Ogród vs skansen

Michał Smolorz już dawno zasłużył na przydomek Jana Tomaszewskiego śląskiej publicystyki (przynajmniej odkąd chciał przesunąć katowicki dworzec kolejowy… do Ligoty), jednak jego krytyka Marka Zielińskiego i jego koncepcji na katowicką ESK zasługuje na szczególną uwagę. Jest to bowiem zderzenie dwóch pomysłów, jaką kulturę mamy na Śląsku promować – czy kulturę śląską, jakby to chciał Smolorz, czy kulturę bezprzymiotnikową, jak widzi to Zieliński. I oczywiście nie mam żadnych wątpliwości, który z tych pomysłów jest właściwy.

Zieliński jest twórcą Ars Cameralis, jednej z najważniejszych imprez kulturalnych na Górnym Śląsku, coraz bardziej zauważanej także poza naszym regionem. Wrocław ma “Nowe horyzonty”, Poznań festiwal na Malcie, Kraków “Sacrum profanum”, my mamy Ars Cameralis. Myślę, że gdyby ktoś krytykował  Maltę za jej niewystarczającą “wielkopolskość”, a ENH za niedostateczną “dolnośląskość” (i jeszcze robił aluzje, że to na pewno przez fakt, że Rafał Dutkiewicz jako urodzony w Mikstacie dolnośląskości nie czuje), w najlepszym razie zostałby potraktowany wzruszeniem ramion i uznaniem za nieszkodliwego wariata. Na Górnym Śląsku jest inaczej.

Do licha, nigdy nie staniemy się normalnym regionem, osiągającym sukcesy w rywalizacji polskiej i europejskiej, jeśli nie odrzucimy sposobu myślenia proponowanego przez Smolorza. Sposobem, w którym kryterium oceny dzieła sztuki jest nie to, czy niesie ono uniwersalne wartości i jest wybitne artystycznie, ale to, czy jest wystarczająco śląskie. W myśl tej logiki Scholtis jest wybitniejszy od Bellmera. Smolorz pisze ze zgrozą o “dekutzyfikacji śląskiej kultury”, jaką planuje Zieliński. Czy tak samo krytycznie podszedłby do “dewajdyzacji kultury polskiej”? Tak, Kutz był – zachowując oczywiście wszelką ostrożność przy tym porównaniu – naszym śląskim Wajdą. Obaj byli wielkimi reżyserami, obaj tworzyli filmy, które głęboko wpisywały się w historię Polski czy Śląska, ale jednak byłoby bardzo źle dla filmu polskiego, gdyby miała tylko Wajdę, a nie np. Hasa czy Kieślowskiego. I w pewnym momencie trzeba się od wielkości Kutza wreszcie odciąć, a nie ciągle żyć w jej cieniu.

A wtrącenie do tej całej debaty argumentu pochodzenia – że Zieliński jako człowiek “nie stąd” nie czuje śląskiej kultury i tylko dlatego chce promować kulturę bezprzymiotnikową – jest po prostu obrzydliwe.