podobnie “niemal na żywo” Dwójka transmitowała ostatnią partię meczu sewilskiego, gdzie w analogicznej sytuacji był drugi pan K. Jako kibic Garriego przeżyłem wówczas momenty głębokiego załamania, jednak po dramatycznej partii arcymistrz* z Baku ograł Karpowa w końcówce hetmańskiej.

Chyba tylko mecz Spasski-Fischer cieszył się porównywalnym zainteresowaniem do rywalizacji panów K-K – ale jednak w dużej mierze ze względów pozaszachowych. Zarówno z punktu widzenia sportowego jak i sztuki szachowej tamten mecz zresztą raczej rozczarował. Tymczasem rywalizacja K-K toczyła się na najwyższym chyba poziomie w historii meczów o mistrzostwo świata (zwłaszcza w meczu drugim, trzecim i piątym), a wiele partii z niej pochodzących na zawsze zostanie w złotych księgach szachów. Jak choćby ta słynna szesnasta partia drugiego meczu, którą zachwyciłem się już w bezpośredniej relacji telewizyjnej i której zapisu długo później poszukiwałem.

Jeżeli Garri Kasparow jest uważany za najpoważniejszego kandydata do miana szachisty wszech czasów, to w największej mierze właśnie dzięki Karpowowi. Rywalowi, który zmusił go do doprowadzenia sztuki szachowej na poziom, jakiego w historii nie widziano. Pisałem tu kiedyś (co wywołało zgorszenie Zamorano), że w ostatnim meczu obu panów zacząłem kibicować Karpowowi – bowiem nie dało się nie podziwiać uporu, z jakim arcymistrz z Uralu bronił się przeciw Terminatorowi. To był przecież zupełnie równy mecz! Dopiero całą dekadę póżniej Kasparow napotkał godnego siebie rywala.

W tym miesiącu panowie K-K spotkali się jeszcze raz przy szachownicy. Tym razem towarzysko. Tym razem jeżeli ich mecz trafił na strony gazet, to wyłącznie polityczne – Kasparow jest dziś jednym z najaktywniejszych rosyjskich opozycjonistów. Szachy są zupełnie inne niż ćwierć wieku temu – komputery nie tylko ogrywają jak chcą arcymistrzów, ale ich obecność wymusza zmiany w przepisach szachowych (np. likwidację dogrywek i przyspieszenie partii) i zmienia sposób przygotowania graczy. Kto wie, czy za kilkanaście-kilkadziesiąt lat potężny komputer raz na zawsze nie ustali, jaka jest optymalna sekwencja posunięć i jakim wynikiem powinna skończyć się partia szachowa – tak jak wiadomo, że partia kółka i krzyżyka przy dobrej grze obu stron musi się skończyć remisem.

Tym bardziej się cieszę, że mogłem panów K-K oglądać w akcji.

 

* Ostatnio gdzieś usłyszałem, jak jakiś tłumocz angielskie “grandmaster” spolszczył jako “wielki mistrz”. Od razu sobie wyobraziłem Garriego w krzyżackim płaszczu, z szachownicą jako tarcza ;).

Advertisement

Kto ma telewizję, traci władzę

Co zresztą trochę dziwi, bo przecież banał, że kto ma telewizję, traci władzę, powinien dać im [politykom] do myślenia – napisała moja ulubiona kiedyś dziennikarka. Istotnie jest to banał, z tej samej przegródki co “Niewykorzystane sytuacje się mszczą” czy “Nie ma reguły bez wyjątków”. Banał powtarzany przez polskich dziennikarzy bezrefleksyjnie, na tyle bezrefleksyjnie, że nikt nie zastanawia się za bardzo nad jego sensem.

Z punktu widzenia czystej logiki stwierdzenie cytowane przez KKZ jest zresztą jak najbardziej prawdziwe, podobnie jak z punktu widzenia czystej logiki rację ma kogut myślący, że to on swoim pianiem sprowadza wschód słońca. Implikacja jest wszak zawsze prawdziwa, gdy prawdziwy jest jej następnik. A ponieważ w dwudziestoletniej historii demokracji w Polsce nie było jeszcze wypadku, żeby jakaś partia utrzymała się przy władzy, zdanie “Kto ma telewizję, traci władzę” jest oczywiście prawdziwe. Podobnie jak prawdziwe byłoby zdanie “Kto nie ma telewizji, traci władzę”. I podobnie miałoby zerową wartość poznawczą.

