Obecnie jest wiernym kibicem Barcelony

Przeczytane dzisiaj o pewnym polityku (mniejsza o kogo chodzi).

To brzmi prawie jak jakaś głodówka rotacyjna. Zastanawiam się, jak to się stało, że ani sam polityk, ani jego asystent prasowy, ani dziennikarz redagujący notatkę nie zauważył śmieszności tego sformułowania? A może ono jest śmieszne tylko dla garstki maniaków, a dla większości jest normalne, że nie dość, że kibicuje się najlepszemu, to wmawia się sobie i całemu światu, że kibicuje się mu wiernie?

Dziwna pamięć

Wracając wczoraj z długiego weekendu (ach, Wielka Fatra…) włączyłem Trójkowy serwis i wysłuchałem krótkiego materiału z dwudziestopięciolecia Teleekspressu. Na koniec prowadzący podsumował: “Dzisiaj Teleekspress też odjedzie – tak jak przed 25 laty – o godzinie 17”.

Oczywiście Teleekspress z tamtych czasów odjeżdżał o 17.15 i wydawało mi się, że ta godzina się nierozerwalnie z tamtym Teleekspressem kojarzy. I nawet mnie ta 17 trochę zdziwiła, a jeszcze bardziej mnie zdziwiło, że przesunięcia na 17 dokonano już… w 1992 roku. Dziewiętnaście lat temu.

Cóż, Lista Trójki też mi się ciągle kojarzy z sobotą, 20.00 – chociaż o tej porze była nadawana raptem przez kilka lat ze swojej prawie trzydziestoletniej historii. Psycholog powiedziałby pewnie o wdrukowaniu jakiegoś skojarzenia.

Dlaczego się nie podpisałem pod projektem ustawy o PACS

W poprzedniej notce nawiązałem do dyskusji wokół ostatniej Parady Równości. Tematem przewodnim Parady był zgłoszony przez SLD projekt ustawy o związkach partnerskich, do którego poparcia wzywał redaktor Pacewicz. Jestem całym sercem za oficjalnym zalegalizowaniem związków jednopłciowych, najlepiej pod nazwą małżeństwa (i z prawem do wspólnego wychowywania dzieci, oczywiście), ale ponieważ na to się na razie nie zanosi, związki partnerskie mogłyby być sensownym kompromisem. Dlatego bardzo chciałem podpisać się pod SLD-owskim projektem. Niestety, ten projekt jest legislacyjnym bublem, który nie nadaje się specjalnie do poprawienia, a raczej do wyrzucenia do kosza i napisania od nowa.

Naprawdę tego nie rozumiem. Środowiska LGBT prowadziły długie dyskusje na temat związków partnerskich, urodziły się z tego całkiem obszerne i na pierwszy rzut oka sensowne projekty ustaw. I nagle, gdy przychodzi co do czego, w Sejmie pojawia się projekt pisany w sposób ewidentny na kolanie i tak naprawdę związki partnerskie deprecjonujący. Listę zastrzeżeń do projektu można znaleźć tu: jest ich bardzo wiele, ale jak dla mnie zupełnie dyskwalifikujący jest sposób rozwiązywania partnerstwa. Jednostronne oświadczenie woli z sześciomiesięcznym wypowiedzeniem? Trudniej będzie rozwiązać umowę z dostawcą kablówki niż z człowiekiem, z którym zdecydowałeś się dzielić życie. Ale automatyczne rozwiązanie umowy partnerstwa w momencie zawarcia związku małżeńskiego to już kabaret. W sobotę żyję sobie z panią/panem X, a w niedzielę nie mówiąc nic X żenię się z panią Y i nic już mnie z X nie łączy. Prawicowi publicyści mieli używanie w tym punkcie – i trudno im się dziwić, twórcy ustawy dostarczyli im dogodnej amunicji.

Swoją drogą zresztą, skoro prawicowi publicyści tak bardzo się zaczęli przejmować kwestią stabilności związków, którą państwo powinno wspierać, to może ich jednak przekonać do małżeństw jednopłciowych? Bo przecież cały problem z PACS polega na tym, że usiłuje jednym rozwiązaniem prawnym zaspokoić interesy dwóch zupełnie różnych grup: konkubinatów dwupłciowych, którym nie zależy na tym, żeby być traktowanymi jak małżeństwo (czytaj: nie chcą mieć wobec siebie zbyt wielu obowiązków z mocy prawa), oraz związków jednopłciowych, którym właśnie na tym, żeby być traktowanym jak małżeństwo zależy? I tych rozbieżnych interesów w ramach jednej instytucji prawnej nie da się po prostu pogodzić?

