Medal socjalny

Trochę się zezłościłem w sobotnie popołudnie na trenera Niedźwiedzkiego, który w finale olimpijskim łyżwiarek wystawił będącą w słabej formie rezerwową Katarzynę Woźniak. Wiadomo, że szanse na równorzędną walkę z fenomenalnymi Holenderkami były i tak minimalne, ale ta roszada oznaczała wywieszenie białej flagi. Ze zrozumieniem przyjmowałem argumenty, że to była wspólna decyzja zawodniczek, że Woźniak w poprzednich zawodach była równorzędnym członkiem drużyny i chciały, żeby też dostała medal z Soczi – zwłaszcza mając na uwadze rozczarowanie Natalii Czerwonki po Vancouver, gdzie jako rezerwowa medalu nie dostała. Mimo wszystko jednak – czy powinno się w ten sposób i w takim celu zmniejszać szansę, choćby nawet i tak niewielką, na olimpijskie złoto?

Nad sprawą Woźniak przeszedłbym do porządku dziennego, gdyby nie wynurzenia rezerwowego w drużynie łyżwiarzy Sebastiana Druszkiewicza, który ma pretensje do trenera Kmiecika, że nie zrobił tego samego co Niedźwiedzki. Case Druszkiewicza jest inny – o ile Woźniak ma znaczący wkład w sukcesy drużyny łyżwiarek, to on nigdy nie był traktowany jako równorzędny rezerwowy, nie był nawet rezerwowym w eliminacjach przedolimpijskich (tam w jednych zawodach za chorego Szymańskiego startował inny zawodnik), a w Soczi indywidualnie zaliczył bardzo słabe występy. Nie miał więc żadnych sportowych argumentów uzasadniających te pretensje – i zresztą sam przyznaje, że takowych nie było. Jedynym argumentem jest więc stypendium i nagrody, których Kmiecik Druszkiewicza pozbawił.

 

Jest gigantyczna różnica w świadczeniach dla medalisty olimpijskiego i rezerwowego nie będącego formalnie medalistą i ta różnica pcha trenerów do podejmowania decyzji, które nie mają uzasadnienia sportowego. Ale wypowiedź Druszkiewicza wskazuje, że takie postępowanie trenerów stało się już normą, której spełnienia się oczekuje. (Zdaje się pierwszy taki przypadek miał miejsce w finale drużynowej szpady w Pekinie). Otóż system nagród i stypendiów, który motywuje do osłabiania drużyny, jest chory i natychmiast trzeba go zmienić.

 

Rozbawił mnie w trakcie igrzysk Józef Łuszczek: przepytywany o szanse Justyny Kowalczyk stwierdził coś takiego: “mam nadzieję, że będzie mogła pobiec w sztafecie”. Dla normalnego kibica o wiele istotniejsze były występy indywidualne Kowalczyk, jednak dla córki naszego mistrza z Lahti występ z Kowalczyk w sztafecie oznaczał perspektywę na punktowane miejsce  i stypendium. Co prawda Paulina Maciuszek przebiegła 5 kilometrów stylem dowolnym mniej więcej w tym samym czasie co Kowalczyk klasycznym (co i tak jest dużym postępem w porównaniu do Val di Fiemme, gdzie miała od Justyny czas o prawie minutę gorszy), ale na stypendium się załapała. Pytanie, czy są jakieś sportowe podstawy do przyznawania jej stypendium poza tym, że ma szczęście biec w jednej sztafecie z jedną z najlepszych biegaczek świata, pozostaje otwarte.

 

Z jednej strony mamy horrendalnie wysokie nagrody za medale olimpijskie wręczane tym, którzy akurat już ich nie potrzebują (choćby dlatego, że się wypromowali i mogą zarobić jeszcze więcej w reklamach) plus jeszcze bardziej horrendalna emerytura olimpijska. Z drugiej stypendia ministerialne dla zawodników, którzy załapali się do “ósemek”, nieważne, co to ósme miejsce znaczy (Maciuszek w sztafecie była siódma, drużyna saneczkarzy ósma, Artur Waś dziewiąty; który wynik jest najbardziej wartościowy?) wymuszające udział w imprezach rangi mistrzowskiej, niezależne od nich rzeczywistego znaczenia (ME w biathlonie najbardziej spektakularnym przykładem). Z trzeciej – brak stabilnego finansowania dla sportowców, którzy są na poziomie szerokiej czołówki światowej i którzy często w związku z tym, o ile nie uda im się załapać do straży pożarnej, kończą przedwcześnie kariery. Mam wrażenie, że nie jest to najmądrzejszy model finansowania.

Szcze ne wmerła

Majdan zalał się krwią, a polski internet zalał się oburzeniem – na społeczność międzynarodową i w szczególności na polski rząd, który “nic nie robi w kwestii Ukrainy” i który wręcz “wyzbył się instrumentów do prowadzenia jakiejkolwiek polityki zagranicznej”. Na pytanie, co konkretnie polski rząd powinien zrobić, gdyby takie instrumenty (na miarę kraju swojej wielkości) miał – zapadało milczenie. Tylko w jednym flejmie ktoś się wyrwał z bleblaniem o Piłsudskim.