Nie było jeszcze wypadku, żeby partia utrzymała się przy władzy po wyborach, ale stracić władzę można w różnym stylu. Można być silną opozycją (jak PiS obecnie) czy nawet powiększyć swój stan posiadania (jak SLD w 1997 roku). I można też popaść w głęboką rozsypkę (jak SLD w 2005) czy nawet nie dostać się w ogóle do parlamentu (jak AWS w 2001). I krótkie pytanie – w których z tych przypadków partia rządząca miała sprzyjającego sobie prezesa telewizji, a w których był on związany z opozycją? I czy fatalne wyniki sondażowe AWS, które przyczyniły się do rozpadu Akcji, naprawdę nie miały żadnego związku z czarną propagandą, jaką uprawiała telewizja prezesa Kwiatkowskiego?

Te partie naprawdę aż takie głupie nie są, pani Katarzyno.

Szantażyk emocjonalny

Oglądałem w piątek TVN24. Może mnie usprawiedliwić tylko to, że naprawdę nie było co robić – siedziałem w hotelowym pokoju czekając na kolację, zabraną książkę już skończyłem, a Eurosportu w hotelowej kablówce nie było. W każdym razie miałem okazję obejrzeć, jak wygląda relacjonowanie na żywo tragicznego wydarzenia. Najbardziej mnie rozbawiły pytania zadawane przez reporterkę lekarzowi z siemianowickiej oparzeniówki. Przypomniały mi się dawne czasy, kiedy chodziłem do przedszkola i czasami przychodził do nas jakiś policjant albo strażak – zadawane przez nas pytania były na podobnym poziomie intelektualnym. Naprawdę podziwiałem lekarza – który właśnie przecież był uczestnikiem dramatycznej akcji mającej uratować życie górników – że nie powiedział dziennikarce, żeby natychmiast przestała zawracać mu głowę.

W Skanerze politycznym natomiast trójka dziennikarzy zajmujących się górnictwem lobbowała za rentami dla wdów górniczych. Oczywiście nikt nie wspomniał, kto właściwie te renty miałby płacić, ale z kontekstu wynikało, że nie zakład pracy, tylko ZUS, czyli wszyscy płacący składki. Ktoś, kto w takim momencie zaprotestowałby przeciwko takiemu rozwiązaniu, wyszedłby na nieczułego Cimoszewicza. Myślę, że wnioskujący dobrze zdają sobie sprawę, że taki pomysł może przejść tylko w atmosferze szantażu emocjonalnego. I dlatego kują żelazo póki gorące.

Eurobasket zjechał do Katowic

Eurobasket zjechał do Katowic. To chyba największa impreza sportowa, jaka za mojego życia odbywa się w moim mieście, i trzeba przyznać, że miasto się postarało. Szarpnęło się nawet na tablice informacyjne z największymi atrakcjami Katowic (szkoda, że jak zwykle tylko Katowic, a nie całej Aglomeracji), i nawet darmowe autobusy do Nikiszowca. Ciekawe, ilu kibiców skorzysta i jakie będą wrażenia.

Wczoraj byłem w miasteczku kibiców pod Spodkiem, oglądając jak Gasolowie, Rubio i spółka robią miazgę z Trójkolorowych. Swoją drogą biorąc pod uwagę wyniki dwóch dotychczasowych ćwierćfinałów, wygląda na to, że byliśmy – jak zwykle – w tej silniejszej grupie :). Całkiem sporo kibiców z różnych państw, ale najbardziej widoczni byli – co ciekawe – Litwini, których reprezentacja akurat do Katowic nie dojechała. Inna sprawa, że niektórzy z nich krążyli wczoraj pod Spodkiem i oferowali bilety na półfinały za pół ceny. Oto wiara w możliwości swojej reprezentacji :).

W związku z powyższym półfinały będę oglądał wewnątrz Spodka, natomiast na finał planuję się wybrać jeszcze raz do miasteczka kibica – i przy okazji przyszła mi do głowy propozycja dla czytelników i sympatyków bloga z Aglomeracji i okolic. Nie wpadlibyście też pod Spodek w niedzielę i nie pooglądalibyśmy tego finału razem? W sumie nie wiadomo, kiedy następnym razem w Katowicach zagoszczą sportowcy tej rangi :).

