Pomysł dla Franciszka Smudy

Z rozlicznych problemów Franciszka Smudy najbardziej palący jest rozpaczliwy brak środkowych obrońców. Trwa rozpaczliwa łapanka na każdego, kto mógłby dostać polski paszport i choć trochę nadaje się do roli stopera, ale jakoś potencjalne obiekty łapanki wcale się do gry w polskiej kadrze nie palą (vide Damien Perquis ostatnio).

Tymczasem we wczorajszym meczu z Villarrealem Barcelona, z braku Puyola i Pique, wystawiła jednego nominalnego obrońcę (Erica Abidala). Formację obronną tworzyli wraz z Francuzem defensywni pomocnicy Busquets i Mascherano. Efekt? 5:0 dla Katalończyków.

Może skoro Guardiola nie mając środkowych obrońców, mogąc ich kupić, nie robi tego, tylko wykorzystuje tych zawodników, których już ma w składzie i przekwalifikowuje ich do gry na innej pozycji, to to samo – zamiast kupować różnych Perquisów i Arboledów – mógłby robić Franciszek Smuda?

Wpis jest oczywiście trochę z przymrużeniem oka. Ale tylko trochę.

Platforma stchórzyła

Tak, stchórzyła, bo wycofała się ze świetnego pomysłu debat z PiS – w momencie, kiedy okazało się, że rywalem w debacie o finansach nie będzie Beata Szydło, tylko Zyta Gilowska.

Oczywiście debata z Beatą Szydło byłaby po prostu niehumanitarna, gdyż ta pani nie jest osobą nadającą się do poważnej rozmowy na jakikolwiek temat. Z Gilowską byłoby inaczej, to jest na pewno przeciwnik bardzo poważnego kalibru. Z drugiej strony, Gilowska nie mogłaby sobie opowiadać dyrdymałków, co ona zrobi po przejęciu władzy przez PiS, bo ona już odpowiadała za finanse państwa i podejmowała w czasie swojego ministrowania konkretne działania. I dlatego debata z nią mogłaby być kapitalną okazją do rozliczenia rządu PiS za katastrofę w finansach publicznych, której nie zapobiegł wtedy, gdy była ku temu okazja – i którą zwalił na głowę następnemu rządowi.

Gdybym był ministrem Rostowskim, zadałbym Zycie Gilowskiej dwa proste pytania:

1. Jakie działania podjęła w latach 2005-2007 w celu obniżenia deficytu finansów publicznych?

2. Jak się mają jej działania, zwłaszcza likwidacja trzeciego progu podatkowego i obniżenie składki rentowej, do deklarowanej przez PiS “troski o najbiedniejszych”, “solidarnego państwa” czy jakie tam hasło obowiązuje na obecnym etapie?

Problem polega na tym, że żeby zadać te pytania, Platforma musiałaby zakwestionować dogmat, że obniżanie podatków zawsze jest dobre (pewnie, że już go kwestionuje czynami, ale jednak co innego robić, a co innego otwarcie o tym mówić), no i jeszcze narazić się tym, którzy zyskali na likwidacji trzeciego progu – a to są jednak przeważnie jej potencjalni wyborcy. Ale moim zdaniem i tak warto by było, bo jeśli raz na zawsze przekona się opinię publiczną, że obecna dramatyczna sytuacja finansów publicznych jest w dużej mierze winą zaniechań i błędnych decyzji podjętych w czasach rządów PiS, to o wiele łatwiej byłoby rozmawiać o OFE czy podwyżce VAT.

Cóż, Platforma marnuje okazję.

Za ile pojechalibyście do Machaczkały?

Samuel Eto’o będzie grał w Anży Machaczkała, na stole leży propozycja dla Daniego Alvesa. W dyskusji nad transferem Kameruńczyka, i w ogóle w różnych dyskusjach nad transferami, zawsze pada pytanie w stylu: Co się dziwicie? Kto z Was zrezygnowałby z propozycji dwukrotnie wyższych zarobków? Otóż ja się tam jednak dziwię.

