O zmieniających co rok samochody

Zdaję sobie sprawę, że 50% kosztów uzyskania przychodu dla tzw. twórców to jest drażliwy temat. Swego czasu WO zagroził banem jednemu ze stałych komentatorów mojego bloga za zbytnie drążenie, a ostatnio poruszył go sam premier Tusk – i od razu mu się oberwało od Agaty Nowakowskiej. Wypowiedź Tuska oczywiście jest mocno demagogiczna – ale jednocześnie prawdziwa. Oto grupa ludzi wzywa do reformy finansów publicznych i likwidacji różnych przywilejów, jednocześnie uważając, że przywilej, z którego sami korzystają, po prostu im się należy.

Nowakowska łaskawie zgadza się na zniesienie przywileju: Podczas tej dyskusji “Gazeta Wyborcza” kilka razy pisała, np. piórem Dominiki Wielowieyskiej, że ten przywilej mógłby zostać zniesiony gdyby rząd wziął się jednocześnie za przywileje innych grup, albo obniżył podatki. Bo żadna grupa społeczna nie zgodzi się potulnie na to, by jej coś odebrano, gdy inne grupy mają swoje przywileje zachować. Faktem jest jednak, że od początku działania systemu podatkowego różne przywileje i ulgi podatkowe zostały zniesione – a ulga dla tzw. twórców ma się dobrze. Rząd PiS próbował ją znieść, jak zwykle zabrakło mu jednak determinacji. Nie wierzę osobiście, żeby tę determinację znalazł w sobie Tusk. Ale dobrze, że ten temat wrócił do debaty publicznej. I jestem ciekaw, ilu dziennikarzy będzie na tyle uczciwych, że bez pokazywania palcem na  KRUS czy emerytury mundurowe napiszą, że 50% KUP należy znieść. Każdy z nich będzie godzien wielkiego szacunku.

Chore rozumienie honoru

Jesteśmy zwycięzcami siatkarskich MŚ. Co prawda porażka z Brazylią z dużym prawdopodobieństwem będzie oznaczała wylot z Włoch już w tę sobotę (Brazylijczycy też umieją liczyć i nie chcą wpaść na Rosję, a to oznacza, że przegrana z Bułgarią może być dla nich korzystna), ale moralnie jesteśmy mistrzami świata. Nie to, co ci okropni Serbowie, którzy woleli przegrać nic nie znaczący mecz z Polską, żeby znaleźć się w korzystniejszej części drabinki. My przecież nie moglibyśmy przegrać celowo z Niemcami. Żeby jeszcze z kimś innym, ale z Niemcami?!! Tysiąc lat zmagań, Grunwald, Września, Westerplatte, Erika Steinbach, a my mielibyśmy przegrać z nimi tie-breaka? Nieważne, że Niemcy są krajem bez siatkarskiej tradycji, w którym siatkówka mało kogo obchodzi i robienie z niej kolejnego pola zmagań polsko-niemieckich jest mocno groteskowe (rozumiem jeszcze piłkę nożną, ale akurat tam jak do tej pory za Erikę Steinbach nie udało się zrewanżować ani razu i chwilowo na to się nie zanosi).

W tym tysiącleciu taki przypadek zdarza się polskim siatkarzom po raz trzeci. Na MŚ 2002 przegrywając ostatni mecz z Chorwacją mogli uniknąć Rosji w drugiej fazie – ale oczywiście wpadli na nią, przegrali jeszcze z Portugalią i zamiast medalu skończyło się na dziewiątym miejscu. Na pekińskiej olimpiadzie wygrali fantastyczny mecz z Rosją o… prawo do trafienia na Brazylię w półfinale. Nie trzeba dodawać, że wizja gry z canarinhos tak ich spętała, że ostatecznie z nimi nie zagrali, przegrywając ćwierćfinał z cieniującymi Włochami.

