Piętnaście piosenek mojego życia, dokończenie

Końca świata nie było, dzięki czemu możemy kontynuować poprzedni wpis:

 

CamelRose of Sharon. Po raz pierwszy usłyszane – 29 marca 1992 roku, w Rocku Malowanym Fantazją Piotra Kosińskiego. Słyszałem wcześniej, że jest taki zespół Camel, nawet poczyniłem pewne kroki, żeby się nim zainteresować – niestety, zacząłem od Stationary Traveller i Nude i żadna z nich nie zrobiła na mnie specjalnego wrażenia. Dlatego też gdy Piotr Kosiński w jednej ze swoich pierwszych audycji zapowiedział prezentację albumu Dust and Dreams, podszedłem do tego bez specjalnych emocji. Trzy godziny później totalny zachwyt comebackiem Wielbłąda mieszał się z wkurzeniem na siebie, że całej audycji nie nagrałem. Nabiegałem się później za piracką kasetą (przy okazji kompletując całą dyskografię – wkrótce Camel na długo stał się moim Oficjalnie Ukochanym Zespołem), żeby ją zaraz nieopatrznie pożyczyć koledze i nie zobaczyć przez pół roku…

Dust and Dreams to przede wszystkim wspaniałe partie instrumentalne, ale mnie zawsze najbardziej wzruszał właśnie ten duecik Mae McKenna i Davida Patona – z przepięknym tekstem Susan Hoover. Wyrwany z kontekstu może się wydawać przesłodzony, ale znającym całą płytę (zwłaszcza jeśli po jej przesłuchaniu przeczytali Grona gniewu) wyciska łzy z oczu.

 

Talk TalkI Don’t Believe In You. Po raz pierwszy usłyszane: chyba wiosna 1992 (w sumie nie wypadałoby poznać TEJ płyty o innej porze roku), z kasety przyniesionej z nagrywalni. Aż wstyd się przyznać, ale jeszcze kilka miesięcy wcześniej nazwa Talk Talk kojarzyła mi się wyłącznie z neoromantyczną łupanką* i dziwiłem się, o czym ten Beksiński czy inny Szadkowski pisze, zestawiając ich obok King Crimson czy VdGG. Poznanie Colour of Spring i (zwłaszcza) Laughing Stock (Spirit of Eden posłuchałem dopiero później) to był znów moment otwarcia się na zupełnie inny świat muzyczny – bez przejścia przez Talk Talk nie słuchałbym później no-man czy Sigur Ros, oczywiście zakładając, że one by w ogóle istniały…

Ktoś się skarżył w komentarzach na FB pod poprzednią notką, że za bardzo rozciągam określenie “piosenka”. Otóż  o ile uwielbiam impresje muzyczne Talk Talk (sięgające, jak pierwsza strona Spirit of Eden, nawet dwudziestu paru minut), to uważam, że ich szczytowym osiągnięciem jest właśnie ta piosenka sensu stricte. Właśnie dlatego, że w piosenkowym formacie udało się Hollisowi i kolegom zmieścić całą ideę swojej muzyki.

 

* I Don’t Believe In You była nawet na liście Trójki! Niestety, w czerwcu 1986, więc zamiast słuchać ich debiutu oglądałem, jak Zico nie strzela karnego Batsowi…

 

YesClose To The Edge. Po raz pierwszy usłyszane – latem 1990, ale tak naprawdę dojrzałem do muzyki Yes dobrych parę lat później. Muzyka Yes wydaje się (relatywnie oczywiście) przystępna, ale tak naprawdę jest może najbardziej hermetyczna z wszystkich klasycznych zespołów rocka progresywnego. Gdyby nie moja wczesna fascynacja Jonem i Vangelisem oraz ABWH, pewnie nigdy nie miałbym tyle determinacji, żeby wracać do Topograficznych Oceanów i Relayerów. Wybrałem Close To The Edge, bo to przypuszczalnie najczęściej słuchany przeze mnie utwór w całym moim życiu, utwór-kwintesencja muzyki Yes i całego rocka progresywnego. 

 

no-manAngel Gets Caught in the Beauty Trap. Po raz pierwszy usłyszane: w Nocy Muzycznych Pejzaży w 1998 roku, i do tej pory nie potrafię zrozumieć, gdzie ja wtedy miałem uszy – bo kompletnie mi się to nie podobało i wręcz wkurzałem się, że Kosiak ciągle gra jakieś smęty jakiegoś ubocznego projektu Stevena Wilsona. Musiałem zachwycić się Returning Jesus, żeby wrócić do poprzednich płyt i odkryć tę perłę. Może najmniej znany utwór z całego zestawu – tylko dla wtajemniczonych w zjawisko pt. no-man, ale też dlatego zeszłoroczny krakowski sabat wtajemniczonych był przeżyciem po prostu magicznym.

 

A Silver Mountain ZionMovie (Never Made) . Po raz pierwszy usłyszane – gdzieś w 2002 roku. W tym czasie rozkwitły muzyczne listy dyskusyjne, dzięki czemu nawiązywałem kontakt (towarzyski) z wieloma ludźmi chętnymi do rozpowszechniania swoich nagrań na zasadzie dozwolonego użytku. Ktoś z nich miał właśnie płytę Silver Mountain Zion. Nic mi ta nazwa nie mówiła wtedy, ale pomyślałem, że co mi szkodzi i poprosiłem o kopię.

To był najlepszy strzał w ciemno w moim życiu. 

 

Joanna NewsomEmily. Po raz pierwszy usłyszane – 27 listopada 2006, z empetrójki. To z kolei nie był strzał w ciemno, płyta zbierała entuzjastyczne recenzje najpierw na RYM, potem na śp. forum Strawberry Fields – ale czy mogłem się spodziewać, że tak kompletnie mnie zachwyci, że stanie się wręcz obsesją?

Takich ciarków na plecach od pierwszej minuty pierwszego utworu współcześnie wydanej płyty nie przeżyłem nigdy. I dlatego Emily musi się znaleźć w tym zestawieniu, mimo że dziś jest to tylko mój drugi ulubiony utwór z Ys.

 

Joanna NewsomOnly Skin. Na dziś, 23 grudnia 2012 – utwór mojego życia. 

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s