Komorowski mnie załamuje

Tydzień do drugiej tury wyborów, jej wynik jest w dalszym ciągu wielką niewiadomą, może się okazać, że różnica między kandydatami będzie wynosić dosłownie tysiące głosów. Bronisław Komorowski udziela wywiadu popierającej go “Gazecie Wyborczej” (nie ma go jeszcze on-line), w którym miał możliwość zwrócenia się do liberalno-lewicowego elektoratu, tego elektoratu, który stracił przez swoje durne wypowiedzi i którego obecność przy urnach zdecyduje w dużej mierze o wynikach drugiej tury wyborów. Dziennikarki dały mu szansę wycofać się z jednej z najbardziej bulwersujących wypowiedzi – niewybrednego żartu o kaszalotach, którymi podobno są Dunki służące w armii. Pan marszałek, p.o. i kandydat w jednej osobie odpowiedział mniej więcej, że dziennikarki nie znają się na żartach.

Ręce i nogi się uginają. Po pierwsze – być może tą wypowiedzią marszałek stracił szansę na poparcie iluś tam tysięcy osób, których głos mógłby przesądzić na jego korzyść. Ale po drugie – ja mam wrażenie, że on nie rozumie, że za chwilę będzie reprezentował nie tylko siebie, ale majestat Rzeczpospolitej Polskiej. Obawiam się, że on się w ogóle nie zastanawia, jak takie żarciki wpływają na wizerunek Polski za granicą. I obawiam się, że skoro nie potrafi się samoograniczyć jako kandydat (w przeciwieństwie do swojego rywala), to tym bardziej nie będzie potrafił samoograniczyć się jako prezydent.

W tym samym wywiadzie, zapytany o stosunek do ustawy parytetowej, rzuca jakimś żarcikiem o parytecie 99%. Żeby nikt przez przypadek nie pomyślał, że traktuje tę sprawę poważnie.

Donald Tusk się pewnie skręca ze złości. Gdy ratuje Komorowskiemu kampanię, gdy wygłasza rewelacyjne przemówienie programowe na kongresie, kandydat Platformy po raz kolejny pokazuje, że kompletnie nie dorasta do swojej roli.

W czym Anglicy są najlepsi

Anglicy, jak dzisiaj mieliśmy po raz kolejny okazję się przekonać, nie grają najlepiej na świecie w piłkę. W jednym natomiast są zdecydowanie najlepsi – w narzucaniu własnej narracji i skutecznym przekonywaniu całego świata, jak bardzo są krzywdzeni przez sędziów. Gdy Paul Scholes strzela piłkę ręką, to nikt o tym – włącznie z pokrzywdzonymi Polakami – nie pamięta. Gdy jednak ręką strzela Diego Maradona i to reprezentacji Anglii, przez następne 24 lata jest nazywany złodziejem i oszustem.

Dzisiaj bardzo słabi sędziowie meczu Niemcy-Anglia w ciągu kilku minut popełnili dwie kluczowe pomyłki. Najpierw uznali bramkę Matthewa Upsona strzeloną po faulu Defoe na Mertesackerze (w powtórce zza bramki bardzo wyraźnie widać, jak angielski napastnik trzyma za rękę Niemca), a potem nie zauważyli, że piłka po strzale Franka Lamparda przekroczyła linię bramkową. I oczywiście dyskusja rozpętała się tylko o tej drugiej sytuacji, i oczywiście już pojawia się ton, jak to Anglicy zostali skrzywdzeni przez sędziów. Otóż guzik, nie zostali skrzywdzeni. Wynik do przerwy powinien być 2:1 (oczywiście zakładając, że gdyby nie było bramki Upsona, to Lampard znalazłby się w sytuacji do oddania tego strzału – co jest mocno wątpliwe, bo przy stanie 2:0 Niemcy kontrolowali mecz, a kontaktowa bramka wyraźnie dodała Anglikom skrzydeł).