Przeczytane: Magdalena Gawin – Rasa i nowoczesność

Jako lekturę uzupełniającą po Higienistach czytam właśnie Rasę i nowoczesność Magdaleny Gawin – i natknąłem się w niej na wzmiankę o fascynującym sporze, jaki miał miejsce w latach 30. między liberałami z Wiadomości Literackich (w szczególności Boyem-Żeleńskim) a lewicą. Sympatyzujące z rządzącą juntą Wiadomości były oczywiście dalekie od kontestowania linii politycznej rządu, polityki gospodarczej i społecznej, koncentrowały się natomiast na promowaniu poglądów racjonalistycznych i (głównym szermierzem był tu właśnie Boy) kwestiach obyczajowych. Otóż Boy miał pretensję do prasy pepeesowskiej, że nie podzielała jego priorytetów, że traktowała walkę o demokrację i sprawiedliwość społeczną jako sprawy nie mniej ważne niż prawo do rozwodów i aborcji. Pisał: “Dzienniki nasze, pochłonięte walkami politycznymi, nie zdają sobie sprawy z tego, że sprawy obyczajowe ważniejsze są może od formy rządu i brzmienia konstytucji“. Oczywiście takie pouczanie nie mogło spotkać się z przyjazną reakcją ze strony lewicy, zwłaszcza w atmosferze po Brześciu (który nie spotkał się ze strony środowiska Wiadomości ze zbytnim oburzeniem), skutkiem czego drogi prosanacyjnych liberałów i socjalistów się ostatecznie rozeszły.

Nie pisałbym o tym, gdyby nie zupełnie świeża polemika pomiędzy Piotrem Pacewiczem a Krytyką Polityczną w sprawie Parady Równości – która wygląda jak dokładne odbicie tamtego sporu sprzed osiemdziesięciu lat (z tą oczywiście ważną różnicą, że dziś mamy demokratycznie wybraną władzę, która nie zamyka opozycji do więzienia). Tak jak wtedy Słonimski i Boy, tak dzisiaj Wyborcza łączy hasła tolerancji, racjonalizmu i modernizacji obyczajowej z kompletnym lekceważeniem kwestii społecznych. I ciekaw jestem, czy Adam Michnik, który Antoniego Słonimskiego uważa za swojego mistrza, jest świadom tego podobieństwa.

Najgłupszy argument za pomocą dla Grecji

Mocno się trzeba nagimnastykować, żeby bronić kolejnego pakietu pomocowego dla trupa zwanego grecką gospodarką, jeszcze mocniej – żeby bronić udziału w niej Polski. Rekord w kategorii najbardziej wziętego z kosmosu argumentu pobił Paweł Wroński:

Kłopoty finansowe Grecji zagrażają całej strefie euro. Polsce powinno zależeć na jej pomyślności. Jej kłopoty oznaczają finansowe perturbacje, w tym wzrost kursu franka szwajcarskiego, w którym setki tysięcy Polaków mają kredyty. Lepiej zwalczać przyczyny wzrostu kursu franka, niż próbować administracyjnymi decyzjami ograniczać skutki tej sytuacji.

Czy Wroński naprawdę myśli, że wlanie w grecką dziurę budżetową kolejnego wiadra unijnych pieniędzy naprawdę usunie przyczyny jej kłopotów? Czy nie widzi, że to jest już drugi pakiet finansowy i nic nie wskazuje na to, żeby ostatni?

Czy Wroński naprawdę myśli, że strategiczne decyzje polskiej polityki gospodarczej mają być determinowane przez interes niewielkiej mimo wszystko grupy spekulantów walutowych? Dzisiaj to jest kwestia obrony kursu PLN/CHF, w przyszłości będzie na przykład kwestia ustalenia kursu konwersji na EUR. Jeżeli tak myśli, chciałbym, żeby to jasno napisał.

Swoją drogą – zrobienie audytu, którzy politycy, dziennikarze i inni kreatorzy opinii mają kredyty walutowe, mogłoby być ciekawym tematem dla jakiegoś reportera śledczego. Chciałbym wiedzieć, czy np. politycy PJN, którzy jeszcze niedawno udawali bardzo zatroskanych o stan finansów publicznych, a dzisiaj gotowi są dopłacać z budżetu zakredytowanym we frankach, chcą robić dobrze wyborcom czy… sobie.

