Nieskalany bohater Chodorkowski

Problemem Rosji nie jest to, że w łagrze siedział Chodorkowski, ale to, że razem z nim nie siedział Abramowicz i inni oligarchowie.

 

Chyba nie było w najnowszych dziejach drugiego przykładu tak szybkiego uwłaszczenia tak nielicznej grupki na tak ogromnym majątku jak w Rosji w latach 90. Uwłaszczenia przeprowadzonego na granicy prawa i jawnie wbrew niemu, dzięki nieformalnym dojściom do władzy i otwartej korupcji. Chodorkowski był jednym z tych, którzy się na majątku rosyjskim uwłaszczyli – i sprawiedliwość wymaga, żeby poniósł za to odpowiedzialność.

 

Otóż fani Chodorkowskiego kompletnie przechodzą nad tym do porządku dziennego. Oczywiście, nie miał uczciwego procesu, i oczywiście, trafił do łagru nie dlatego, że sprawiedliwie osądzono rosyjską prywatyzację, ale dlatego, że zaczął podskakiwać przeciw Putinowi. Ale to przecież w żaden sposób nie zmywa jego wcześniejszych win! Złodziej nie przestaje być złodziejem, kiedy zaczyna protestować przeciwko władzy. Tymczasem robi się z Chodorkowskiego nieskalanego bohatera. Nie mogę się z tym pogodzić.

 

(Swoją drogą, polska publicystyka w ogóle nie przetrawiła poważnie tematu pt. złodziejska prywatyzacja w Rosji. Może dlatego, że wymagałoby to zweryfikowania poglądu na Borysa Jelcyna, za którego prezydentury miała ona miejsce – i który ciągle uchodzi u nas za twórcę rosyjskiej demokracji, a nie za człowieka, który tę demokrację zniszczył w zarodku).

 

W dzisiejszej “Wyborczej” Adam Michnik porównuje Chodorkowskiego do Mandeli, a Radziwonowicz pisze, że oligarcha ma dług moralny wobec Zachodu. Ciekaw jestem, jak się takie długi spłaca. O długu Chodorkowskiego wobec społeczeństwa rosyjskiego, kosztem którego się uwłaszczył, jakoś korespondent “Wyborczej” nie wspomina.

 

Przeczytane: Postfutbol

Przeczytałem “Postfutbol” Czubaja, Drozdy i Myszkorowskiego. Książka może mało odkrywcza i brakowało mi w niej jakiejś spójnej koncepcji (za to nie brakowało błędów, z których najzabawniejszym była pisownia przydomka Kazimierza Deyny: Kaká – tak, właśnie jak przydomek Ricarda dos Santos Leite), ale rozdział o piłkarskich mitach zainspirował mnie do zestawienia najbardziej mitotwórczych meczów w historii piłki. Oczywiście kandydatur może być dużo więcej, ale gdyby ograniczyć wybór do pięciu, to subiektywna lista przedstawiałaby się następująco:

 

5. Urugwaj – Brazylia 2:1, MŚ 1950.

4. RFN – Węgry 3:2, MŚ 1954.

3. Anglia – RFN 4:2, MŚ 1966,

2. Anglia – Węgry 3:6, 1953,

1. Argentyna – Anglia 2:1, 1986.

 

Te mecze to najsłynniejsze reprezentacje kilku kluczowych dla stworzenia mitu motywów. Klęska stuprocentowego faworyta (5,4), kontrowersja sędziowska (3,1), przełomowa zmiana układu sił (2), wreszcie wyjątkowy pokaz indywidualnego geniuszu (1). Można by tu dodać jeszcze motyw odwrócenia losów wysoko przegrywanego meczu (“cud w Stambule”) czy odwrócenia losów meczu w samej końcówce (“cud w Barcelonie”), ale wydaje mi się, że siła mitotwórcza tych meczów jest mniejsza niż wymienionych przeze mnie. Z czego wniosek – bardziej mitotwórcze są mecze reprezentacyjne (zwłaszcza na wielkich imprezach) niż klubowe. I może dlatego, że znaczenie rozgrywek reprezentacyjnych spada, ostatni z tych meczów pochodzi już sprzed prawie trzydziestu lat.

 

Drugi wniosek: jest naród, który od dawna nie gra najlepiej na świecie w piłkę, ale jest absolutnym mistrzem świata w narzucaniu mu swoich piłkarskich mitów. Nie wiem oczywiście, na ile nie jestem skrzywiony obserwując światową piłkę za pośrednictwem polskich dziennikarzy, w znacznej części mocno anglocentrycznych (“Postfutbol” też powołuje się głównie na literaturę anglojęzyczną), w każdym razie w historii piłki podjęto wiele kontrowersyjnych decyzji sędziowskich, ale z jakiegoś powodu najczęściej wspominane są te z 1966 i 1986 roku. W obu przypadkach z udziałem Anglików. Generalnie tylko wielkie narody piłkarskie (albo przynajmniej wielkie drużyny, jak węgierska “złota jedenastka”) mają moc kreowania mitów. Na MŚ 2010 takim spektakularnym, potencjalnie mitotwórczym wydarzeniem była obrona ręką przez Luisa Suareza w ostatniej minucie ćwierćfinału i potem zmarnowany rzut karny Gyana. Już wyobrażam sobie, jaka narracja by powstała wokół tego wydarzenia, gdyby zamiast Ghany znajdowali się Anglicy. Dzielni piłkarze z Afryki nie obchodzą na tyle piłkarskiego świata, żeby wokół tego wydarzenia miał stworzyć się mit.

