Dwadzieścia lat

Byliśmy w Beskidzie Niskim. Lało, siedzieliśmy cały dzień w pełnej szpar bacówce w Ropkach, licząc, że nie zacznie przeciekać. Trochę z nudów, trochę z konieczności zrobienia zakupów (w szczególności czekolady z okazji jej święta, wszak właśnie był 22 lipca) zaofiarowałem się, że pójdę do Wysowej. Był jeszcze jeden powód, pewnie najistotniejszy – okazja do zaopatrzenia się w aktualną prasę i dowiedzenia się, czy Zenon Jaskuła dalej świetnie spisuje się na trasie Tour de France. Pierwsze kroki w Wysowej skierowałem więc do kiosku (a może wtedy już prasa była w sklepach?), po Wyborczą i Tempo. I właśnie w taki sposób dowiedziałem się o historycznym sukcesie polskiego kolarstwa.

 

Określenia “historyczny sukces” użyłem wtedy, użyliśmy go ze znanym blogerem Bartoszcze trzy lat później, gdy spisywaliśmy kronikę naszych wędrówek po Niskim, ale w życiu nie przypuszczaliśmy, że to będzie sukces tak historyczny, że żaden polski kolarz przez następne dwadzieścia lat go nie powtórzy. Przecież tylko w Tourze przez ten czas wygrywali etapy kolarze z około ćwierć setki krajów, w tym z Estonii, Uzbekistanu, Szwecji czy Słowacji. A w innych GT by się tego uzbierało jeszcze więcej.

 

W tym roku Michał Kwiatkowski zaliczył najlepszy polski Tour od tych dwudziestu lat. A przedtem było jeszcze lepsze Giro Niemca i Majki. Po raz pierwszy od dawna mam nadzieję, że dożyję powtórzenia osiągnięcia Jaskuły.

 

 

 

O meczu, którego nie będzie

Czadoblog zaproponował mi przeniesienie bloga sportowego na platformę sport.slask.pl, jednak po namyśle uznałem, że ostatnio tak mało piszę na obu blogach, że dzielenie ich na różne platformy nie ma żadnego sensu. Co więcej – w związku z tym postanowiłem zamknąć Sportborella i wrócić z tematyką sportową na blog główny. Co niniejszym czynię.

 

Zmotywowało mnie wydarzenie dzisiejszego dnia, czyli odwołanie “jednego z największych wydarzeń sportowych lata” – czytaj: meczyku Lechii z Barceloną. Okoliczności są oczywiście bardzo smutne, wyobrażam sobie rozczarowanie kibiców i problem organizatorów, ale mimo wszystko odczuwam niejaką Schadenfreude. Bo to, że takie mecze są “wydarzeniami sportowymi lata” jest po prostu chore. W zeszłą niedzielę słuchałem w Trójce z rosnącym zażenowaniem rozmowy z jakimś przedstawicielem polskiego fan-klubu Katalończyków, który opowiadał, jaką to wyjątkową oprawę przygotowują na powitanie klubu, bo chcą się pokazać z lepszej strony niż fani Barcelony z innych krajów. Sam mecz zaś będzie “okazją, by zobaczyć zawodników, których na co dzień nie oglądamy w pierwszym składzie”. Czytaj: przyjeżdża (za grube pieniądze) objazdowy cyrk, zagra głębokimi rezerwami, ale my i tak będziemy się tym jarać. Jakbyśmy byli jakimiś Malezyjczykami albo innymi Katarczykami, dla których takie mecze są jedyną okazją do zobaczenia na żywo choćby namiastki wielkiej piłki.

 

A przecież jeszcze całkiem niedawno polskie drużyny grały z Barceloną mecze jak najbardziej poważne, uzyskując do tego wyniki, których absolutnie nie musiały się wstydzić. Pamiętny mecz życia Grzegorza Patera czy jeszcze późniejsze zwycięstwo Wisły Skorży nad zespołem, który objął właśnie Pep Guardiola. To było raptem pięć lat temu, ale jakby zupełnie inna epoka. Dziś mamy wypasione stadiony, ale od prawdziwej piłki jesteśmy dalej niż kiedykolwiek wcześniej. I to się nie zmieni, jeśli fani dalej będą zadowalać się jej namiastkami – takimi jak sparing z Barceloną.

 

Ja tam wolę iść na prawdziwy mecz. Niechby z Karabachem Agdam.

 

O egzaminach na obywatela

Im gorzej jest z demokracją, tym bardziej egzotyczne pomysły jej ratowania się pojawiają. W pewnych kręgach popularne jest hasło wprowadzenia obowiązkowych wyborów – pomysł ten ma jakąś rację bytu (struktura społeczna głosujących nie odzwierciedla struktury wyborczej społeczeństw, a więc wybory nie są tak naprawdę demokratyczne), ale kompletnie nierealistyczne jest przekonanie, że wykluczeni społecznie, których się zapędzi pod karą do urn, będą w stanie dokonać racjonalnego wyboru.