Zarabiam trochę mniej niż Eto’o czy Alves, i teoretycznie użyteczność wyższego wynagrodzenia powinna być dla mnie większa niż dla nich – a jednak gdyby ktoś złożył mi propozycję przeniesienia się do innego miasta w Polsce za dwukrotnie wyższe wynagrodzenie niż obecnie, raczej bym propozycji nie przyjął. (Chyba że praca sama w sobie byłaby wyjątkowo fajna i atrakcyjna). A do takiego Dagestanu… żebym w ogóle zaczął się zastanawiać nad taką ofertą, musiałaby opiewać na kwotę o rząd wielkości wyższą niż moje obecne wynagrodzenie. Dlaczego więc piłkarscy krezusi, którzy mogliby już do końca życia utrzymywać się na niezłym poziomie z odsetek, łykają takie propozycje?

Oczywiście rozumiem, że może zachowuję się jak target “Faktu”, który oburza się zarobkami członków rządu na poziomie kilkunastu tysięcy złotych, gdyż dla niego są to niewyobrażalne kwoty. Dla mnie podobnie niewyobrażalne są wynagrodzenia rzędu kilkuset tysięcy euro miesięcznie (swoją drogą to aż zabawne: premier, od którego zależą perspektywy kilkudziesięciu milionów ludzi, zarabia dwieście razy mniej niż jakiś kopacz, od którego zależy… właściwie co? Dopiero stawiając takie porównanie, widzimy, jak absurdalne są stawki w światowej piłce). Być może dla Alvesa czy Eto’o dodatkowe kilkaset tysięcy euro miesięcznie to jest kwestia decydująca o spełnianiu potrzeb z kolejnego poziomu piramidy Maslowa. Ale to nie jest normalne.

Za łatwo rozgrzeszamy chciwość, za łatwo traktujemy chciwość jako normalną. To oczywiście nie tylko sportu dotyczy.

Często w takich dyskusjach pojawia się argument, że piłkarz musi maksymalizować swoje dochody, bo musi zarobić na całe życie po karierze sportowej. Otóż: po pierwsze, piłka jest w tej chwili tak rozbudowanym biznesem, że oferuje naprawdę wiele miejsc pracy dla byłych sportowców. Trener, działacz, sędzia, scout, komentator, agent – wszędzie można wykorzystywać swoje nazwisko i doświadczenie i zarabiać… może nie kilkaset tysięcy euro miesięcznie, ale tyle, żeby spokojnie wystarczyło na życie bez naruszania kapitału. Po drugie – nawet poza biznesem piłkarskim (czy ogólnie: sportowym) nazwisko i marka wyrobiona na boisku oraz różne umiejętności zdobyte dzięki uprawianiu sportu mogą być kapitalnym punktem wyjścia do kariery, o wiele bardziej istotnym niż formalne wykształcenie. (Chyba nigdy WO nie okazał się tak totalnym ignorantem jak wtedy, gdy użalał się nad biednymi sportowcami, którzy zmarnowali najlepsze lata kariery zawodowej i teraz cierpią nędzę – i jedynym przykładem, jaki udało mu się znaleźć, była Agata Wróbel, która akurat dokładnie jego tezę obalała). Po trzecie – ja też nie mam zielonego pojęcia, czy będę pracował w swoim zawodzie za kilkanaście lat, czy będę musiał przekwalifikować się i zdobywać od nowa doświadczenie w nowej dziedzinie. Nikt z nas zresztą nie ma. To jest jeden z powodów, dla których tak staram się zarządzać swoimi finansami, żeby bez problemu przeżyć sytuację, że w przyszłości będę zarabiał wyraźnie mniej niż obecnie. Czy sportowcy tak robią? 78% gwiazd NFL i 60% gwiazd NBA bankrutuje w kilka lat po zakończeniu kariery. Dla mnie to jest po prostu niepojęte.

Żal do Oswalda Balzera

Czytam sobie po raz kolejny przewodnik Nyki po Tatrach (jedna z najważniejszych książek mojego życia, serio, i gdyby nie to, że mając może dziewięć lat znalazłem ją u rodziców na półce, to pewnie w życiu nie dotarłbym w Pireneje, Pirin czy inną Szar Płaninę; żeby było ciekawiej, w samych Tatrach ostatnio byłem lat temu… szesnaście*) i na jedną rzecz, w sumie dość oczywistą, dopiero teraz zwróciłem uwagę.