 

Wreszcie wniosek (a raczej hipoteza) trzecia: współczesna piłka jest tak sprofesjonalizowana, tak pełna danych, indeksów Castrola, analiz taktycznych itp., że straciła swój potencjał mitotwórczy. Jak już outsiderzy wygrywają mistrzostwa Europy, to jest to ultradefensywna i średnio nadająca się na bohaterów mitu reprezentacja Grecji. Jak już jakaś drużyna spoza grona faworytów wygrywa w sensacyjny sposób z tymczasowym trenerem Ligę Mistrzów, to tą drużyną jest akurat kupiona za setki milionów jedenastka magnata z Rosji. Jak wokół tych wydarzeń budować mity? Ćwierć wieku temu Maradona strzelił gola “ręką Boga”, dzisiaj Thierry Henry jest uważany za prymitywnego oszusta. Czy aż tak bardzo zmieniła się moralność, czy zmieniła się piłka?

 

 

 



Dlaczego nie kochamy Mandeli

Bronisław Komorowski nie pojechał na pogrzeb Nelsona Mandeli. Nie ma się co dziwić, prezydenta nie było też na pogrzebie Vaclava Havla, pewnie nie lubi pogrzebów, w sumie trochę go rozumiem, pogrzeby są smutne, a nasz prezio jest wesołego usposobienia. Poza tym do tej RPA kawał drogi. Premierowi Czech też nie chciało się jechać…

Żarty żartami, ale mam wrażenie, że w Polsce Mandela jest traktowany – przez naszych przywódców, ale też znaczną część liderów opinii – jako postać z zewnątrz. Ktoś, kogo wypada czcić, bo robi to cały cywilizowany świat, ale to jest raczej zewnętrzny przymus niż autentyczna potrzeba. I mam kilka możliwych wyjaśnień, dlaczego tak się dzieje:

 

1. Prowincjonalizm – brak wiedzy i zainteresowania tym, kim Mandela naprawdę był i dlaczego był tak ważny.

2. Zazdrość o uwagę świata, jaką skupił na sobie w latach 80. lider ANC – o którą poniekąd konkurował wtedy z “Solidarnością”,

3. Przekonanie, że Mandela był wtedy obiektywnym sojusznikiem komuchów – wszak dla propagandy PRL był bohaterem, a dla Reagana i Thatcher terrorystą. (Swoją drogą, nie dziwię się w związku z tym  Obamie i Cameronowi, że aż tak Mandelę hołdują – mają powody do wstydu, zwłaszcza Cameron),

 

4. Podświadomy rasizm. Nikt (poza – póki co – ekstremistami spod znaku “obrony białej rasy”) do rasizmu się oczywiście nie przyzna, ale jednak zło kolonializmu i apartheidu jest relatywizowane, a koloniści z RPA czy Zimbabwe są obiektem współczucia – zupełnie inaczej niż np. pozbawiani praw obywatelskich Rosjanie z Estonii czy Łotwy.

 

Nie dziwię się więc, że pan prezydent – były opozycjonista i do tego konserwatysta – Mandeli nie lubi. Dziwię się, że nie potrafi wznieść się ponad własne uprzedzenia i dorosnąć do roli, jaką naród mu powierzył.

Przeczytane: Rok 1989 i lata następne

Spieraliśmy się niedawno z Imagistykiem o “wojnę na górze” i odpowiedzialność za nią Tadeusza Mazowieckiego. Właśnie dorwałem książkę Mazowieckiego (składającą się z wywiadów z nim przeprowadzonych w różnych momentach) i ze szczególnym zainteresowaniem przejrzałem fragmenty dotyczące kluczowych momentów tamtego 1990 roku.

 

Uderzyło mnie, że Mazowiecki wspominał o możliwości zawarcia “kompromisu” z Wałęsą, jednak bez żadnej informacji o szczegółach takiego kompromisu, a konkretnie – o tym, jak rozwiązana zostałaby kwestia prezydentury przewodniczącego Solidarności. Wiadomo było, że jakikolwiek “kompromis” nie rozwiązujący tej kwestii nie byłby kompromisem, bo Wałęsa w życiu by go nie zaakceptował. Kompromis natomiast mógłby obejmować tryb i moment objęcia prezydentury, a także utrzymanie parasola ochronnego Wałęsy nad rządem. Tylko że Mazowiecki był prezydenturze Wałęsy w ogóle przeciwny, w zamian był gotów mu zaproponować tylko “inne ważne stanowisko”. Jakie niby? Kim miałby zostać facet, którego oklaskiwały na stojąco połączone izby Kongresu, wiceministrem?

 

Nie pamiętałem w sumie, że właśnie stanowisko wiceministra w MSZ – jeszcze zanim pojawiła się kandydatura Krzysztofa Skubiszewskiego – zaproponował Mazowiecki Bronisławowi Geremkowi. Wiadomo, że sytuacja była specyficzna i wiceminister “solidarnościowy” miałby znaczenie o wiele większe niżby to wynikało z oficjalnej rangi, ale mimo wszystko taka propozycja dla jednego z najważniejszych polityków Solidarności, szefa klubu OKP i kandydata na premiera? Jak Geremek mógł się nie obrazić?

 

(Edyta: Doczytałem, że kompromisem miała być “inna osoba” na stanowisku prezydenta, konkretnie mowa była o marszałku Stelmachowskim. Czytaj: Mazowiecki pozostałby premierem, ktoś inny zostałby prezydentem, a Wałęsa dalej byłby osobą prywatną, bo przewodniczący Solidarności i Komitetu Obywatelskiego to były funkcje coraz bardziej marginalne.  Że Mazowiecki poważnie mógł to uważać za kompromis?)