Cóż, nie wystarczy umieć grać w siatkówkę, trzeba jeszcze umieć grać w turniej. My nie dość, że nie umiemy, to jeszcze robimy z tego cnotę. So typical. Oczywiście, że regulamin Mundialu jest idiotyczny, ale trzeba grać według takich reguł, jakie obowiązują. I jakoś inne drużyny nie mają z tym problemu.

Śledząc dzisiejsze dyskusje w necie, naprawdę przestałem się dziwić, że Polacy wybrali Lecha Kaczyńskiego na swojego prezydenta, że czczą powstanie warszawskie i uwielbiają ministra, który uznał, że honor jest bardziej bezcenny niż życie sześciu milionów obywateli polskich.

Może naprawdę powinienem zostać Czechem.

 

Hołd dla Tomasza Golloba

20 sierpnia 1994 roku byliśmy w Międzygórzu. Zaliczyliśmy Śnieżnik, znaleźliśmy miejsce do spania w schronisku młodzieżowym, które właśnie schroniskiem być przestawało, i dla wygłupu (tamta wycieczka – obejście górami dookoła Ziemi Kłodzkiej – obfitowała w napady głupawki) napisaliśmy statut organizacji, do której oprócz siebie zapisaliśmy – nie pytając o zdanie –  naszych współtowarzyszy wędrówek po Beskidzie Niskim i innych górach. A poza tym śledziliśmy relację z MŚ na żużlu. Bowiem 20 sierpnia 1994 Tomasz Gollob po raz pierwszy walczył o indywidualne mistrzostwo świata. Wiadomo było, że takiego talentu w polskim żużlu nie było od czasów Plecha i Jancarza przynajmniej.

20 sierpnia 1994 Tomasz Gollob zdobył zero punktów i zaliczył ostatnie miejsce. Później bywało lepiej, miał medale srebrne, brązowe, jednak zawsze ktoś był lepszy. W połowie obecnej dekady wyglądało, że już nie ma szans podjęcia rywalizacji z nowym pokoleniem rywali, że złoty medal Szczakiela z Chorzowa stanie się Świętym Graalem polskiego żużla, nie do powtórzenia przez kogokolwiek (bo jeśli nie Gollob, to kto?). Zaczął mieć problemy osobiste, a to pobił zawodnika rywali, a to straszył pistoletem żonę. Wydawało się, że czeka go już tylko długi i bolesny zjazd.

Wczoraj został mistrzem świata. W siedemnastej próbie. Nie sądzę, by wielu było na świecie sportowców, którzy by tak długo czekali na wymarzony sukces. Nie jestem fanem żużla, dziwi mnie popularność tego sportu w Polsce i zawsze śmieszyło mnie umieszczanie żużlowców w plebiscytach na sportowców roku – przed zawodnikami uprawiającymi bardziej globalne sporty, z poważniejszą konkurencją. (Gollob wygrał plebiscyt “PS” w 1999 roku, kiedy był wicemistrzem świata). Tym razem jednak sam na żużlowca Stali zagłosuję. Właśnie za wytrwałość.

Wszystko się pozmieniało od 20 sierpnia 1994. Wodospad Wilczki nie jest już najwyższy w Sudetach, schroniska, w którym za nocleg płaciliśmy 25 tysięcy złotych już nie ma, złote zresztą też się zmieniły. W sporcie czas mija jeszcze szybciej. Tym większy podziw.

Naiwna Barbara Hollender

W ostatnim “Plusie Minusie” Barbara Hollender bardzo się dziwi, czemu w polskiej prasie raczej pomniejszano sukces “Essential Killing” w Wenecji, pisząc o gwizdach przy rozdaniu nagród i uwypuklając raczej recenzje negatywne niż pozytywne. Podkreśla, że Francuzi czy Włosi zawsze piszą o swoich filmach tylko dobrze i doszukuje się w takich reakcjach na film Skolimowskiego kolejnych przejawów polskiego piekła.