Każdemu, kto jedzie Drogą Wolności (a choć nie bywam w Tatrach, jeżdżę nią dość często – wiedzie nią najkrótsza droga np. do Słowackiego Raju, Aggteleku, na wschodnie Węgry i w Karpaty Rumuńskie) rzuca się w oczy różnica między słowackimi miasteczkami tatrzańskimi a Zakopanem. (Ok, w sumie w Zakopanem ostatnio byłem za prezydentury Lecha Wałęsy,  ale nic nie słyszałem, żeby coś się istotnie zmieniło). Łomnica czy Smokowiec są spójne architektonicznie, czyste, niezatłoczone – zupełnie odwrotnie niż stolica polskich Tatr. Mają sprawnie działającą, ekologiczną komunikację publiczną – znów zupełnie inaczej niż w Polsce.

Różnica polega na tym, że słowackie (wtedy należące do Węgier) miasteczka, wraz z całą swoją infrastrukturą, zostały odgórnie zaprojektowane przez węgierski rząd i organizacje turystyczne; Zakopane natomiast było wioską góralską, która niespodziewanie dla samej siebie stała się centrum turystyki po północnej stronie Tatr i przeżyła w związku z tym burzliwy, spontaniczny i kompletnie pozbawiony jakichkolwiek ram architektonicznych rozwój. I ten stan trwa do dzisiaj.

Oczywiście otwiera się pytanie, czy można było inaczej. Pewnie nie – na początku XX wieku różnica możliwości państwa węgierskiego (wystarczy przejść się po Budapeszcie, albo choćby po prowincjonalnym Marosvasarhely, żeby sobie je uświadomić) a Galicji była ogromna. Gdyby było inaczej, może byśmy mogli sobie zbudować jakieś Smokowce i Łomnice na Głodówce i Wierchporońcu, zamiast rozbudowywać okropne Zakopane. Ale… to będzie bardzo niepatriotyczne, co powiem, ale porównując Zakopane i Łomnicę, porównując tłumy w Dolinie Rybiego Potoku z ciszą, jaką zapamiętałem z Doliny Białej Wody czy Jaworowej, cieszę się z takich a nie innych rozstrzygnięć w konferencji w Spa – żałując jednocześnie, że Oswaldowi Balzerowi udało się przekonać sędziów w Grazu.

 

* Nie licząc krótkiego pobytu w Orawicach i Zubercu dziewięć lat temu.

Karać za korupcję, ale nie wszystkich

Przyznaję, że mało spraw mnie tak ostatnio zniesmacza, jak sprawa kary za korupcję nałożonej przez PZPN na Łukasza Piszczka – a w szczególności reakcji na tę karę. 

Do tej pory dziennikarze zajmujący się piłką nożną nie mieli szczególnych wątpliwości co do tego, jak postępować z piłkarzami, którym udowodniono korupcję – zawieszać, dyskwalifikować, nie powoływać do reprezentacji, kluby degradować. Nie było mowy o jakimś ważeniu zasług i winy – ot, ten, kto był winien korupcji (czy choćby tylko podejrzany, media nie czyniły tu specjalnego rozróżnienia) zasługiwał na jednoznaczne potępienie. Przypomnijmy choćby, jak Wyborcza domagała się od kibiców Lecha odcięcia od Piotra Reissa – jakby wszystkie lata rozegrane przez Reissa na Bułgarskiej i bramki przez niego strzelone w ogóle przestały się liczyć z powodu jednego czy dwóch przehandlowanych meczów.

Teraz jednak niestety padło na zawodnika, który jest w tej chwili zdecydowanie najlepszym polskim piłkarzem, ważnym ogniwem w drużynie rewelacyjnego mistrza Bundesligi i kluczowym elementem reprezentacji w perspektywie Euro 2012. I różni Katonowie głównie… relatywizują jego winę i pomstują na zły PZPN, że śmiał go ukarać. Bo w 2006 roku Piszczek był młodą, zabłąkaną owieczką, która nie miała pojęcia, że korupcja jest zła, a nawet jeśli miała, to nie potrafiła przeciwstawić się woli starszych kolegów z drużyny.

