Z Realu do realu

Od dwóch dni polski internet jeździ sobie po Wojciechu Staszewskim – choć i tak dziwię się, że na FB nie zbierają jeszcze na jego wycieczkę do Frankfurtu, tak jak zbierali na sushi dla Figurskiemu. Dzisiaj sobie poflejmowałem na jego temat na FB i paru forach – myślę, że pora na podsumowanie, bo sprawa ma parę aspektów.

 

1. Upadek jakościowego dziennikarstwa. Tak, bolejemy nad nim wszyscy, też tęsknię za złotymi czasami “Wyborczej” i ówczesnego “Magazynu” – ale to były raczej lata 90. niż 2000. Dla mnie tam jakimś końcem dawnej “Wyborczej” było wejście Agory na giełdę w 1999 – moment, w którym dziennikarze i kierownictwo gazety stali się nagle bogaci, ale też korporacyjny interes stawał się dla nich wartością wyższą niż uczciwość dziennikarska. Boleśnie to odczułem rok później podczas wojny o Trójkę, a cała Polska zobaczyła wyraźnie przy okazji afery Rywina.

Ale tekst Staszewskiego, wbrew temu, co twierdził dzisiaj jeden z moich dyskutantów, nie jest o upadku jakościowego dziennikarstwa. Jest o obniżeniu standardu materialnego dziennikarzy.

 

2. Ile jest warta praca dziennikarza? Dla gospodarczego liberała, a takim jest Staszewski, odpowiedź jest prosta: tyle, ile wycenia go rynek. Właśnie w świetle jego liberalizmu te żale brzmią śmiesznie i Staszewski sobie nawet chyba zdaje z tego sprawę – nie na tyle jednak, żeby darować sobie ich publikację lub zweryfikować swoje stanowisko. I nie zastanawia się, czy anomalią jest jego obecna płaca, czy jego cztery średnie krajowe sprzed dziesięciu lat.

 

Dla mnie jest logiczne, że stawka za czyjąś pracę jest uzależniona: po pierwsze, od popytu, po drugie, od trudności wykonania danej pracy. Im trudniejsza jest praca, im bardziej specjalistycznej wiedzy i doświadczenia wymaga, tym powinna być wyżej wyceniana. W dyskusji fejsowej przywołane były cztery zawody: lekarza, prawnika, górnika i dziennikarza. By być lekarzem i prawnikiem, wymagana jest rzadka, specjalistyczna wiedza, zdobywana na długich studiach i potem aplikacjach / stażach – logiczne więc, że lekarze i prawnicy dużo zarabiają. Ale niby dlaczego praca dziennikarza ma być lepiej wyceniana niż praca górnika? Bycie dziennikarzem nie wymaga przecież żadnej specjalistycznej wiedzy. Nie wymaga tak naprawdę nawet studiów (a przecież studia dzisiaj to nie jest żaden cud boski, wręcz przeciwnie). Przy mocno spadającym popycie na pracę dziennikarzy podaż cały czas rośnie. Nie wierzę, że Staszewski nie widział osób pracujących w tej samej korporacji na śmieciówkach za dwa tysiące (jak dobrze pójdzie). I nie wierzę, że nie zadawał sobie pytania, czy jego praca jest naprawdę pięć razy więcej warta niż tych śmieciówkowców. Bo powiedzmy sobie szczerze, on może pracował w Realu Madryt, ale nie był tam żadnym Zidanem. W najlepszym wypadku Gutim, jesli nie Pavonem.

 

Do licha, sam w tej chwili wpadam w drugi próg podatkowy – co oznacza, że mieszczę się w górnym decylu wynagrodzeń w Polsce. I cały czas wątpię, czy rzeczywiście moja praca jest warta aż tyle, żeby była wyceniana wyżej niż praca np. kolegów inżynierów z mojej firmy – mimo że im nauczenie się i zrozumienie tego co robię zajęłoby pewnie z rok, a ja ich działkę opanowałbym może po pięciu latach, jeśli w ogóle. Tak to wygląda, ekonomiści (zwłaszcza jeżeli trochę pofunkcjonowali w korporacyjnych układach i udało im się dopchać do jakiegoś stanowiska) są cenieni bardziej niż – moim zdaniem – być powinni, sądząc z realnego znaczenia ich pracy i jej trudności. I dokładnie tak samo było z dziennikarzami pracującymi w topowych mediach.

 

3. Dwa bąble. Można więc powiedzieć, że przed kryzysem mieliśmy do czynienia ze spekulacyjnym bąblem, jeśli idzie o wycenę pracy dziennikarzy – była oderwana od jej realnej, długoterminowej wartości.  W efekcie w bąblu (już nie spekulacyjnym) żyli sami dziennikarze – oderwani od realnego świata ogromnej większości społeczeństwa. Co miało oczywiście wpływ zarówno na poruszaną tematykę, sposób jej ujęcia, jak i zgłaszane postulaty. Ja wierzę w to, że wielu dziennikarzy popierało podatek liniowy absolutnie z przekonania, ale siłę tego przekonania niewątpliwie wzmacniała wizja zaoszczędzonych tysięcy…
Teraz ten bąbel został przekłuty, z natychmiastowym wpływem na postawy dziennikarzy. Gdyby komuś pokazać wpisy na blogu WO sprzed sześciu lat i teraz, miałby problemy z uwierzeniem, że to pisze ta sama osoba: wtedy makówkowy gadżeciarz, dzisiaj coraz bardziej radykalny działacz związkowy. A przecież WO nie jest jedyny. Dobrze, że gazety zdążyły jeszcze powrócić do rzeczywistości – szkoda, że dopiero na krótko przed swoim coraz bardziej nieuniknionym upadkiem.