W ten sposób Hollender udowodniła, że nie czyta nawet swojej gazety. Jakby przeczytała choćby komentarze panów Haszczyńskiego i Magierowskiego, to wiedziałaby, że nie chodzi o jakąkolwiek zazdrość, tylko o polską rację stanu. Bo przecież dzięki filmowi Skolimowskiego ktoś na świecie mógłby się dowiedzieć o obozach CIA w Polsce, a ktoś w Polsce mógłby się zacząć poważniej zastanawiać nad naszą odpowiedzialnością za te obozy i jeszcze by chciał wyciągać jakieś konsekwencje wobec winnych. A przecież dla każdego rozsądnego człowieka, od Kwaśniewskiego po Kaczyńskiego i od Haszczyńskiego do Węglarczyka, jasne jest, że gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą i jak się prowadzi wojnę z terroryzmem, to nie można tego robić w białych rękawiczkach. A tu taki Skolimowski kręci film, który obiektywnie szkodzi polskiej racji stanu. Kąsa rękę, która go karmi, bo film był przecież finansowany z naszych podatków. To czego się ma spodziewać – oklasków? Klaskać może jury w Wenecji, ale nie my.

Kuroń i Pieńkowska

Tak przy okazji wspomnień o 16 sierpnia 1980 i w ogóle o strajku w Stoczni sięgnąłem po “Gwiezdny czas” Kuronia i czytam takie wspomnienie z początku strajku:

Słynnego 14 sierpnia zadzwoniła Alinka Pieńkowska i powiedziała:

– Jacku, zaczęliśmy. – Siedziała w oknie stoczniowego ośrodka zdrowia i relacjonowała, co widzi. – Idzie pochód pod dyrekcję, na przodzie transparenty, za nimi tłum. Stanęli. Jest z nimi Wałęsa […]


A jak tę samą rozmowę wspomina Pieńkowska:

Wykręciłam numer Jacka Kuronia. Na pewno już coś się z tymi telefonami działo, nie wiem, czy były słuchane, czy nie, ale Jacka głos się pojawił. Mówię: Jacku, chciałabym, żebyś zapisał postulaty. A Jacuś: Świetnie, złotko, idę po długopis. Koleżanka stała na czatach, a ja czekałam, jak drzwi się otworzą i wpadną ubecy. To wyjście po długopis wydawało mi się wiecznością. Jacuś najpierw ochoczo wszystko pisał, mówił: tak, tak. Wreszcie mówię: Bezpieczeństwo dla strajkujących. On: Dla jakich strajkujących? Ja: Stocznia strajkuje. Wtedy on nieparlamentarnie coś powiedział – i rozłączyli rozmowę.

I jak tu wierzyć relacjom bohaterów wydarzeń? A przecież w tym przypadku ani Kuroń, ani Pieńkowska nie mieli powodu, żeby wspomnienia naginać. To skąd właściwie ma być wiadomo, jaką rolę w strajku komunikacji odegrała Henryka Krzywonos albo co robił w stoczni Lech Kaczyński, że zostaniemy przy bohaterach najgorętszych sporów ostatnich dni?

Tak dla VAT-u na książki

Ponieważ ostatnio co chwilę dostaję zaproszenia do podpisania różnych listów lub do grup na Facebooku protestujących przeciwko wprowadzeniu VAT-u na książki (a dokładnie do zniesienia stawki zerowej), pragnę za jednym zamachem wyjaśnić, dlaczego się pod żadnym z tych listów nie podpisałem i nie podpiszę.

Nie podpiszę się, bo uważam wprowadzenie podatku VAT na książki za słuszne.

Generalnie uważam, że stawka VAT powinna być w miarę możliwości jednolita, a jak najrzadsze wyjątki powinny dotyczyć przede wszystkim tzw. towarów wrażliwych społecznie (fatalnie to brzmi, wiem) – czyli głównie żywności, oraz niektórych usług. Książka jako żywo się w żadnej z tych kategorii nie mieści. Ale z jakiegoś powodu przyjęło się, że książki stanowią właśnie tę formę kultury, która w szczególny sposób zasługuje na dotację państwową (bo zerowa stawka VAT jest przecież de facto formą dotacji).

