O oponach zimowych

Zeszłej jesieni krążył pomysł wprowadzenia obowiązku jazdy na oponach zimowych. Co jeszcze nie byłoby specjalnie kontrowersyjne, ale pomysłodawcy – zamiast zostawić rozsądkowi kierowców decyzję, kiedy te opony powinni zmienić – wymyślili termin obligatoryjnej jazdy na zimówkach, od początku listopada do końca marca. I nic to, że w marcu często mieliśmy już wiosnę w pełni, a listopad staje się powoli kolejnym miesiącem polskiej złotej jesieni.

 

Tak czy owak, gdyby nowe regulacje weszły w życie, jutro wolno by jeździć na oponach letnich. Obawiam się, że pomysłodawcy raczej wydłużą obowiązek jazdy na zimówkach do końca kwietnia (nic to, że w przyszłym roku wiosna przyjdzie w lutym) niż zostawią termin zmiany do uznania kierowcom.

 

 

Przeczytane: Szczepłek o Deynie

Książka Szczepłka traktuje nie tylko o samym Deynie, ale – przez pryzmat jego losów – o całej polskiej piłce tamtych lat. I jak to zwykle bywa, gdy piszą je dziennikarze z tamtego pokolenia, dla których ci piłkarze byli idolami, nie potrafi wyjść poza schemat.

 

Szczepłek widzi przecież, że gwiazdy polskiej piłki w połowie lat 70. były coraz bardziej zdemoralizowane i sfrustrowane. Wspomina mimochodem o sprzedanym (bez powodzenia) przez Deynę meczu, o tym, że nie zawsze przykładał się do gry na poziomie klubowym. Ale nie wyciąga z tego żadnych konsekwencji. Pisząc o MŚ w Argentynie wpada w te same schematy myślowe co zawsze. “Mieliśmy drużynę mogącą zdobyć Puchar Świata” – tak, grupę podstarzałych, zdemoralizowanych gwiazd bez formy. “Lubańskiego Gmoch trzymał na ławce, bo na boisku grali jego ludzie, słabsi od Włodka” – jakoś nigdy nie padają w takich przypadkach nazwiska. Kto niby był tym człowiekiem Gmocha? Defensywny pomocnik Masztaler czy obrońca Maculewicz? Żaden z nich nie był konkurentem na pozycję Lubańskiego. Prawda jest taka, że dla pana Włodka nie było miejsca w drużynie, bo na “dziewiątce” grał Szarmach, a na “dziesiątce” Deyna – ale lepiej pisać, że plac zabrali mu pupile trenera.

Tylko zapatrzeniem w swoich idoli mogę wytłumaczyć, że inteligentnym, zdolnym dziennikarzom wyłącza się przy okazji tego mundialu zdolność analizy na tyle, że wierzą, że senatorzy Górskiego byliby w stanie poprawić wynik z Niemiec, gdyby im głupi Gmoch nie przeszkodził. Zwłaszcza że ci sami dziennikarze przecież mimochodem piszą o schyłku wielkiej drużyny, o klęsce z Holandią i fatalnej grze w Montrealu. Paradoksalnie, jedyna próbą rzetelnej analizy argentyńskiego występu i całej kadencji Gmocha została przeprowadzona przez partyjnego dziennikarza i podobno typa spod bardzo ciemnej gwiazdy, Andrzeja Jucewicza w jego “Selekcjonerach“.

 

Podobnie jest z oceną epizodu w Manchesterze City. Czytam o głupich Angolach, którzy nie potrafili docenić talentu Deyny – i dopiero gdzieś na marginesie o tym, że etos pracy Deyny był po prostu nieakceptowalny na poziomie zawodowej drużyny w Anglii. Swoją drogą, dopiero u Szczepłka dowiedziałem się, że City tak naprawdę chciało Bońka (którego znali z meczów w PUEFA). Oczywiście Boniek w 1978 roku nie był na sprzedaż, ale ktoś zaproponował Anglikom “zawodnika o podobnym stylu gry” czyli Deynę. Jakim trzeba być ignorantem piłkarskim, żeby styl “walczaka” Bońka nazwać podobnym do stylu Deyny, który nigdy za duźo biegać nie lubił?

