O drugim miejscu, czyli pochwała Tour de France

Dzisiaj Tour de France zaczyna się naprawdę.

Muszę powiedzieć, że serdecznie nie znoszę amerykańskiego (chociaż to raczej jest karykatura pod tytułem Jak mały Jasio wyobraża sobie Amerykę) podejścia do sportu, według którego liczy się tylko zwycięzca i nikt nie pamięta, kto zajął drugie miejsce. W myśl tego podejścia naprawdę wielcy sportowcy, którzy przez całe dekady byli prawdziwymi mistrzami w swojej specjalności, ale mieli nieszczęście natrafić na lepszych od siebie, są kwalifikowani jako pospolici loserzy. Wystarczy wejść na byle forum o NBA, żeby przeczytać, że loserem jest nie tylko LBJ, nie tylko Nowitzki (tegoroczne play-offy wielu postawiły w klasycznej sytuacji dysonansu poznawczego), nie tylko Garnett (wygranie ligi z Celtami się nie liczy), ale także Stockton z Malone’em i w ogóle połowa gwiazd lat 90., która miała pecha mierzyć się z Bykami Jordana i Pippena. Zresztą Pippen to też loser, bo nic bez Jordana nie wygrał. (Argument, że Jordan bez Pippena też nie, jakoś dziwnie nie działa).

Dyskutowaliśmy ostatnio o rzeczonym podejściu na FB i zeszło właśnie na Tour de France. I właśnie ta dyskusja zainspirowała mnie do stwierdzenia, że jednym z wyznaczników rangi imprezy sportowej jest właśnie to, ilu jej bohaterów się pamięta. Z tego punktu widzenia TdF jest niewątpliwie jedną z największych imprez sportowych świata. Mimo że na najwyższym podium w Paryżu staje tylko jeden kolarz, każdy wyścig kreuje kilku czy nawet kilkunastu bohaterów. Sprinterów, czasowców, specjalistów od dramatycznych ucieczek. Tych, którzy walczą o zwycięstwa etapowe w górach. I wreszcie – bohaterów rywalizacji o żółtą koszulkę.

Ci, którzy jej nie zdobyli, też są elementem legendy Touru. Myślę, że tylko najzacieklejsi fani kolarstwa kojarzą nazwiska Luciena Aimara czy Rogera Pingeona, za to każdy szanujący się kibic wie, kto to był Raymond Poulidor. Jego rywalizacja z Anquetilem i później Merckxem tworzyła legendę wyścigu – i Poulidor ma w tej legendzie miejsce nie mniej istotne jak dwóch pięciokrotnych zwycięzców. Nie byłoby legendy Induraina bez jego wielkich rywali – Chiappucciego, Romingera, Züllego. Ullrich w moim przekonaniu zapisał się w historii wyścigu wcale nie przede wszystkim, gdy rozgromił rywali w 1997, ale gdy uporczywie (i bez powodzenia) gonił Armstronga w następnych wyścigach. Podobnie teraz – zgaduję, że Andy Schleck nigdy nie wygra Touru, ale nie sądzę, żeby jakikolwiek miłośnik kolarstwa zapomniał o nim.

Oczywiście TdF nie jest jedyną rywalizacją sportową, w której jest miejsce dla pamięć o pokonanych – podobnie jest z piłkarskimi mistrzostwami świata. Trzydzieści lat minęło, a do dziś Holandia Cruyffa albo Brazylia ’82 są pamiętane, podziwiane i kochane, mimo tego, że przecież nic nie wygrały. Można by takich imprez wymieniać więcej.

Wizja sportu, w której liczy się tylko zwycięzca i nikt nie pamięta, kto zajął drugie miejsce, jest po prostu bardzo uboga. Niech sobie jej zwolennicy żyją w swoim świecie, ja tam nie mam problemu z pamiętaniem o Romingerze, Ugriumowie, Züllem, Virenque, Belokim, Evansie… Dostarczyli mi – i dziesiątkom tysięcy fanów kolarstwa na całym świecie – mnóstwa emocji i wzruszeń.

A teraz idę oglądać Tourmalet.