Chodzę po księgarniach, oglądam sobie książki. Jest mnóstwo wartościowych pozycji, które chętnie bym przeczytał, a wiele z nich chciałbym mieć na własność. (Chociaż ograniczeniem są nie tylko kwestie finansowe, ale choćby pojemność mojego mieszkania). Ale jest też mnóstwo kompletnego chłamu albo pozycji, o których trudno powiedzieć, że cokolwiek wnoszą do kultury. Dlaczego państwo ma dotować tetralogię Stefanie Meyer? Albo książki o kolejnych dietach-cud? Albo poradniki z dziedziny prawa, rachunkowości i finansów, które mimo dotacji i tak kosztują gdzieś złoty za stronę (ostatnio widziałem stustronicową książeczkę o którymś z MSR-ów za sto dwadzieścia złotych; bardzo jestem ciekaw, ile wynosi marża na takiej książce). Już nie mówiąc o różnych wypasionych, luksusowych albumach. Z drugiej strony, gdy w tej samej księgarni chcę sobie kupić np. płytę z muzyką Bacha, płacę pełne, uczciwe 22% podatku bez żadnych ulg. Ostatnio na stronie Krytyki Politycznej któryś z dyskutantów dowodził, że tak właśnie jest sprawiedliwie, książki stanowią bowiem podstawę naszej kultury, muzyka stanowi natomiast jakiś luksus, za który powinno się więcej zapłacić. Jeśli takie podejście ma elita intelektualna, to znaczy, że głuchotę polskiego społeczeństwa nauczyliśmy się traktować jako normę i przestaliśmy się jej wstydzić.

Natomiast ciągle się wstydzimy wskaźników czytelnictwa. Okazuje się bowiem, że mimo zerowej stawki VAT znaczna część społeczeństwa książek nie kupuje i nie czyta, że ta stawka de facto nie promowała czytelnictwa. Można by tu zwrócić uwagę, że zerowy VAT jest tak naprawdę mechanizmem redystrybucji środków od biedniejszych do bogatszych (bo przecież zarówno czytelnictwo, jak i dochody są skorelowane z wykształceniem, a więc pośrednio ze sobą nawzajem), ale nie zatrzymując się nad tym można powiedzieć, że książki i tak są za drogie, żeby najbiedniejsi mogli je kupować. Dlatego moim zdaniem stokroć ważniejszą sprawą od podwyżki VAT jest poziom bibliotek – zwłaszcza bibliotek w małych ośrodkach.

No i wreszcie – bądźmy świadomi proporcji. Stawka podatku będzie wynosić 5%. Zakładając – moim zdaniem niesłusznie – że cała ta podwyżka zostanie przerzucona na kupującego, oznacza to, że jeśli kupowałem do tej pory książki za 100 zł miesięcznie, teraz zapłacę 105 zł. Będę musiał zrezygnować z jednego piwa. Nie wierzę, żeby była to różnica decydująca dla większości bywalców księgarń.

Król zwariował

Polskie partie polityczne przypominają monarchie.

W normalnej partii, w sytuacji gdy lider przegrywa kolejne wybory, podejmuje idiotyczne decyzje, zraża nie tylko wyborców, nie tylko sprzyjających mu dziennikarzy, ale i swoich współpracowników, zbiera się jakaś opozycja, wystawia kontrkandydata i prędzej czy później lidera usuwa.

PiS nie jest normalną partią. (PO zresztą też nie). Obecna sytuacja w Prawie i Sprawiedliwości przywodzi na myśl monarchię, w której król zwariował. I wszyscy poddani doskonale zdają sobie z tego sprawę, doskonale są świadomi też, jak tragiczne konsekwencje mogą mieć rządy obłąkanego monarchy – a jednak nikomu nawet nie przychodzi na myśl, żeby szalonego króla obalić. Wręcz przeciwnie, poddani wypisują wiernopoddańcze adresy do króla i nie są w stanie mu się sprzeciwić nawet po wyrzuceniu z dworu.

Szkoda Polski, jak powiedział pan prezydent, kiedy poprzedni pan prezydent zostawał panem prezydentem.