 

Twierdzę, że degrengolada polskiej piłki ma korzenie właśnie w tych złotych latach 70., kiedy to pokolenie Deyny, sfrustrowane niemożnością robienia prawdziwej kariery i zarabiania prawdziwych pieniędzy za granicą, rozmieniało się na drobne w polskiej lidze (przy okazji ucząc się handlować meczami na wielką skalę). I mogłaby o tym powstać fascynująca książka. Niestety, nie napisze jej ani Szczepłek, ani nikt z jego pokolenia.

My wszyscy ze Scripta

Odsłuchuję sobie ten kawałek w audycji Piotra Kosińskiego i po raz kolejny przeżywam niemal  takie same emocje jak dwadzieścia trzy lata temu, kiedy słuchałem go pierwszy raz. To jeden z utworów mojego życia – i to się już nie zmieni. Ale to także tytułowy utwór z jednej z najważniejszych płyt w historii rocka progresywnego.

 

Najważniejszych. Pewnie zaraz ortodoksi zaczną marudzić na Nową Progresję i wymieniać dziesiątki wybitniejszych płyt z lat 70. I może nawet będą mieli rację – ale pod względem historycznego znaczenia mało która z nich może się ze Scriptem równać.  Gdyby nie Marillion, gdyby nie sukces ich debiutu, rock progresywny na zawsze mógłby się stać gatunkiem pogrzebanym w odmętach historii, kompletnie nie interesującym dla młodych pokoleń – zarówno fanów, jak i muzyków. Przypominam – mamy rok 1983, rok, w którym dwie topowe grupy progresywne – Genesis i Yes – nagrywają płyty tak odległe od art-rocka, jak to jest tylko możliwe.

 

Sukces Marillion w latach 80. otworzył szansę podpisania kontraktów nagraniowych innym zespołom progresywnym. Że IQ czy Pendragon nie odniosły takiego sukcesu rynkowego, to inna sprawa, ale miały szansę zaistnieć w świadomości fanów i z niej skorzystały. Sam Marillion zainspirował też wiele zespołów z tzw. drugiej fali neo-progressive (Galahad, Aragon i wiele innych, po części też nasze Collage, przynajmniej w erze Baśni) i inspiruje po dziś dzień. Choćby na najlepszym IMO albumie Riverside, Second Life Syndrome, słyszę nie tylko takie same emocje, co w Fishowym Marillion, ale i taki sam sposób ich wyrażania. Ale przede wszystkim – dzięki Marillion kolejne pokolenie fanów zaczęło słuchać rocka progresywnego. Moje pokolenie. Dla nas nie była to jakaś zasuszona muzyka z przeszłości, ale coś współczesnego, co się dzieje obok nas. Ja osobiście nie załapałem się niestety na trasę 1987, fanem F-Marillion zostałem już po jego rozpadzie – ale nasi starsi bracia czy koledzy tam byli, widzieli, opowiadali, pożyczali nam kasety. Było bardzo prawdopodobne, że właśnie od Marillion, że właśnie od Scripta zacznie się moja historia fana rocka progresywnego.

 

Gdyby z kolei nie zainteresowanie rockiem progresywnym wywołane na fali popularności Marillion, nie byłoby pewnie całego boomu na tę muzykę w latach 90. w Polsce. Nie byłoby audycji radiowej tylko jej poświęconej – najpierw w RMF, potem w Trójce. Przecież prapoczątkami Rocka Malowanego Fantazją były comiesięczne niedzielne wejścia Tomka Beksińskiego w RMF-ie, gdzie prezentował różnych “rycerzy progresywnego stołu”: Pendragony, Galahady i inne zespoły, których nazwy dzisiaj już mało co komu mówią. Te wszystkie zespoły albo bezpośrednio inspirowały się Marillion, albo zaistniały na rynku dzięki niemu. Jeśli więc Kosiak dzisiaj, w 30 lat po premierze, przypomina Scripta, to tylko spłaca dług wdzięczności. Swój i słuchaczy.

