Domiar energetyczny

Pomysły premiera zdumiewają mnie coraz bardziej.

O dopłatach do kredytów już pisałem, teraz natomiast Donald Tusk zainteresował się taryfami energetycznymi dla gospodarstw domowych. 

"Pojawił się taki pomysł, żeby była pula energii (…) za którą płacimy bardzo niewielkie pieniądze jako gospodarstwa rodzinne, natomiast powyżej tej puli zapłacimy wyraźnie więcej" – powiedział Tusk.
Wyjaśnił, że ci którzy konsumują "możliwie mało energii", powinni mieć także możliwość płacenia "możliwie niskiej ceny".
"Jeśli (kogoś) stać na to, żeby nie zgasić żarówki wieczorem, czy żeby mieć dużo sprzętów, ciągle włączonych, to proszę bardzo, ale będzie musiał płacić wyraźnie więcej" – dodał.

Powszechnie w biznesie i handlu stosowane są taryfy degresywne – im więcej kto kupuje danego towaru, tym relatywnie mniej płaci za każdą jednostkę. Premier proponuje wprowadzenie taryf progresywnych – im więcej kto kupuje, tym droższa jest każda jednostka. Coś jak domiar. Zamiast pójść w stronę rynku, idziemy w stronę dokładnie przeciwną. (Oczywiście już pojawiły się pomysły, że gospodarstwo domowe podpisze dwie oddzielne umowy z dostawcą prądu i dzięki temu nie przekroczy progu, od którego zaczyna się progresja. Polak potrafi).

W sumie jako osoba prowadząca jednoosobowe gospodarstwo domowe, nie używająca prądu do ogrzewania ani do gotowania mogę na tym tylko skorzystać. Ale nie wiem, czy o to Donaldowi Tuskowi chodziło.

 

 

Eurozwalanie

…oczywiście winy. Ludzie w sytuacjach kryzysowych dzielą się na zachowujących się na dwa różne sposoby (pomijam takich, co wpadają w depresję i płaczą w kąciku, bo tacy raczej nie trafiają do polityki). Jedni usiłują znaleźć najlepsze rozwiązanie sytuacji kryzysowej. Drudzy usiłują znaleźć osobę, którą można by obciążyć winą za kryzys. Słuchając wypowiedzi ministra Rostowskiego, odnoszę wrażenie, że należy on do drugiej grupy. Jak dotąd nie usłyszałem od niego żadnej konstruktywnej wypowiedzi, co robić z kryzysem walutowym – za to słyszę, że możliwość wejścia Polski do Eurolandu zmarnowali źli bracia Kaczyńscy. I oczywiście naród mem podchwycił. Jak dobrze mieć braci Kaczyńskich, jest na co zwalić.

PiS rządził od jesieni 2005, od tego czasu prezydentem też był Lech Kaczyński. W 2005 roku nie było tematu szybkiego wejścia do eurolandu: żadna partia nie koncentrowała się na tym temacie w kampanii, obracającej się wokół komisji śledczych, sprawy Jaruckiej i pluszowego misia w lodówce. Słowacja miała harmonogram wejścia do strefy euro już w 2004 roku. My – rok później nie wiedzieliśmy jeszcze, czy i kiedy chcemy do niej wchodzić. Nawet gdyby Kaczyński z Lepperem i Giertychem określili wejście do eurolandu jako absolutny priorytet swojego rządu, w scenariuszu skrajnie optymistycznym Polska mogłaby wejść do mechanizmu ERM II najwcześniej w 2007 roku. A to znaczy, że na początku 2009 roku nadal znajdowałaby się w przedpokoju eurolandu – z wszystkimi tego konsekwencjami. Co więcej, w kryzysie spełnienie warunków konwergencji staje się znacznie mniej realne niż było choćby rok temu.

Słowacja miała szczęście (choć tak naprawdę to się okaże – uniknęła kryzysu walutowego, ale może przeżyć znacznie większą recesję). Polska nie zdążyła do eurostrefy przed kryzysem, ale winny tego nie był Jarosław ani Lech Kaczyński, ale Lew Rywin. Lata 2003-05, kiedy powinny być podejmowane kluczowe decyzje strategiczne, były czasem z tego punktu widzenia zmarnowanym. Nie twierdzę, że nie należało posprzątać po Rywinie, ale wcale nie musiało oznaczać to zgody na dryfowanie państwa. A za tę zgodę PO odpowiada w takim samym stopniu jak PiS.

Ustawa pomogłaby zarabiać jeszcze więcej

Czerwoneiczarne wyśmiewa nagły atak świętego oburzenia Marka Goliszewskiego z Business Centre Club w związku z wypowiedzią Przemysława Gosiewskiego o propozycjach zmian w finansowaniu partii politycznej. Ja tylko chciałbym zwrócić uwagę na ostrość reakcji Goliszewskiego. Gosiewski tylko przedstawia pewne, moim zdaniem realne, zagrożenie – Goliszewski dostrzega w tym atak na biznes. Oczywiście może sobie pisać, że "biznes nie jest zainteresowany finansowaniem jakiejkolwiek partii w zamian za jakiekolwiek ustawianie przetargów czy inne korzyści". Każdy, kto ma pamięć dłuższą niż trzy lata, przypomni sobie załatwianie ustaw o automatach do gier, zestawach głośnomówiących, biopaliwach czy lub czasopismach. Zresztą nawet zakładając, że polscy biznesmeni rzeczywiście już zrobili się uczciwi i zaczęli brzydzić się korupcją, to i tak partia uzależniona od finansowania przez biznes nie zaproponuje rozwiązania dla tego biznesu niekorzystnego. Nie zwiększy podatków dla firm, będzie skłonna forsować rozwiązania korzystne raczej dla pracodawców niż pracobiorców. I tak dalej. System finansowania partii z budżetu działa w tej chwili źle, ale likwidowanie go to wylewanie dziecka z kąpielą. Ale Platforma, partia dobrze i nieźle zarabiających, myśli, że na tym skorzysta, więc puszcza próbne balony. (Rok temu podobnym balonikiem była propozycja, aby każdy sam na swoim podatku zaznaczał, jaką partię finansuje. Oczywiście znów – bogatsi odpisaliby na partię więcej, biedniejsi mniej. I nikt oczywiście tego otwarcie nie powie).