Kompletne wariactwo, czyli Avram Grant

Na wieść o tym, że polską piłkę zaszczycił swoją aplikacją na stanowisko selekcjonera Avram Grant, w narodzie zapanowało niezwykłe podniecenie. Co jak dla mnie świadczy, że paranoja na punkcie zagranicznych trenerów trwa dalej.

Avram Grant jest przedstawicielem izraelskiej myśli szkoleniowej. Nawet w koszykówce, jak się okazało, izraelska myśl szkoleniowa nie była w stanie ponieść polskiej reprezentacji do poważniejszych sukcesów. W piłce nożnej natomiast Izrael ostatnio grał w wielkiej imprezie w roku, o ile dobrze pamiętam, 1970. W rankingu klubowym UEFA zajmuje zaszczytne miejsce na początku trzeciej dziesiątki. Grant był selekcjonerem Izraela i choć notował całkiem przyzwoite wyniki, trudno by je nazwać spektakularnymi, a na ich podstawie szkoleniowca uważać za potencjalnego kandydata na zbawcę polskiej reprezentacji. Skąd więc ten cały szum wokół jego kandydatury?

Oczywiście stąd, że Grant trenował Chelsea. Mniejsza z tym, czy pracę w Londynie dostał dlatego, że jest kumplem Abramowicza; mniejsza też, czy za jego kadencji faktycznymi trenerami The Blues byli Lampard z Terrym. Nasuwają się jednak dwa pytania:

1. W jaki sposób praca w wielkim i bajecznie bogatym klubie, praca z już gotową, zbudowaną drużyną składającą się w całości z supergwiazd, ma się przekładać na pracę z polską reprezentacją? Jakie doświadczenia z Chelsea będą w pracy z polską reprezentacją przydatne?

2. Czy z faktu, że ktoś trenował Chelsea, wynika od razu, że jest Mourinho, Scolarim albo innym Hiddinkiem?

Nie mam zamiaru dyskwalifikować Granta, być może właśnie on jest tym trenerem, który jest potrzebny biało-czerwonym, ale – tak naprawdę punktem odniesienia dla oceny jego kandydatury powinny być wyniki z reprezentacją Izraela, a nie praca w Chelsea. Ale obawiam się, że naród tak się podniecił, że jakiś Trener z Głośnym Nazwiskiem jednak chce nas trenować mimo hiobowych przepowiedni Miszy, że na takie szczególiki nie zwróci uwagi.

 

Jak zdążyłem na Indukti

Weekend spędziłem w Inowrocławiu, na festiwalu Ino-Rock. Wśród wykonawców – młoda gwiazda polskiego pokręconego rocka progresywnego, Indukti z Warszawy; Włosi z Nosound, których postrockowo-artpopowo-floydujące granie stało się zupełnie niespodziewanie całkiem ważne dla mnie ostatnio; i jako headliner – były gitarzysta Genesis, który jako jedyny z najsłynniejszego składu pozostał wierny dawnemu, artrockowemu obliczu zespołu – Steve Hackett. Bardzo miła impreza, wszystkie koncerty udane, ale chyba największe wrażenie zrobili na mnie Indukti. A miałem w ogóle ich występu nie zobaczyć… bo przecież tego dnia był półfinał i chociaż natura fana walczyła z naturą kibica, to jednak stwierdziłem, że jeszcze w życiu nie widziałem polskich siatkarzy walczących o finał ME – i nie wiadomo, kiedy następnym razem zobaczę.

Okazało się, że siatkarze postanowili umożliwić mi usłyszenie Indukti i uporali się z Bułgarią w niecałe półtorej godziny :).

