Jak zdążyłem na Indukti

Weekend spędziłem w Inowrocławiu, na festiwalu Ino-Rock. Wśród wykonawców – młoda gwiazda polskiego pokręconego rocka progresywnego, Indukti z Warszawy; Włosi z Nosound, których postrockowo-artpopowo-floydujące granie stało się zupełnie niespodziewanie całkiem ważne dla mnie ostatnio; i jako headliner – były gitarzysta Genesis, który jako jedyny z najsłynniejszego składu pozostał wierny dawnemu, artrockowemu obliczu zespołu – Steve Hackett. Bardzo miła impreza, wszystkie koncerty udane, ale chyba największe wrażenie zrobili na mnie Indukti. A miałem w ogóle ich występu nie zobaczyć… bo przecież tego dnia był półfinał i chociaż natura fana walczyła z naturą kibica, to jednak stwierdziłem, że jeszcze w życiu nie widziałem polskich siatkarzy walczących o finał ME – i nie wiadomo, kiedy następnym razem zobaczę.

Okazało się, że siatkarze postanowili umożliwić mi usłyszenie Indukti i uporali się z Bułgarią w niecałe półtorej godziny :).

Trochę głupio pisać o półfinale, gdy za chwilę zaczyna się wielki finał, ale w samochodzie na trasie Inowrocław-Licheń-Uniejów-Katowice (swoją drogą, kiedyś trzeba będzie wreszcie popełnić wpis o wyższości dróg wojewódzkich nad krajowymi) miałem sporo czasu na snucie refleksji, a szkoda by było, żeby się zmarnowały. Więc oto parę gniewnych myśli:

1. Rzadko się zdarza, żeby pierwsze dwie-trzy akcje tak bardzo zwiastowały przebieg całego meczu. Jakaś niemrawa obrona Bułgarów, jakaś piłka, z której mogłaby pójść kontra, ale w wyniku nieporozumienia została oddana za darmo – widać było, że są jakoś zaspani. I zostało im do końca. Ostatnia akcja meczu też jest jakimś tam symbolem – do Gruszki nie skoczył żaden z bułgarskich blokujących. Nie dlatego, że Zagumny tak wspaniale rozegrał (chociaż w ogóle wczoraj zagrał genialnie), tylko dlatego, że byli już kompletnie zrezygnowani i nie wierzyli w sens walki do końca.

2. Można dzisiaj żartować ze “słabszej” połówki, z której ostatecznie dwie drużyny trafiły do finału – gwoli sprawiedliwości należałoby jednak przyznać, że Polska miała w turnieju swoje momenty słabości. I gdyby trafiły one na silniejszą drużynę niż Słowację czy nawet Hiszpanię (w formie z tych mistrzostw), tego półfinału mogłoby nie być.

3. (Właśnie to samo mówi I.Mazur w studiu) Parą podstawowych przyjmujących medalistów ME jest… para rezerwowych przyjmujących Skry Bełchatów.

4. Wielcy nieobecni. Paradoksalnie, jestem skłonny twierdzić, że kontuzja Sebastiana Świderskiego pomogła polskiej reprezentacji. Nie chcę, żeby to zabrzmiało źle, bo już kiedyś ośmieliłem się skrytykować Sebastiana i miałem na karku zwartą grupę jego fanek i fanów, ale od dawna uważam, że Świderski (którego bardzo cenię jako siatkarza i sportowca) nie wytrzymuje najważniejszych spotkań i w nich regularnie zawodzi – i w dużej mierze dlatego polscy siatkarze nie osiągali sukcesów, jakie odnosić powinni. Gdy bowiem zawodzi teoretyczny lider ekipy, trudno jest ekipie się pozbierać – a z kolei trenerowi trudno podjąć decyzję o zdjęciu lidera z boiska. Kurek pewnie jest gorszym siatkarzem od Świderskiego, ale na tych ME właśnie im ważniejszy mecz, tym lepiej gra.

Tak czy owak, ciekaw jestem, jak będzie wyglądała walka o miejsce w szóstce na skrzydłach – bo przecież Michała Bąkiewicza po takich mistrzostwach nie da się dłużej traktować jako dogodnej zapchajdziury, jaką był przez ostatnie lata. Jeszcze większy problem będzie z Piotrem Gruszką – jemu się nawet pozycję zmienia.

Nic, dalsze uwagi po finale :).