Myślę zresztą, że Wrońskiemu nie o to chodzi. Ot, jakiś prawicowy polityk skrytykował plan pomocy, więc trzeba było dać odpór. Niezależnie od tego, czy z sensem czy nie.

Przeczytane: Polityka literatury

Kinga Dunin odchodzi z “Wysokich Obcasów”. W akcie protestu powinienem przestać kupować “Wysokie Obcasy”, ale nie da się – są w pakiecie ze Świąteczną. (Gwoli ścisłości, Świątecznej też nie kupuję – podczytuję u rodziców). Tak czy owak, WO będzie można teraz śmiało odkładać na makulaturę prosto po przyniesieniu z kiosku.

Kinga Dunin zredagowała natomiast książeczkę “Polityka Literatury” z serii Krytyki Politycznej, składającą się głównie z tekstów, które już kiedyś ukazały się na łamach KP i innych periodyków. Niektóre z nich pamiętam, niektóre mi jakoś umknęły – do tych ostatnich zalicza się jadowicie krytyczny esej Elizy Szybowicz na temat “Lali” Jacka Dehnela (fragment tu). Przy okazji przejrzałem sobie polemikę, jaka rozgorzała po eseju Szybowicz – i najbardziej rozbawiło mnie oburzenie, że ktoś się ośmiela krytykować dzieło sztuki z punktu widzenia klasowego.

Szybowicz pisze:

Polski dyskurs publiczny podtrzymuje snobistyczne nawyki pamięci zbiorowej, której kanon – bez względu na rodowód nosicieli – jest „szlachecki”, ale jego klasowość uchodzi za uniwersalność. Jacek Dehnel o tym wie i brawurowo zbiera punkty za pochodzenie. 

Dehnel dostał nagrodę redakcji “Polityki”. W tejże “Polityce” – piśmie o proweniencji podobno lewicowej – można było przeczytać niedawno cykl ociekających lukrem artykułów o polskich arystokratach. Czytając je, miałem ochotę podrzeć gazetę. Niewiele rzeczy wkurza mnie w podobnym stopniu, co chwalenie się przez rozsądnych i sympatycznych skądinąd ludzi szlacheckim (a już tym bardziej arystokratycznym) pochodzeniem. Oczywiście nie ma nic złego w pamięci dla własnych korzeni rodzinnych, nie ma nic złego w przechowywaniu w rodzinnej pamięci osób naprawdę zasłużonych, ale zbyt często to podkreślanie szlacheckich korzeni służy tak naprawdę wywyższaniu się i wykluczaniu plebsu.

W poprzedniej notce pisałem o szwedzkim modelu społeczeństwa. Może i ma on swoje wady, może i prowadzi do wypaczeń – ale jakże sympatyczniejsze jest społeczeństwo, w którym nikt nie wstydzi się, że jego przodkowie byli chłopami, ani nie wywyższa, że kiedyś tam dostali jakiś papierek od króla.

Przeczytane: Maciej Zaremba Bielawski "Higieniści"

Minirecenzje książkowe pojawiały się na moim blogu właściwie od jego początku, ale tak sobie pomyślałem, że można by z nich zrobić coś w rodzaju cyklu (miał być pod nazwą “Zawyżamy średnią”, ale stwierdziłem, że jednak mimo wszystko trzeba mieć jakieś ograniczenia w poziomie słodzenia sobie, snobizmu i sztampy). Zaczynamy więc od “Higienistów” Macieja Zaremby.

Zaremba już “Polskim hydraulikiem” awansował do listy moich ulubionych autorów. To jest jeden z niewielu pisarzy, jakich kojarzę, którzy mają moralną odwagę pisać coś, co tak naprawdę może być skierowane przeciw swojemu paradygmatowi ideowemu. Jest pełno konserwatystów jadących po politycznej poprawności, radykałów nabijających się z Kościoła albo socjalistów krytykujących neoliberalizm. Ale pisarz, niewątpliwie o światopoglądzie bliższym lewicy, który zwraca uwagę na np. nadużycia szwedzkiej poprawności politycznej? W tym wywiadzie dziennikarka aż pyta Zarembę – jak on może coś takiego publikować w Polsce? Że to woda na młyn PiS i konserwatystów. I dostaje bardzo piękną odpowiedź: Ja taki jednak wyciągam wniosek z historii, że przemilczanie tego, co może być “wodą na młyn”, mimo szlachetnych pobudek, na ogół się mści. 