Trochę głupio pisać o półfinale, gdy za chwilę zaczyna się wielki finał, ale w samochodzie na trasie Inowrocław-Licheń-Uniejów-Katowice (swoją drogą, kiedyś trzeba będzie wreszcie popełnić wpis o wyższości dróg wojewódzkich nad krajowymi) miałem sporo czasu na snucie refleksji, a szkoda by było, żeby się zmarnowały. Więc oto parę gniewnych myśli:

1. Rzadko się zdarza, żeby pierwsze dwie-trzy akcje tak bardzo zwiastowały przebieg całego meczu. Jakaś niemrawa obrona Bułgarów, jakaś piłka, z której mogłaby pójść kontra, ale w wyniku nieporozumienia została oddana za darmo – widać było, że są jakoś zaspani. I zostało im do końca. Ostatnia akcja meczu też jest jakimś tam symbolem – do Gruszki nie skoczył żaden z bułgarskich blokujących. Nie dlatego, że Zagumny tak wspaniale rozegrał (chociaż w ogóle wczoraj zagrał genialnie), tylko dlatego, że byli już kompletnie zrezygnowani i nie wierzyli w sens walki do końca.

2. Można dzisiaj żartować ze “słabszej” połówki, z której ostatecznie dwie drużyny trafiły do finału – gwoli sprawiedliwości należałoby jednak przyznać, że Polska miała w turnieju swoje momenty słabości. I gdyby trafiły one na silniejszą drużynę niż Słowację czy nawet Hiszpanię (w formie z tych mistrzostw), tego półfinału mogłoby nie być.

3. (Właśnie to samo mówi I.Mazur w studiu) Parą podstawowych przyjmujących medalistów ME jest… para rezerwowych przyjmujących Skry Bełchatów.

4. Wielcy nieobecni. Paradoksalnie, jestem skłonny twierdzić, że kontuzja Sebastiana Świderskiego pomogła polskiej reprezentacji. Nie chcę, żeby to zabrzmiało źle, bo już kiedyś ośmieliłem się skrytykować Sebastiana i miałem na karku zwartą grupę jego fanek i fanów, ale od dawna uważam, że Świderski (którego bardzo cenię jako siatkarza i sportowca) nie wytrzymuje najważniejszych spotkań i w nich regularnie zawodzi – i w dużej mierze dlatego polscy siatkarze nie osiągali sukcesów, jakie odnosić powinni. Gdy bowiem zawodzi teoretyczny lider ekipy, trudno jest ekipie się pozbierać – a z kolei trenerowi trudno podjąć decyzję o zdjęciu lidera z boiska. Kurek pewnie jest gorszym siatkarzem od Świderskiego, ale na tych ME właśnie im ważniejszy mecz, tym lepiej gra.

Tak czy owak, ciekaw jestem, jak będzie wyglądała walka o miejsce w szóstce na skrzydłach – bo przecież Michała Bąkiewicza po takich mistrzostwach nie da się dłużej traktować jako dogodnej zapchajdziury, jaką był przez ostatnie lata. Jeszcze większy problem będzie z Piotrem Gruszką – jemu się nawet pozycję zmienia.

Nic, dalsze uwagi po finale :).

 

Krajobraz po Mariborze

Czytam sobie dzisiejsze gazety i blogi i nie mogę wyjść ze zdumienia.

Piłkarska reprezentacja Polski właśnie po raz pierwszy w tym tysiącleciu odpadła z piłkarskich MŚ. Co więcej – odpadła w stylu kompletnie kompromitującym, zdobywając w pięciu meczach z takimi potęgami piłkarskimi jak Irlandia Północna, Słowenia i Słowacja dwa punkty. To już w czarnych latach 90. odpadaliśmy co prawda równie szybko, ale przynajmniej z jakąś Anglią, Holandią czy innymi Włochami. I co jest głównym problemem w dzisiejszych gazetach czy blogach? Czy Grzegorz Lato zachował się w porządku zwalniając Leo Beenhakkera w wywiadzie telewizyjnym i czy Dariusz Szpakowski miał prawo skrytykować trenera polskiej reprezentacji. To się nazywa polityka odwracania uwagi. Beenhakkera bezpośrednio już w zasadzie się nie broni – teraz obowiązuje wersja, że mamy tak złych piłkarzy, że w sumie niczego więcej niż te dwa punkty (plus jakimś cudem odniesione zwycięstwo z równie dołującymi Czechami) nie powinniśmy się byli spodziewac, i że Trener Tysiąclecia tak się musiał użerać z Latą i Piechniczkiem, że trudno mu się dziwić, że polską kadrę olewał.

