Jonomania

Najważniejszy artysta mojego życia kończy dziś 70 lat.

 

Idoli muzycznych miałem i mam w moim życiu paru – od Petera Gabriela począwszy, na Joannie Newsom skończywszy. Ale to od Jona Andersona wszystko się zaczęło. To on, to jego głos zamienił szarego zjadacza Listy Przebojów Trójki w fana. Moje muzyczne wtajemniczenia to były kolejne wcielenia Jona. Od Shine, przez I’ll Find My Way Home i Friends of Mr. Cairo, po Anderson Bruford Wakeman Howe. I dopiero na końcu Yes. Śmiało można powiedzieć, że gdyby nie Jon, nie miałbym w sobie tyle cierpliwości i determinacji, żeby odkrywać muzykę Yes – najtrudniejszego w odbiorze z wielkich zespołów progresywnych. Do żadnego innego progresywnego arcydzieła nie przekonywałem się tak długo jak do Oceanów i Relayera.

 

Napisałem kiedyś: “Jon jest nie tylko fenomenalnym wokalistą o absolutnie niepowtarzalnym głosie, nie tylko współtwórcą niemal wszystkich ważnych kompozycji grupy, nie tylko autorem jedynych w swoim rodzaju tekstów, nie tylko faktycznym liderem zespołu przez większość jego historii, ale przede wszystkim żywym symbolem grupy i jednocześnie uosobieniem wartości – muzycznych i, powiedziałbym, duchowych – jakie reprezentował Yes.” Twierdzę, że właśnie z powodu tych wartości Yes stał się ulubioną tarczą strzelniczą antyfanów rocka progresywnego, a wielu fanów przyjmowało ich punkt widzenia. Dlatego takie arcydzieło jak Oceany ma tak złą prasę – bo jak to, rock może być uduchowiony? Może nieść pozytywne przesłanie? To się nie mieści w głowie nie tylko punkowcom, ale i nihilistom spod znaku Pink Floyd czy King Crimson. I dlatego muzyka Yes jest tak bardzo osobna.