“Higieniści” to jest jedna z najbardziej inspirujących i dających do myślenia książek, jakie przeczytałem ostatnimi czasy. Właśnie dlatego, że skandynawski model społeczny stał się dla liberalnej lewicy, do której mniej więcej sam się zaliczam, czymś w rodzaju Świętego Graala. Zaremba pisze o ciemnej stronie tego modelu. Nie chodzi już nawet o same prawa o sterylizacji “niepotrzebnych”, ale o mechanizm społeczny, który do uchwalenia tych praw doprowadzał. Bezkrytyczne przekonanie o własnej wyższości moralnej. Bezkrytyczne przekonanie o prawie do dysponowania życiem (a przynajmniej rozrodczością) innych osób, gdyż prawo jednostki musi być podporządkowane dobru całego społeczeństwa. I brak jakichkolwiek mechanizmów kontrolnych. Kontroli nie sprawowały ani niezależne sądy (Zaremba twierdzi, że w Szwecji niezależnej władzy sądowniczej tak naprawdę nie było), ani niezależne instytucje takie jak Kościół (szwedzki Kościół był całkowicie podporządkowany państwu), ani opozycja polityczna (w szwedzkim homogenicznym społeczeństwie, które postrzegano jako jedną całość, nie było miejsca na partie reprezentujące poszczególne grupy interesów czy światopoglądy), ani sami lekarze (gdyż również służba zdrowia była podporządkowana państwu).

Zaremba zwraca też uwagę na fakt, że programy sterylizacji “niedostosowanych” rozwinęły się właściwie wyłącznie w krajach protestanckich (Skandynawia, Niemcy, Szwajcaria, USA) oraz w Japonii. Weberowski “duch kapitalizmu” staje się zatem duchem braku współczucia i wykluczenia – zarówno w państwie wolnokonkurencyjnym (USA) jak i socjaldemokratycznym (Skandynawia). Kraje katolickie, wolne od doktryny predystynacji, były na programy eugeniczne impregnowane.

Dzisiaj programy sterylizacyjne są jednoznacznie potępione z moralnego punktu widzenia – ale przecież zmagamy się z wieloma innymi wcale nie tak odległymi dylematami etycznymi, od aborcji przez eutanazję czy in vitro po inżynierię genetyczną. Przecież sam pan prezydent, kiedy jeszcze nie był prezydentem, wypowiedział się w sposób jak najbardziej zbliżony do bohaterów książki Zaremby. Mniejsza zresztą o Komorowskiego – chodzi o obranie takiego drogowskazu etycznego, który pozwoliłby naszym dzieciom za kilkadziesiąt lat nie wstydzić się za nas. Katolicy z wyborem takiego drogowskazu nie mają problemu – a my, liberalni lewicowcy?

Do oryginalnego szwedzkiego wydania “Higienistów” Zaremba dopisał dwa rozdziały o historii eugeniki w Polsce. Samo odkrycie, że jeden z głównych propagatorów eugeniki w Polsce, Tomasz Janiszewski, był pierwowzorem doktora Judyma, i próba zreinterpretowania w świetle tej informacji “Ludzi bezdomnych”, w pełni usprawiedliwiają 47 złotych wydane na tę książkę.

Rozczarowanie roku

Co należy sądzić o polityku, który na przestrzeni roku:

– najpierw prowadzi (bardzo udanie zresztą) kampanię przekonującą do wyboru Jarosława Kaczyńskiego na prezydenta,

– potem zakłada partię zrzeszającą polityków wypchniętych z PiS, ale mającą na celu być alternatywą zarówno dla PiS, jak i PO – i zostaje jej liderem,

– potem, zaraz po zjeździe swojej partii – pojawia się na kongresie PO i ogłasza swoje wstąpienie do niej?

