Gawryś po 30 latach

Kiedy 30 lat temu polscy brydżyści wygrywali olimpiadę w Seattle, aktualny stan ich meczów był pierwszym newsem we wszystkich radiowych wiadomościach sportowych, “Polityka” poświęciła im główny tekst numeru, a Piotr Gawryś z Henrykiem Wolnym zajęli piąte miejsce w plebiscycie Przeglądu. Dzisiaj gdy ten sam Gawryś z osiemnastoletnim(!) Michałem Klukowskim i czterema innymi kolegami zostaje mistrzem świata, o ich zwycięstwie dowiaduje się przypadkiem miesiąc później. Ot, znaki czasu – czym był brydż wtedy i czym jest teraz. Nie tylko w Polsce zresztą. Prędzej media napiszą o jakimś turnieju pokera niż o sukcesach brydżystów.

Chociaż trzeba mediom głównego nurtu przyznać, że chyba po raz pierwszy od czasów Kasparowa piszą o mistrzostwach świata w szachach…

Kampania, której nie ma

Podobno to są bardzo ważne wybory. Dla PiS-u, bo mógłby wreszcie coś wygrać, dla Platformy, bo mogłyby odwrócić (albo potwierdzić) negatywny trend, dla SLD, bo dają szansę pokazać się jako mocna trzecia siła przed wyborami parlamentarnymi. Dlaczego więc praktycznie nie ma kampanii wyborczej?

 

Mam na myśli przede wszystkim wybory sejmikowe. W moim województwie agenda dla kampanii partii opozycyjnych sama pcha się w ręce – rozliczenie katastrofalnej kadencji zarządu województwa (właściwie dwóch zarządów – Matusiewicza i Sekuły), stojącej pod znakiem klapy Kolei Śląskich i rozgrzebanej budowy Stadionu Śląskiego. Obie inwestycje bezsensowne i bezcelowe, obie fatalnie prowadzone, obie będą przez długie lata rzutować na możliwości finansowe województwa. Otóż partie opozycyjne kompletnie z tej agendy nie korzystają. Rozumiem SLD – trochę głupio mówić o Stadionie Śląskim, gdy jego dyrektorem (co taki dyrektor właściwie robi i za co odpowiada, skoro stadion jest rozgrzebany, a inwestorem jest województwo?) jest kandydat lewicy na prezydenta Katowic. Ale PiS? Mam wrażenie, że tematy kampanii są ustalane centralnie, a spin-doktorzy nie mają zielonego pojęcia o problemach poszczególnych regionów. Ale w takim razie po co w ogóle bawimy się w te wybory do sejmików?

 

Z wyborami miejskimi jest podobnie. Oczywiście w moim mieście nikt nie wierzy, żeby ktokolwiek mógł pokonać urzędującą prezydentkę – ale to jest akurat dość typowe w naszym ustroju samorządowym. Stąd brak mobilizacji i zero dyskusji na kontrowersyjne tematy. Jeszcze dwa tygodnie temu na stronie prezydentki wisiały hasła z kampanii 2010 roku, gdzie sztandarowym punktem była budowa nowego stadionu. Stadion jest rozgrzebany i będzie obciążał finanse miasta (niezbyt dużego i bogatego) przez długie lata (pomijając już utrzymanie samej drużyny, która na tym stadionie będzie grać) – ale tematu nie podejmuje żaden z kontrkandydatów. Naprawdę zazdroszczę Krakowowi czy Warszawie Leśniaka czy Erbel – nie dlatego, żebym uważał ich za dobrych kandydatów, ale dlatego, że zmieniają paradygmat dyskusji o mieście. W Zabrzu przed wyborami nie mówi się o białym słoniu na Roosevelta, nie mówi się o smogu, nie mówi się o fatalnie działającej komunikacji miejskiej. Dobrze przynajmniej, że zaczęto mówić o mieszkaniach komunalnych.

 

Zupełnie poważnie zastanawiam się, czy iść na te wybory.