Can’t you feel it?

Tak naprawdę dopiero wczoraj rano, gdy właśnie utwór Davida Fostera usłyszałem w Trójce, poczułem, że już zaraz zaczynają się Igrzyska. Nie będzie dane mi ich tu komentować – tak się składa, że przez najbliższe dwa tygodnie będę z dala od komputera i gniazdka sieciowego. Jak na złość, akurat wtedy, gdy po raz pierwszy w całej historii zimowych igrzysk polski zawodnik, a raczej zawodniczka, jest powszechnie uważana za główną faworytkę do złotego medalu. I ja jestem ciekaw, na ile to powtarzanie przez Kowalczyk i Wieretielnego, że trasy są za łatwe i Justynie nie pasują, jest realną oceną faktów, a na ile próbą zmniejszenia tego ciężaru oczekiwań, z którym podwójna mistrzyni świata musi się zmagać.

Wszyscy pamiętamy olimpiadę w Turynie – rozbudzone oczekiwania, opowiadania o “szansach medalowych” zawodników, którzy raz w życiu powąchali podium Pucharu Świata, potem frustrację pismaków i chamskie biczowanie sportowców. Doszło do tego, że wtedy opozycyjna Platforma Obywatelska zwołała konferencję prasową w sprawie fatalnego przygotowania do igrzysk. Konferencja właśnie trwała, gdy Justyna Kowalczyk zdobywała medal na 30 km… Problem w tym, że przed Turynem balon oczekiwań był rozdęty jednak zdecydowanie mniej niż teraz. Czytam, że eksperci przewidują, że mamy zdobyć 5 medali… i nic to, że ci eksperci zakładają, że np. medalu w skokach nie zdobędzie Simon Ammann, zdecydowanie najlepszy zawodnik tego sezonu. Tak naprawdę ciężar walki o medale spoczywa na drobnych barkach Justyny Kowalczyk – co się się stanie, jeśli te trasy naprawdę są za łatwe?

I powtórzmy to jeszcze raz – żyjemy w złotej erze polskich sportów zimowych. Jeżeli Kowalczyk, Małyszowi czy Sikorze (albo komukolwiek innemu, co jednak byłoby już naprawdę dużą niespodzianką) uda się zdobyć medal w Vancouver, to będzie to oznaczać, że w ciągu ośmiu lat Polska zdobyła więcej medali niż przez poprzednie trzy ćwierci wieku. Can’t you feel it to był hymn igrzysk w Calgary. Tam naszym największym powodem do radości był świetny występ Grzegorza Filipowskiego (zawsze mnie zastanawiało, jak to się dzieje, że najwybitniejszy zawodnik w historii polskiego łyżwiarstwa figurowego jest kojarzony wyłącznie z porażkami, a nie z sukcesami), który jednak nie miał szans w walce z Orserami i Boitanami i skończył na piątym miejscu. Na następnych igrzyskach najlepsze było ósme miejsce niejakiego Ustupskiego. Miejmy tę perspektywę na uwadze.

(Zwłaszcza, że następców Małysza i Sikory póki co nie widać. Być może znów trzeba się będzie do niej przyzwyczaić).