Mniejsza o wolty programowe, chociaż naprawdę jest trudne do zrozumienia, jak można było rok temu uważać Jarosława Kaczyńskiego za najlepszego możliwe przywódcę narodu polskiego, a dzisiaj wstępować do partii, która właśnie antykaczyzm przyjęła jako swój sztandar. Ale lojalność, pani Joanno, zwykła lojalność? Jak mogła Pani to zrobić tym, którzy zdecydowali się dalej ciągnąć ten wózek pt. Polska Jest Najważniejsza? Tym wyborcom, którzy poważnie traktowali Wasze zapewnienia, że chcecie stworzyć alternatywę dla Platformy i PiS? Nie dość, że spieprzyła Pani wszystko, co było do spieprzenia przez ostatnie pół roku, to jeszcze teraz Pani dopuszcza się zwykłej zdrady – kolegów, wyborców, wartości. I w sumie w imię czego?

Joanna Kluzik-Rostkowska i Bartosz Arłukowicz byli w nielicznej grupce polityków, których – niezależnie od afiliacji partyjnej – lubiłem, ceniłem i przeważnie się z nimi zgadzałem. Byli. Arłukowicza jeszcze jestem w stanie zrozumieć – Napieralski naprawdę go odsuwał na dalszy plan w SLD. Ale JKR? Kredyt trzeba spłacać, a frank drożeje? Bo inaczej jej ostatniego ruchu zrozumieć w stanie nie jestem.

KKZ sprawiła, że mam ochotę zostać mężem

Katarzyna Kolenda-Zaleska płacze, że straszenie niebezpieczeństwem sfałszowania wyborów to pogarda wobec własnego państwa, a przecież największym problemem Polaków jest brak zaufania – i cieszy się, że PiS nie może znaleźć chętnych mężów zaufania. Ruszył mnie ten tekst, z trzech powodów. Po pierwsze, bo przypomniałem sobie atmosferę z 2007 roku, kiedy to różni, z pozoru nawet rozsądni ludzie byli skłonni przekonywać, że PiS władzy raz zdobytej nie odda i jest gotów w jej obronie posunąć się nie wiadomo jak daleko. Po drugie, bo gdy się narzeka na brak aktywności obywatelskiej Polaków, to cieszenie się, gdy nie chcą być mężami zaufania (co niewątpliwie jest przejawem aktywności obywatelskiej) jest przejawem ciężkiej hipokryzji.

Po trzecie wreszcie, w całym tym tekściku KKZ nabija się z PiS – który rzeczywiście pewnie wyolbrzymia zagrożenie i szykuje sobie dogodne usprawiedliwienie – ale słowem nie odnosi się do przesłanek, na których PiS swoją tezę buduje. A przecież faktem jest, że w Wałbrzychu wybory sfałszowano, na korzyść kandydata PO jak najbardziej. Pytanie, czy była to prywatna inicjatywa Kruczkowskiego, czy odbyło się to za wiedzą kierownictwa partii pozostaje bez odpowiedzi, ale w każdym razie nie zauważyłem, żeby Platformie zależało na rozwianiu wątpliwości w tej sprawie. Fatalne wrażenie robią na mnie hocki-klocki z dwudniowymi wyborami. Niezależnie od tego, czy w ogóle dwudniowe wybory mają jakikolwiek sens i czy prowadzą do zwiększenia frekwencji, sytuacja, w której to prezydent każdorazowo decyduje, czy głosowanie trwa jeden, czy dwa dni, jest po prostu zaproszeniem do manipulacji. Ja w ogóle nie rozumiem, jak taki przepis mógł się w kodeksie wyborczym znaleźć i mam nadzieję, że Trybunał to uwali – inaczej otwiera się prosta ścieżka do manipulacji czasem głosowania i ogłaszania wyborów dwudniowych, gdy prezydentowi będzie zależało na zwiększeniu frekwencji, albo jednodniowych, jeśli na wyższej frekwencji zależeć mu nie będzie. Naprawdę nie rozumiem, że nikt z dziennikarzy sprzyjających Platformie nie widzi, że to jest typowy gerrymandering – chyba że widzą, ale w imię zwalczania kaczyzmu to przełykają. Nie wiem w sumie co gorsze.

Brzydzi mnie szukanie na siłę fałszerstw wyborczych, jak to robił np. po wyborach samorządowych Janusz Wojciechowski, a co kapitalnie wyśmiał Jarosław Flis. Ale brzydzi mnie też udawanie, że Wałbrzycha nie było i problem uczciwości wyborów w Polsce w 2011 nie istnieje. I dlatego mam szczerą ochotę zostać mężem zaufania. To pewnie strasznie nudne zajęcie, ale może jednak warto.