List otwarty Marka Goliszewskiego przeczytałem w "Pulsie Biznesu". W tym samym numerze "Pulsu" można znaleźć śliczny artykuł pod równie ślicznym tytułem "Ustawa pomogłaby zarobić jeszcze więcej". Nie znalazłem w sieci, więc streszczam – firmy produkujące windy chciałyby wprowadzenia ustawy nakazującej przeglądy i remonty wszystkich wind wyprodukowanych w latach 70-90. Oczywiście oficjalnie troszczą się o nasze, użytkowników, bezpieczeństwo – ale sam tytuł w sposób wręcz bezczelnie otwarty mówi, o co naprawdę chodzi. 

Osobiście z dwojga złego wolę, jak lobbysta idzie z takim tekstem do zaprzyjaźnionego dziennikarza z gazetki ekonomicznej niż jak miałby iść do posła, którego kampanię sfinansował.

Czy leci z nami pilot cz. II

Co należy sądzić o prezesie banku centralnego, który w momencie drastycznego załamania kursu polskiej waluty publicznie ogłasza całemu światu, że będą kolejne obniżki stóp procentowych? W sytuacji, gdy widać, że nie stopy procentowe są problemem, ale niedrożność systemu bankowego, ale przede wszystkim gdy załamanie PLN staje się groźbą dla gospodarki nie mniej poważną niż recesja?

Wiem, osłabienie złotego wynika w największej mierze z czynników obiektywnych (dokładnie ze spekulacji na walucie amerykańskich bankierów, polskich dyrektorów finansowych i pokolenia boomu mieszkaniowego). Ale do licha! – przecież tym kryzysem nikt w Polsce nie zarządza. Rząd bawi się w szopki pt. szukanie dwudziestu miliardów (z przesłuchania ministrów zrobiono jakiś spektakl medialny), po czym ma czelność, żeby pod hasłem oszczędności zaproponować… korzystną dla PO zmianę modelu finansowania partii politycznych. Prezes NBP natomiast wypowiada się tak, jakby chciał zachęcić tych inwestorów, którzy jeszcze trzymają złote, żeby czym prędzej je sprzedali.

Ekonomiczny fenomen

Nie, nie chodzi mi o kurs złotego polskiego, czwartej najsłabszej waluty ostatniego półrocza (z tych notowanych w tabeli A NBP: od lipca do grudnia 2008 bardziej osłabiły się tylko grzywna ukraińska, korona islandzka i real brazylijski). Chodzi mi raczej o kurs pomarańczy w Polsce i Hiszpanii.

W Hiszpanii, zwłaszcza na południu, pomarańcze rosną dosłownie na ulicach, są symbolem tego kraju. A jednak bardzo trudno znaleźć w sklepach pomarańcze poniżej jednego euro za kilogram. W Polsce – przy sprzyjających wiatrach, w hipermarketach (ale i na targowiskach) spokojnie się znajdzie smaczne, dobre pomarańcze w granicach pół euro.

Jak to można wyjaśnić? Ujemne koszty transportu czy dumping stosowany przez polskie sklepy?

Pożegnanie z koroną

Słowacką, rzecz jasna. Właśnie sprzedałem w kantorze resztę koron pozostałą z letnich wypadów na Słowację. Przy okazji nieźle na tym zarobiłem – latem kupowałem po 11 groszy, teraz odsprzedałem po ponad 13.

Przez ostatnie 10 lat Słowacja była dla mnie krajem zdecydowanie najczęściej odwiedzanym – były takie miesiące, że praktycznie co tydzień wsiadałem do Batorego czy Olzy i udawałem się w Małą lub Wielką Fatrę, Magurę Orawską czy słowackie Beskidy. Nie liczyłem dokładnie, ile koron na tych wyjazdach wydałem – ale myślę, że na całkiem niezły samochód (no, może nie prosto z żylińskiej fabryki) by się uzbierało.

Teraz będę wydawać euro.

Swoją drogą, jestem bardzo ciekaw, jak wprowadzenie euro wpłynie na słowacką gospodarkę, a w szczególności turystykę. Co prawda mit o taniej Słowacji, w który ciągle wierzy wielu moich znajomych, dawno już przestał być aktualny (wyraźnie tańsze niż w Polsce ostatnio były alkohol i niektóre usługi, np. transport, ale już nie noclegi, żywność czy restauracje). Teraz jednak, zwłaszcza przy obecnym kursie euro, Słowacja zrobi się krajem dla Polaków czy Węgrów krajem po prostu drogim.

Na szczęście noclegi w wielkofatrzańskich szałasach dalej będą kosztować tyle co dotąd.