Desanktyfikacja Nalaskowskiego

Kiedyś zdarzyło mi się czytać księdza Tischnera i bodaj w jego wywiadzie rzece z Żakowskim znalazłem ideę rozróżnienia między sacrum i sanctum. Słowami Anny Karoń-Ostrowskiej:

Sacrum jest, według fenomenologii religii, doświadczeniem religijnym tremendum et fascinosum, doświadczeniem zarazem grozy i fascynacji tym wszystkim, co wykracza poza sferę racjonalności, zmysłowości, poza widzialny świat. Sanctum jest natomiast doświadczeniem bezinteresownej, nadprzyrodzonej dobroci, bycia dobrym. I tak jak sacrum opisuje istotę każdej religijności, zwłaszcza jej formalnego wymiaru, tak sanctum najlepiej oddaje ducha chrześcijaństwa poprzez wezwanie do dobroci – zarówno nadprzyrodzonej dobroci Boga, który sam jest Dobrocią, jak i do ludzkiego, prostego doświadczenia stawania się dobrymi dla siebie nawzajem. 

I sam Tischner:

Sanctum to świętość i dobro. Zginasz kolana przed dobrem i miłością. Ale jest to coś więcej niż przeżycie estetyczne. Możesz to bardzo dobrze obserwować w sztuce. Na przykład ikona to jest sanctum, a nie sacrum. Natomiast z drugiej strony masz Nietzschego albo Hieronima Boscha, który ci pakuje misterium tremendum i fascinosum, masz całą religijność barokową z tańcami śmierci. Jean Delumeau, pisząc Strach w cywilizacji zachodnioeuropejskiej, krok po kroku dokumentował, jak sacrum wypierało elementarne doświadczenie sanctum. (?) I wszystkie tendencje totalitarne w Kościele są związane z sakralizacją zastępującą sanktyfikację. Dlatego w pewnym sensie desakralizacja jest konieczna, żeby można było świat sanktyfikować. (?) 

Trochę mi nie wypada jako agnostykowi cytować Tischnera, ale dzisiaj przeczytałem zupełnie kuriozalny tekst Aleksandra Nalaskowskiego w “Rzeczpospolitej”:

Ale Nergal Biblię podarł naprawdę! To nie była jej atrapa, to była prawdziwa Święta Księga. Żyjemy w kraju, w którym za zabicie konia dla potrzeb sceny filmowej można pójść do więzienia (albo mieć nieprzyjemności bodaj), a wśród końcowych napisów często spotyka się zdanie: „Realizatorzy filmu oświadczają, że w trakcie kręcenia scen batalistycznych żadne ze zwierząt nie ucierpiało”. W tym samym kraju, naszym kraju, nie chroni się tego, co jest obok barw narodowych i orła w koronie najsilniejszym znakiem naszej tożsamości.

Krótko mówiąc, Nalaskowski oburza się, że żywej, czującej istocie nie można bezkarnie zadać cierpienie, natomiast można bezkarnie spalić kilkadziesiąt arkuszy zadrukowanego papieru. Ok, ten papier jest dla większości ludzi w naszym kraju księgą świętą i ze względu na szacunek dla uczuć tych ludzi palenie Biblii należy stanowczo potępić. Ale taka hierarchia wartości – w której egzemplarz Biblii zasługuje na większą ochronę prawną niż żywy koń – jest dla mnie po prostu zdumiewająca. I właśnie chyba coś takiego miał na myśli Tischner, gdy mówił o “sakralizacji zastępującej sanktyfikację”.



Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s