Paradoks krzyżowy

Na stronie głównej Gazety czytam o “młodych na kontrze do Kościoła“. W Polityce obszerna rozmowa o nadmiernej roli Kościoła w polskim życiu publicznym. W Rzeczpospolitej teksty przestrzegające przed “polskim zapateryzmem”. Jeszcze dwa miesiące temu trudno byłoby sobie wyobrazić, żeby temat przebił się na czołówki. A przecież tak naprawdę przez te dwa miesiące nic się nie zmieniło. Niczym nowym nie jest ani Komisja Majątkowa i robienie przez nią Kościołowi podarunków z majątku publicznego, ani religia w szkołach (przypomnę za Polityką: najpierw miała być alternatywnie z etyką, nie wliczana do średniej, a katecheci mieli być opłacani przez Kościół; w tej chwili religia zbliża się do roli takiego samego przedmiotu jak matematyka czy język polski, z tą różnicą, że państwo nie ma wpływu ani na program nauczania, ani na kadry), ani tolerowanie (a tak naprawdę ciche poparcie) Radia Maryja przez episkopat, ani oportunizm władz państwowych, które wręcz zapraszały Kościół do rozszerzania jego wpływów, licząc, że dzięki temu uda się pozyskać jego poparcie lub przynajmniej neutralność. (Pamiętamy żałosne pielgrzymki kierownictwa PO do Łagiewnik po poparcie kardynała Dziwisza i rzekomego “kościoła łagiewnickiego”).

Co się zmieniło? Nic, poza jedną śmieszną i zupełnie nieistotną awanturą o krzyż, w której tak naprawdę Kościół udziału nie bierze i – wbrew dość rozpowszechnionej opinii – brać udziału nie powinien. Nie powinien, bo to jest sprawa między prezydentem Komorowskim a prezesem Kaczyńskim. Przecież w tym konkretnym przypadku nie chodzi o krzyż jako symbol religijny, ale o formę upamiętnienia prezydenta Kaczyńskiego z żoną (oczywiście w katastrofie zginęły też 94 inne osoby, ale wiadomo, że to nie o jakieś pionki chodzi). Ci, którzy wzywają Kościół do interwencji w tej sprawie, de facto oczekują, żeby wziął odpowiedzialność za działanie, które leży w gestii nie Kościoła, ale państwa – a konkretnie prezydenta. Naprawdę to zupełnie paradoksalne, ale w tym przypadku niechęć Kościoła do wypowiedzenia się w sprawie politycznej powoduje reakcję pod hasłem “za dużo Kościoła w życiu publicznym”. A tak naprawdę – niechęć Kościoła do odcięcia się od PiS, bo przecież do tego cała sprawa się sprowadza.

Dlatego ja nie wierzę w ten zapaterowski klimat. To nie jest żadna emocja antykościelna, to jest emocja antypisowska. Tak długo jak problemem jest nie Komisja Wspólna, nie religia w szkołach, nie małżeństwa gejów i lesbijek, a krzyż na Krakowskim Przedmieściu i (ciche) poparcie Kościoła (czy jego znacznej części) dla PiS. PiS-u za rok może nie być, a wspomniane kwestie pozostaną – pytanie, czy dalej będą interesowały tych, co dzisiaj robią happeningi pod krzyżem i chcą się zapisywać do partii Palikota.

Ja Palikotowi kompletnie nie wierzę. Od zawsze był dla mnie oślizłym koniunkturalistą, który stwierdził, że antykaczyzm się dobrze sprzedaje w pewnym segmencie rynku, więc postanowił zostać antykaczystą. Teraz, w związku z wydarzeniami na Krakowskim Przedmieściu, stworzył pakiet antykaczystowsko-antyklerykalny. Czy ludzie to kupią? Nie wiem, zgadzam się natomiast z Michałem Sutowskim, że stałoby się bardzo źle, gdyby kupili.

Tak swoją drogą – spędziłem ostatnio trochę czasu z Czechami i gdy rozmowa zeszła na naszą politykę, zapytano mnie, na kogo głosowałem. Odpowiedziałem, że na Napieralskiego, ale kompletnie nie potrafiłem sprawić, żeby czescy znajomi zrozumieli, dlaczego właśnie na niego. Cóż, oni mają ten luksus, że sprawa znaczenia Kościoła w państwie jest dawno rozstrzygnięta i nie trzeba wybierać sobie jako mniejszego zła prezydenta-klerykała.