Szpakowski oczywiście ma rację – podpisywanie długoterminowej umowy z trenerem, który wkrótce stał się tzw. kulawą kaczką, było błędem. Ciekaw jestem swoją drogą, czy dziennikarze-agenci wpływu Beenhakkera są w stanie teraz spojrzeć w lustro i przyznać się do swojej małej odpowiedzialności za wylot z MŚ. Tyle że jakoś sobie nie przypominam, żeby Dareczek wtedy cokolwiek mówił na ten temat. Nie przypominam sobie też, żeby nawoływał do wywalenia Beenhakkera po ME, czy choćby po Belfaście, kiedy były jeszcze szanse na awans pod warunkiem wydobycia maksimum z polskich pilkarzy – pod względem selekcji, taktyki i motywacji – ale było już jasne że Beenhakker nie jest już w stanie tego maksimum wydobyć. Czy nawet sprawić, żeby grali choćby na swoim średnim poziomie.

Cóż, zawsze lepiej zmądrzeć późno niż nigdy.

Te eliminacje będą dla polskiej reprezentacji kulą u nogi przez przynajmniej kilka lat. W EME 2012 nie będziemy mieli szansy na poprawienie pozycji i spadniemy w rankingu gdzieś głęboko do czwartego-piątego koszyka. I nawet gdy pojawi się jakimś cudem zdolniejsze pokolenie polskich piłkarzy, będzie już w eliminacjach trafiać na europejskie potęgi – dokładnie tak, jak w latach 90. Całkiem możliwe, że przez dekady będziemy więc wspominać awanse do MŚ drużyn Engela i Janasa – i nawet awans do ME drużyny Beenhakkera.

Najbardziej mnie wkurza, że on robi wrażenie, jakby to wszystko po nim spływało. Zamiast zamknąć się w szatni, a potem pójść na ryby, polowanie czy coś w tym stylu – Beenhakker donosi na swojego szefa, że ten był pijany. No do licha ciężkiego, co w tym dziwnego, że ktoś się upił oglądając ten mecz?

Też bym się upił.

6:0

Ciężki to tydzień dla kibica. Dwa mecze dziennie to prawie dawka mundialowa (a przecież wypadałoby zobaczyć też jakieś inne drużyny poza Polską). Dzisiaj nie byłem w stanie obejrzeć całego historycznego zwycięstwa koszykarzy z Litwą – wyszedłem z domu przed zgaszeniem światła, potem załapałem się na samą końcówkę drugiej kwarty na telebimie rozstawionym na katowickim rynku, i to by było wszystko. Jest czego żałować. Przez ostatnie 12 lat oglądanie polskich koszykarzy przysparzało mi wyłącznie frustracji i bólu głowy. Kadra Katzurina, niezależnie od tego, jak się jej przygoda z ME skończy i niezależnie od tego, co z niej po ME zostanie, nie tylko wygrywa, nie tylko gra świetnie, ale także niezmiernie widowiskowo. I zespołowo. Przed Eurobasketem mówiło się o Gortacie, o Loganie, tymczasem naturalizowany Amerykanin przez znaczną część meczu jest najsłabszym zawodnikiem polskiej drużyny, tymczasem jej bohaterami są koszykarze niby z drugiego planu – Ignerski czy Koszarek.

Ciekawe, że mimo bałwochwalczego stosunku Polaków do zagranicznych trenerów do tej pory nie zaczęła się Katzurinomania. Może to ze względu na narodowość byłego trenera Śląska ;), a może dlatego, że mamy Gortatomanię.

Ciekawe też, czy zacznie się Castellomania. Ja jestem pod wrażeniem pracy Argentyńczyka – choćby dlatego, że miał odwagę zrobić to, czego nie był w stanie zrobić jego rodak i poprzednik na posadzie: odpuścić Ligę Światową i dać w niej pograć zapleczu. Ile to było jazdy po trenerze i siatkarzach, gdy męczyli się z Finami i dostawali lanie od Brazylii. Po czym nagle się okazało, że ci najlepsi, którzy mieli wrócić do kadry na EMŚ i ME, nie wrócą, i nagle na Bąkiewiczu, Kurku czy Jaroszu spoczywa ciężar wyniku. I sobie z tym ciężarem radzą zdumiewająco dobrze. Ok, mieliśmy idealne losowanie – ale pamiętajmy, że przez ostatnie dwa lata polscy siatkarze przegrywali nie tylko z Rosją, Włochami czy Bułgarią, Brazylią czy Serbią, nie tylko z Hiszpanią,Holandią czy nawet Finlandią, ale także z Belgią (dwukrotnie), Czarnogórą i Estonią. Teraz reprezentacja, w której w porównaniu do pekińskiego składu ostał się jeden(!) skrzydłowy, wraca na swoje miejsce w europejskiej czołówce. I chociaż dziś się męczyła strasznie – wygrała.