 

Script for a Jester’s Tear skończył właśnie 30 lat. Wszyscy jesteśmy jego dziećmi.

Zamienię złoto Stocha na medal drużyny

Cieszę się oczywiście bardzo ze złotego medalu Kamila Stocha. Wczoraj po pierwszej serii modliłem się o jakąś wichurę albo śnieżycę w Predazzo, coś, co uniemożliwiłoby rozegranie drugiej, bo potwornie się bałem, że Kamil znów nie wytrzyma presji. Przecież nawet z tych zwycięstw w Pucharze Świata, których już trochę ma, większość osiągnął (o ile mnie pamięć nie myli) atakując z dalszych pozycji. A na wielkich imprezach to już w ogóle – do tej pory regularnie zjadały go nerwy. Tymczasem wczoraj bez problemu obronił, a nawet powiększył przewagę, w obu seriach uzyskując najwyższe noty.

 

Cieszę się więc bardzo z tego złota, ale gdybym miał taką możliwość, to bez chwili wahania oddałbym je za medal w jutrzejszym konkursie drużynowym.

 

Medal drużynowy jest świętym Graalem polskich skoków. Nigdy nie udało się go zdobyć za czasów Adama Małysza, mimo, że bywały ku temu szanse. W Sapporo zawalił Robert Mateja, w Libercu – przy równych, bardzo dobrych skokach całej drużyny – zabrakło właśnie błysku Małysza, no i na nasze nieszczęście fenomenalnie skakał 39-letni Takanobu Okabe. Przegraliśmy z Japonią brąz dziewięcioma punktami. Wreszcie w Oslo znów zabrakło nam czwartego – Hula nawet nie tyle zawiódł, co skakał na swoim normalnym poziomie, ale właśnie tych punktów zabrakło w obu konkursach (na dużej skoczni dodatkowo poniżej swoich możliwości skakał Stoch).

 

Dzisiaj jest lider. Jest równa, dobra drużyna. Jeśli czegoś brakuje, to wyraźnego wicelidera – kogoś, kto mógłby wesprzeć Stocha bardzo długim skokiem. Kimś takim był przez większość sezonu Maciej Kot, ale w konkursie indywidualnym on akurat skoczył poniżej swoich możliwości.

 

W ogóle zanosi się na najbardziej wyrównany konkurs w historii. Zawsze albo byli zdecydowani faworyci (w ostatnich latach Austriacy), albo dwie drużyny, które toczyły między sobą zaciekłą rywalizację o złoto (większość lat 90. stała pod znakiem takiej rywalizacji niemiecko-japońskiej). A teraz? Zsumowałem wyniki konkursu indywidualnego i oto co mi wyszło:

 

1. Austria        1108,6

2. Niemcy        1108,5

3. Norwegia      1108

4. Polska          1087,9

5. Słowenia      1072,1

 

Tak więc trzy pierwsze drużyny mieszczą się w granicy jednego punktu (!). Słoweńcy tracą więcej, oni w konkursie indywidualnym skakali poniżej swoich możliwości, ale na konkursy drużynowe zawsze się mobilizują. Wreszcie Polska. Czy nasi skoczkowie są w stanie się poprawić średnio o ponad metr w każdym skoku? Czy pozostanie liczyć na potknięcie rywali… To są skoki drużynowe przecież, jedna z najbardziej emocjonujących konkurencji zimy.

 

A tak dla przypomnienia, najwspanialszy konkurs drużynowy w historii: