O karach w bibliotece

Biblioteki w mieście, w którym mieszkam, mają śmieszny system naliczania kar. W Katowicach kara wynosiła 1,50 zł/tydzień, jednak naliczanie jej rozpoczynano dopiero po tygodniu od upłynięcia terminu zwrotu – obowiązywała więc faktyczna tygodniowa amnestia. W Zabrzu możesz się spóźnić nawet jeden dzień ze zwrotem, a już naliczają karę – ale też wynosi ona zaledwie 10 groszy za dzień.


Jaki jest efekt psychologiczny takiej kary, z jednej strony niskiej, z drugiej dość upierdliwej? Przestaję się nią przejmować. O ile przedtem starałem się oddać książki w terminie nie tyle z obawy przed karą, co z poczucia przyzwoitości, to teraz czuję się rozgrzeszony zwracając je nawet ponad tydzień po terminie – najwyżej zapłacę te kilkadziesiąt groszy, ewentualnie złotówkę z hakiem.


Dawno temu w dyskusjach o polityce karnej liberalni prawnicy posługiwali się sloganem: “nie wysokość kary, ale jej nieuchronność odstrasza od przestępczości”. Zawsze mnie to irytowało jako okropne uproszczenie (a przecież nie jestem bynajmniej zwolennikiem wsadzania wszystkich do więzień), bo przecież tak naprawdę istotna jest kombinacja (iloczyn, można powiedzieć) obu tych czynników. W zabrzańskich bibliotekach kara jest nieuchronna, ale za to bardzo niska – co doprowadziło do demoralizacji do tej pory bardzo porządnego czytelnika.