Polska Partia Piratów

Ciężkie jest życie lewicowego wyborcy-niepopulisty.

 

W dniu, w którym Platforma po raz kolejny przypomniała, że głosując na nią dostaje się w pakiecie grupę radykalnych prawaków, którzy nie są w stanie zaakceptować nawet tak zgniłego z mojej perspektywy kompromisu jak związki partnerskie, znów z większą sympatią myślałem o głosowaniu na palikotowców.

 

Więc tego samego dnia całe popołudnie Trójka trąbi o jakimś pośle RPP, który podobno nakrył ministrów Nowaka i Rostowskiego na kłamstwie w sprawie przeznaczenia pieniędzy z fotoradarów.

 

Ta sprawa jest po prostu żałosna, jak zresztą cała kampania antyfotoradarowa w wykonaniu palikotowców. Łączne wydatki na budowę dróg wynosiły w latach 2010-12 ponad 20 mld zł każdego roku. Nawet jeśli znaczna część pochodziła z dofinansowań unijnych, to finansowanie bezpośrednio z budżetu państwa zdecydowanie przekraczało ten słynny miliard z hakiem z fotoradarów. Rostowski spokojnie więc mógłby mówić, że tak, pieniądze z fotoradarów w całości pójdą na drogi. Potem jak się okaże, że kierowcy jeździli nadspodziewanie przepisowo, rozłożyłby ręce i powiedziałby: Sorry, w takim razie pieniędzy na drogi nie ma.


Palikot musiał się naczytać o sukcesach niemieckiej i szwedzkiej Partii Piratów. Szkoda, że nie doczytał, że nie chodziło o piratów drogowych.

Napisali o nas

Angielski brukowiec zamieścił obszerny tekst o jednym z największych miast Polski. Tekst jak tekst, ostatnio byłem w Łodzi osiem lat temu (strasznie szybko czas leci), trudno mi więc powiedzieć, czy rzeczywiście Piotrkowska wymarła (wymieranie ulic to nie jest bynajmniej zjawisko specyficzne dla Łodzi), a starcy stoją w kolejkach za chlebem. Podejrzewam, znając standardy “The Sun”, że większość obrazków jest wyssana z grubego palucha.

 

Nie byłoby w tym nic ciekawego, gdyby nie reakcja w Polsce. Tekst z “The Sun” był wczoraj newsem dnia w Trójce i wpadł na główne strony portali. Rzecznik prezydent Łodzi zapowiedział wysłanie wyjaśnień, a rzecznik ambasady zapowiedział protest. Z jednej strony trudno się dziwić urzędnikom – płacą im za tworzenie dobrego wizerunku miasta i Polski i nie mogą sobie pozwolić na lekceważenie tego, co się pisze nawet w najbliższych bruku mediach, jeśli mają nakład dwóch i pół miliona egzemplarzy. Ale: już widzę, jak w Wielkiej Brytanii ktoś by się przejął tekstem o jakimś Birmingham w “Fakcie”.

 

Żałosne dla mnie jest, jak bardzo opinia Polaków o sobie zależy od tego, co myślą o nich inni. W szczególności – najbardziej plugawa bulwarówka Europy.

 

Przeczytane: Jacek Kleyff – Rozmowa

Wielkie rozczarowanie.

 

Spodziewałem się czegoś na miarę Był raz dobry świat Kelusa, wybitnej opowieści człowieka, który opowiada o świecie, w którym żył i działał, ale i o sobie. Zwłaszcza że piosenki i wiersze Kleyffa były i są dla mnie bardzo ważne. Ale rozmowa z Kelusem była głęboka – rozmowa z Kleyffem jest płytka.

 

To trochę wina braku porządnej redakcji, w efekcie czego cały wywiad wygląda na groch z kapustą – nie ma w nim porządku ani chronologicznego, ani tematycznego. (Efektem braku redakcji są też zapewne błędy merytoryczne – Kleyff twierdzi np., że w połowie lat 70. Jacek Kuroń się ukrywał, a Cichy i Wielicki weszli na Everest w 1982. Nie czerpałbym z tej książki wiedzy o historii PRL). Priorytety z mojego punktu widzenia są mocno dyskusyjne – w efekcie obszerne strony poświęcone są temu, co Kleyff sądzi o Hannie Gronkiewicz-Waltz i warszawskiej polityce, a o Salonie Niezależnych panowie się prześlizgują, jakby w ogóle nie było o czym mówić. Ale największa różnica pomiędzy tymi dwiema książkami polega na tym, że Kelus pozostaje z własnego wyboru na marginesie, a Kleyff wraca do mainstreamu. I pewnie stąd te bieżące odniesienia – ani potrzebne, ani fajne. Nie będę miał potrzeby wracać do tej książki, gdy Był raz dobry świat od kilkunastu lat stoi na mojej półce i jeszcze postoi.

 

Rozczarowanie szczególne – Kleyff gloryfikuje Stefana Niesiołowskiego. Człowiek, o którym Kelus pisał:

 

Mój przyjaciel Jacek
co bym nie wymyślił
mówi, że się muszę
ustrzec nienawiści 


i który śpiewał:

 

Idzie przez świat wyrozumiałość
Cioteczna siostra tolerancji

 

gloryfikuje jednego z największych nienawistników politycznych tylko dlatego, że się z nim zgadza i że Niesioł kiedyś zrzucił tablicę Lenina z Rysów.

 

Ideał sięgnął bruku.

 

PS. Gdyby ktoś mimo wszystko chciał tę książkę przeczytać, to chętnie ją wymienię na coś innego.