 

Jakiś czas temu wróciłem do “Rzeczpospolitej Obojga Narodów”. Wiele tez Jasienicy wydaje się z dzisiejszego punktu widzenia raczej obliczoną na potrzeby tamtego czasu publicystyką, ale jedna jest tak samo aktualna jak te pół wieku temu, kiedy brzmiała totalnie obrazoburczo nie tylko dla PRL-owskiego cenzora, ale dla ówczesnego czytelnika:

 

Ukraina nie po to istnieje na świecie, by podlegać Polsce albo Rosji.

 

Mam wrażenie, że dla wielu moich rodaków to jest nadal prawda trudna do zaakceptowania. I to nie chodzi tylko o epigonów mitologii kresowej, którzy nigdy nie zaakceptują ukraińskiego Lwowa i Łucka, ani tych, którzy patrzą ciągle na Ukrainę przez pryzmat zbrodni UPA sprzed siedemdziesięciu lat. Także dla tych, którzy z Ukrainą sympatyzują, ale czysto instrumentalnie. Zbyt wielu powtarzało bon-mot Giedroycia, że nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy, że aż powstało wrażenie, że racją bytu wolnej Ukrainy jest wolność Polski. Jakby to ten wielki naród europejski nie zasługiwał na wolność per se, a nie dlatego, że tak jest dobre dla interesów Polski czy Rosji.

 

Ukraina to są nasze byłe kolonie, nasz wyrzut sumienia. Jeśli polityka ukraińska wygląda tak, jak wygląda, to w dużej mierze jest to pozostałość traktowania ukraińskiego ludu przez polskich panów i niewielkim usprawiedliwieniem jest, że przez panów rosyjskich nie był wcale traktowany lepiej. Dlatego właśnie polska polityka wobec Ukrainy powinna być wyjątkowo delikatna. Przy czym skądinąd wydaje się, że właśnie taka delikatna polityka przynosi skutki – zarówno w 2004 roku, jak i teraz.

 

W momencie, kiedy to piszę, wygląda na to, że jednak na Ukrainie dochodzi do przełomu – i tego przełomu, co niezwykle ważne, dokonują sami Ukraińcy. Długa droga przed nimi. Samo obalenie Janukowycza nic nie znaczy – bez obalenia oligarchicznego systemu prędzej czy później przyjdzie następny Janukowycz.

 

Ukraińcom mogę życzyć tylko mądrego i właściwego dla siebie wyboru.

 

 


Nic się nie stało?

Nie znoszę rozjeżdżania zawodników przez media i kibiców po porażkach, zwłaszcza jeśli wcześniej te same media i ci sami kibice kreowali wobec nich nierealne oczekiwania. Ale tylko nieco mniej nie znoszę klimatu “nic się nie stało” i wmawiania, że porażka wcale nie jest porażką. Taki klimat panował gdzieniegdzie po londyńskiej klapie siatkarzy, taki widzę również po wczorajszym czwartym miejscu skoczków w konkursie drużynowym. Bo przecież najlepsze w historii i nie było realnych podstaw do liczenia na więcej.

 

Najlepsze w historii olimpiad – prawda, ale przecież podopieczni Kruczka bronili w Soczi brązowego medalu z Val di Fiemme, od tego czasu czterech polskich skoczków wygrało zawody PŚ, a pod względem punktów zdobytych przez drużynę sezon 2013/14 jest absolutnie rekordowy dla polskich skoków. Wiadomo było, że przy słabości Norwegów realnych kontrkandydatów do medalu jest czterech, z czego Słoweńcom już w Soczi posypał się kluczowy członek drużyny. Wyniki konkursów indywidualnych wskazywały na pierwsze (skocznia normalna) lub drugie (skocznia duża) miejsce. Naprawdę nie było podstaw do liczenia na medal?

 

Nie wiem, skąd takie zaklinanie rzeczywistości. Dlaczego nie potrafimy po prostu przyjąć porażki ze spokojem i z godnością, zamiast wmawiać, że wcale porażką nie jest? Zwłaszcza, że problemu z tym nie mają ani sami skoczkowie, ani ich trener (do którego po konkursie nabrałem jeszcze więcej szacunku). Bo przecież, poza fantastycznym Ziobrą, skakali gorzej niż w konkursie indywidualnym czy nawet serii próbnej – inaczej niż ich rywale, zwłaszcza Niemcy, którzy jak zwykle na drużynówkę się niezwykle zmobilizowali.

 

 

Przecięcie linii trendu, czyli o polskiej zimowej potędze

Nie jestem jakimś zwolennikiem przywiązywania nadmiernej wagi do symbolicznych cezur czasowych, ale nie da się nie zauważyć, że początek XXI wieku wyznacza idealnie początek małyszomanii. Co do dnia, bo przecież pierwszym wydarzeniem sportowym nowego stulecia był konkurs w Ga-Pa, w którym Adam zameldował się jako poważny faworyt do wygrania TCS. A potem były triumfy w Innsbrucku i Bischofschofen i historia, której opowiadać dalej nie trzeba.