 

Robert Siewiorek w ostatniej Świątecznej proponuje (za Ericem Liu, byłym doradcą Billa Clintona) coś odwrotnego – egzaminy na obywatela. Egzamin składałby się z trzech części – sprawdzających historię osobistą, wiedzę obywatelską i znajomość historii. Przy czym usiłuje przełożyć z amerykańskich realiów na polskie, konkretyzując kształt egzaminu:

 

Co mogłoby być w polskim egzaminie na obywatela? Jeśli chodzi o “historię osobistą”, warto byłoby np. zapytać, czy w ciągu minionej dekady kandydat uczestniczył w którychkolwiek wyborach, stracił w tym czasie prawo jazdy za pijaństwo i dostał mandat za wywożenie śmieci do lasu. W dwóch pozostałych kategoriach warte ustalenia byłyby: znajomość, dajmy na to, dwóch zwrotek hymnu, nazwisk marszałków Sejmu i Senatu (nazwiska prezydenta, premiera i liderów głównych partii z opozycji to łatwizna, bo wszyscy je kojarzą choćby z wyzwisk politycznych przeciwników), skojarzenie dat 1944, 1968, 1989 czy 2005. Warto byłoby też dowiedzieć się, czy kandydat na polskiego obywatela ma pojęcie, kim byli np. Józef Piłsudski, Witkacy i Jan Karski.

W oryginale “Historia osobista” obejmuje następujące pytania: Czy działałeś na rzecz swojej społeczności np. w wolontariacie, poprzez uczestnictwo w lokalnych władzach, filantropię, uczestnictwo w kampanii politycznej? * Czy skorzystałeś z następujących praw: składanie petycji do władz, pokojowe manifestowanie w obronie jakiejś sprawy lub proteście, publiczna krytyka liderów politycznych?  Różnica między pytaniami w obu wersjach jest wręcz zabawna. W wersji amerykańskiej weryfikuje się rzeczywistą aktywność obywatelską. Wg propozycji Siewiorka – patriotyzm w wersji Marii Peszek: kasowanie biletów i płacenie podatków. Jeszcze by tego brakowało, żeby “egzamin na obywatela” stał się batem na pijanych kierowców. Inne propozycje Siewiorka są równie absurdalne. Nie wiem, po co komu do czego potrzebna jest znajomość nazwiska marszałka Senatu (sam bym się trochę musiał zastanowić, kto nim jest, gdyby akurat dzisiaj nie zrobił z siebie idioty). Natomiast pytania o historię mogą bardzo łatwo stać się narzędziem uprawiania polityki historycznej przez tych, co akurat są u władzy. Ba, daty i nazwiska proponowane przez samego Siewiorka też są przejawem jakiegoś jego kanonu historii. No i ciekaw jestem, czy zdałbym odpowiadając na pytanie o Piłsudskiego “brutalny dyktator, który zdeptał rodzącą się polską demokrację”.

 

Też widzę problem, że wyborcy są niekompetentni, leniwi i podejmują decyzję pod wpływem impulsów i spin-doktorów. Ale pomysły egzaminowania kandydatów na wyborców mogą doprowadzić tylko do jeszcze większej alienacji polityków i elit.

Korwinistyczna propaganda w Trójce

Dziwne rzeczy dzieją się w Trójce. Naprawdę mało jej słucham ostatnio (głównie w samochodzie), ale jak już słucham, to właściwie codziennie natrafiam na jakieś kurioza. Wczoraj napadła na mnie ta piosenka, a dzisiaj po Nirvanie wysłuchałem materiału o tym, jak strasznie opodatkowane są płace w Polsce. Redaktor co prawda nawet nie potrafił przeczytać ze zrozumieniem swojego paska (np. nie rozumiał, że koszty uzyskania przychodu faktycznie zwiększają jego płace netto, a nie pomniejszają), ale za to zacytował wypowiedzi ekspertów aż dwóch korwinistycznych instytutów, Centrum Adama Smitha i Instytutu Globalizacji. Żaden bardziej niezależny ekspert tej propagandy nie zrównoważył, nikt nie przytoczył choćby porównania obciążenia płac w Polsce do innych krajów OECD.

 

Do korwinistycznych przekonań Jakuba Strzyczkowskiego się już poniekąd przyzwyczaiłem (i m.in. z ich powodu nie słucham “Za a nawet przeciw”), ale korwinistyczna propaganda w materiale dziennikarskim w Zapraszamy do Trójki to jest jednak dla mnie nowość. Ciekaw jestem, czy szanowna ekipa Trójkowa zdaje sobie sprawę, że jak już korwiniści dojdą do władzy (a uważam to za bardzo prawdopodobne), to oprócz obniżenia podatków zlikwidują różne zbędne ich zdaniem instytucje publiczne. Na przykład radio.