Swoją drogą – czy Velasco nie przekombinował? W czwartym i piątym secie najwięcej szkód uczynił nam swoim serwisem Noda. Dlaczego więc w decydującym momencie tie-breaku na serwis wprowadził zamiast niego Rodrigueza? Cóż, nie nasz problem.

Niestety, jutro będzie jeszcze trzeci mecz. I jutro, po raz pierwszy od czasów, kiedy trenerem reprezentacji był Antoni Piechniczek, Polska odpadnie z eliminacji do MŚ w piłce nożnej.

I naprawdę nie chce mi się jeszcze raz o tym pisać.

PS. Naprawdę chciałem już spuścić zasłonę milczenia na działalność Leo Beenhakkera, ale się nie da. Oto czytam, że ze Słowenią mamy zagrać “ofensywnie”. I co? To “ofensywne” ustawienie to zamiana jednego pomocnika na innego. Stan napastników w składzie bez zmian: jeden. Mimo tego, że każdy widział, że w meczu z Irlandią gra się zaczęła po wprowadzeniu drugiego napastnika.

Ten facet jest niereformowalny. Na szczęście to już prawie koniec.

Jak to się robi we Wrocławiu

Władze Najdynamiczniejszego Polskiego Miasta mają coraz większe problemy, żeby sfinansować kolejne dynamiczne inwestycje, poszukują więc oszczędności. W te wakacje padło na komunikację miejską. Mimo że Wrocław ma prawdopodobnie – obok GOP-u – najgorzej działający transport publiczny z wszystkich polskich dużych miast, zarząd postanowił jeszcze bardziej zmniejszyć częstotliwość kursów tramwajów i skrócić kilka przelotowych linii autobusowych. Decyzja wywołała ostre protesty – to już nie te czasy, kiedy rządząca Wrocławiem elita była w stanie wmówić swojemu elektoratowi wszystko. I nagle dzisiaj czytam w “Gazecie”, że miasto wycofuje się z cięć w komunikacji. Bardzo słusznie, dobrze świadczy o magistracie, że potrafi się wycofać z głupiej decyzji, ale otoczka jest dość kabaretowa:

Prezydent Dutkiewicz unieważnił decyzję o cięciach, gdy tylko wrócił z wakacji. – Jestem w pracy od trzech godzin. Nie uważam, że prezydent powinien zajmować się wszystkim w mieście. Jednak tu chodzi o tak ważną sprawę, że postanowiłem się wtrącić. Bardzo zaniepokoiły mnie decyzje, jakie zapadły w trakcje mojego urlopu. Nie można oszczędzać na komunikacji. Komuś absolutnie się coś pokręciło. Na wrześniowej sesji rady miejskiej zwiększymy pulę środków na tramwaje i autobusy. Żeby nie robić bałaganu, obecny rozkład będzie obowiązywać do końca miesiąca – mówił prezydent.

Nieoficjalnie wiemy, że wczoraj na dywaniku u prezydenta wylądowali m.in. dyrektor Czyryło i odpowiedzialny za komunikację wiceprezydent Wojciech Adamski.  Obaj zostali zrugani za nadgorliwość w szukaniu oszczędności budżetowych.

Dobry car i źli ministrowie, jednym słowem. Na szczęście coraz mniej wrocławian się na te przejrzyste piarowe sztuczki nabiera.

Tymczasem prezydent Gliwic, pan Frankiewicz, był bardziej konsekwentny i od wczoraj w mieście nad Kłodnicą nie jeżdżą tramwaje. Zamiast nich kursują autobusy, o oryginalnej numeracji A4 (że niby za tramwaj 4 – ale podejrzewam, że skojarzenie z gliwicką autostradą jest nieprzypadkowe: Frankiewicz ma zamiłowanie do takich tanich reklamiarskich gestów). Wczoraj akurat mijałem taki jeden autobus. Siedział w nim jeden pasażer.