 

W XX wieku sportowcy startujący w sportach zimowych nie dostarczali polskim kibicom zbyt wielu powodów do radości – poza pojedynczymi wyskokami Fortuny czy Łuszczka. W 1992 roku w Albertville zdobyli jeden punkt za ósme miejsce Ustupskiego w kombinacji. Co prawda już w drugiej połowie lat 90. trend się zaczynał zmieniać (mistrzostwo świata Sikory i pierwsze sukcesy Małysza), ale gdyby jeszcze w 2000 roku ktoś powiedział, że już wkrótce polscy sportowcy będą największe sukcesy odnosić zimą, byłby uznany za niespełna rozumu. Tymczasem w Soczi już zdobyli dwa razy więcej złotych medali niż w Londynie. Począwszy od początku XXI wieku pozycja Polski w sportach zimowych rosła, gdy jednocześnie pozycja w sportach letnich (olimpijskich) malała. Dzisiaj doszliśmy do momentu, kiedy te dwie linie trendu się przecięły.

 

Oczywiście ta nasza świeża zimowa potęga była oparta przede wszystkim na indywidualnościach, a nie na systemie (z 14 medali olimpijskich, jakie do dziś włącznie w tym stuleciu zdobyli Polacy, dziewięć zdobyli Kowalczyk z Małyszem). Ale właśnie chyba można powiedzieć, że przynajmniej w niektórych dyscyplinach (w skokach i – być może – w łyżwiarstwie szybkim, mimo braku toru) jakiś system istnieje. A na zimowych igrzyskach medale po prostu zdobywa się dużo łatwiej. O ile latem presja ze strony Azji (a także – w niektórych konkurencjach – Afryki i Karaibów) jest coraz silniejsza, to igrzyska zimowe to jest ciągle zabawa dla Europy i Ameryki Północnej, może jeszcze Japonii i Korei. Chyba nie ma w letnim programie dyscypliny, którą na poważnie uprawiałoby się w dziesięciu państwach, a tak jest ze skokami narciarskimi. Być może więc koncentracja na zimowych dyscyplinach byłaby po prostu trafnym strategicznym wyborem?

 

Byleby tylko zmiany klimatyczne nie przeszkodziły.

Moje osobiste zasługi dla polskiego sportu

Dawno temu, gdy Supergigant był najbardziej opiniotwórczym polskim blogiem sportowym, toczyliśmy na nim zaciekłe spory m.in. o Łukasza Kruczka. Zarówno redaktorzy bloga, jak i znaczna część komentatorów po Kruczku niemiłosiernie jeździła. Że za młody, że jako skoczek był nieudacznikiem (jakby Hess, Kojonkoski, Pointner czy Schödler nie byli), że zmarnuje koniec kariery Małyszowi, który chciał dalej pracować z Hannu Lepistö. Mimo że już w pierwszym roku pracy Kruczka z drużyną zanotowała ona znaczący postęp, przynajmniej na imprezie docelowej (czwarte miejsce drużyny, medal przegrany tylko przez jakiś fuksiarski skok Okabe). Wtedy to – broniąc Kruczka – rzuciłem pomysł, że być może kadrą powinno zajmować się dwóch trenerów. Cytując:

jeśli Małysz potrzebuje indywidualnego trenera, to niech z nim trenuje. Ale trener kadry powinien być rozliczany z osiągnięć drużyny. Moim zdaniem to, co zrobił Kruczek z kadrą w styczniu i lutym, dobre skoki już nie tylko Stocha, ale i Huli, Śliża czy Rutkowskiego, to jest znaczący postęp w porównaniu do czasów Lepisto.

 

Jeśli Supergigant był opiniotwórczym blogiem sportowym (a przecież był!) i jeśli ten komentarz miał jakiś pośredni chociaż wpływ na decyzje sterników PZN i polskiego sportu (które – jak wiadomo – poszły dokładnie w proponowanym przeze mnie kierunku), to mogę sobie przypisać jakiś kawałeczek zasługi za sześć (and counting!) medali, jakie zdobyli polscy skoczkowie od tego czasu na MŚ i IO.

 

Oczywiście ja sobie mogłem tu coś pisać na blogu, ale decyzję w tej sprawie podjął Apoloniusz Tajner – i przy całym moim braku sympatii do niego ta decyzja jest jego ogromną zasługą. Przecież o ile łatwiej, i bezpieczniej, było ściągnąć jakieś głośne nazwisko z zagranicy (czy choćby zostawić Lepistö).

 

Od zawsze jestem zwolennikiem Polskiej Myśli Szkoleniowej. Zagraniczni szkoleniowcy mogą nam dostarczyć krótkoterminowy transfer wiedzy, ale ma on sens tylko wtedy, jeżeli będzie ona przekazana polskim trenerom i później rozwijana przez nich. Ten transfer wiedzy powinien być wręcz warunkiem zatrudnienia zagranicznych trenerów w polskich związkach sportowych (co kompletnie nie zagrało w przypadku Beenhakkera i zupełnie nie gra w polskiej siatkówce). W skokach się to udało.