Postawa Piszczka budzi we mnie, odwrotnie niż u Jacka Sarzały, niesmak. Obrońca Borussii hardo nie chce się odwoływać od bezwzględnej dyskwalifikacji nałożonej przez PZPN, wiedząc, że jeśli będzie grał w klubie, to i tak przecież miejsca w reprezentacji Smudy nie straci. Nie będzie więc przyjeżdżał na jesienne mecze towarzyskie, dzięki czemu znajdzie trochę czasu na odpoczynek tej wyczerpującej dla Borussii jesieni. Zobaczymy, co zrobi, gdy się okaże, że kara jednak obejmuje także Bundesligę i Ligę Mistrzów – jakoś dziwnie sądzę, że mu zmięknie rura. Chyba że PZPN przestraszy się krzyku dziennikarzy, że najlepszemu polskiemu piłkarzowi łamie się karierę i że PZPN działa, jak zwykle, na szkodę polskiej piłki.

Szybki wpis o edukacji

Przejrzałem właśnie Wyborczą, a tam wywiad z prezydentem Kwaśniewskim. Wywiadowcą jest Stasiński Drugi, co samo w sobie jest symbolem, jak mało dziś Kwaśniewski znaczy – jeszcze niedawno taki wywiad robiłby jak nie sam Adam Michnik, to przynajmniej Jarosław Kurski. Mniejsza z tym, wśród wielu truizmów znalazłem jeden ciekawy passus. Prezydent mówi o tym, że jednym z priorytetów dla Polski powinna być edukacja, i dodaje, co przez to rozumie: każdy osiemnastolatek powinien mówić dwoma językami obcymi.

Ok, języki obce są ważne. Ale jeśli edukacja będzie ograniczać się do języków obcych, to będziemy dalej dostawcą siły roboczej do angielskich i irlandzkich zmywaków – o ile kryzys światowy się nie przedłuży i ktoś ich tam dalej będzie chciał zatrudniać.

Pewnie to jest skrót myślowy pana prezydenta. Ale bardzo charakterystyczny, pokazuje bowiem, jak bardzo jest niewolnikiem kategorii myślowych z lat 90. Wtedy rzeczywiście musieliśmy nadrabiać braki w znajomości języków obcych – ale z drugiej strony, mieliśmy przyzwoity poziom szkolnictwa ogólnokształcącego, technicznego i zawodowego, dający nam przewagę konkurencyjną nad innymi krajami. W tej chwili znajomość języków obcych się zdecydowanie poprawiła, gorzej z wiedzą z matematyki i nauk przyrodniczych. Władze polskiej edukacji zdały sobie już z tego chyba sprawę – ale prezydent dalej żyje w świecie kategorii obowiązujących w czasach, gdy pierwszy raz starał się o prezydenturę.

 

Przegraliśmy, ale nie do końca?

Pisałem kilka lat temu (tak, ten blog ma już kilka lat, sam się dziwię) o przegranej bitwie o pamięć o powstaniu warszawskim. Nie, żeby przez te pięć lat coś się bardzo zmieniło. Rocznica powstania staje się coraz bardziej jakimś festynem, w którym kompletnie gdzieś ginie pamięć o tych tysiącach pomordowanych na Woli i przeżywających gehennę na Starym Mieście. W sumie co mnie to obchodzi, warszawiakom się podoba.

W tym roku jednak coś się zmieniło. Nie wiem, jaki impuls powodował ministrem Sikorskim, że umieścił słynny wpis na Twitterze i czy taki sam pogląd na temat powstania miał, kiedy był ministrem w rządzie PiS. Tak czy owak, po latach obowiązującej jednomyślności wytworzyła się jakaś dyskusja – mimo zaklęć zwolenników kultu powstania, że nie może być w ogóle o nim dyskusji albo że rocznica to nie odpowiedni czas na dyskusje (ciekawe, jaki jest bardziej odpowiedni?).

Oczywiście sama wypowiedź Sikorskiego nic nie znaczy – zwłaszcza że zdystansowało się od niej także wielu polityków PO. Nic nie znaczy też wygwizdanie polityków PO na uroczystościach powstańczych. Ale – o ile generalnie uważam, że patrzenie na wszystko przez pryzmat wojny platformersko-pisowskiej jest szkodliwe i uniemożliwia jakąkolwiek dyskusję, o tyle w przypadku powstania warszawskiego wygląda na to, że tę dyskusję może umożliwić. Cynicznie rzecz biorąc, powiedziałbym, że jeśli powstanie zacznie się kojarzyć z Jarosławem Kaczyńskim krzyczącym na Sikorskiego albo z weteranami gwiżdżącymi na platformersów, droga do jego demitologizacji zostanie otwarta.