Co właściwie dzisiaj obchodzimy?

Rocznicę wybuchu II wojny światowej, można usłyszeć i przeczytać we wszystkich mediach.

Gdzieniegdzie jeszcze pojawiają się wyrazy oburzenia, że nie dla wszystkich ta rocznica jest tak samo ważna – Amerykanie swój początek wojny są skłonni bardziej liczyć od Pearl Harbor, Rosjanie od początku Barbarossy. Uwielbiam, gdy zarzucamy innym pomijanie naszej roli w historii i naszych rocznic, a sami tak naprawdę robimy to samo.

Nauczyliśmy się już, że 8 maja 1945 oznaczał koniec DWŚ w Europie, a nie na świecie – w Azji trwała jeszcze kilka miesięcy. Ale przecież z początkiem było dokładnie tak samo. Wojna japońsko-chińska, która bezdyskusyjnie była częścią drugiej wojny światowej, rozpoczęła się na długo przed wrześniem 1939. Mówi się, że ten konflikt był do 1941 roku “lokalny”. Wszystko zależy od punktu widzenia – dla Chińczyków tak samo “lokalny” był konflikt polsko-niemiecki, czy nawet brytyjsko-niemiecki. Rangę światową ta wojna tak czy owak uzyskała dopiero w roku 1941. Czy nie przemawia tu przez nas jakiś podświadomy eurocentryzm?

Swoją drogą, nieświadomość faktu, że Chiny walczyły w DWŚ, jest u nas naprawdę powszechna. Gdyby było inaczej, mem o Polsce jako “czwartej największej sile zbrojnej aliantów” nie miałby szans na zrobienie kariery.

Polityk, który miał pecha

Umarł Mieczysław F. Rakowski. Wieloletni naczelny jednej z najważniejszych gazet w Polsce, która w znacznym stopniu ukształtowała również moje myślenie o polityce (chociaż ostatnio stronniczość "Polityki" i jej bezwarunkowe poparcie dla PO doprowadza mnie do szału, to jednak mimo wszystko dalej ją czytam). I polityk, który miał pecha. Żył w złym miejscu i złym czasie. W Niemczech, Austrii, Szwecji byłby gwiazdą socjaldemokracji. W Polsce – jak już doczekał się samodzielnej pozycji politycznej, to od razu znalazł się na pierwszej linii frontu walki z "Solidarnością" i stał się wrogiem publicznym nr 2. Jak został premierem i wprowadzał przełomowe reformy (jak ustawa o swobodzie działalności gospodarczej), to nikogo one nie obchodziły, bo wszyscy czekali na wielką zmianę polityczną. Jak wreszcie został przywódcą PZPR, to tylko po to, żeby partię rozwiązać.

Po stokroć rację ma Urban mówiąc, że Dzienniki polityczne Mieczysława F. Rakowskiego są kompletnie niedocenionym w Polsce źródłem historycznym. Jeśli już o nich się mówi, to o tomach z lat 60. i 70., kiedy był w hierarchii partyjnej pionkiem. Tomy z lat 80. zawierają wspomnienia człowieka, którymiał bardzo istotny wpływ na kształtowanie polityki państwa; są chyba jedynym źródłem takiej rangi. I jakoś nie widzę, żeby historycy się zajmowali analizowaniem tego źródła, chociaż mogłoby rzucić nowe światło na wiele jak najbardziej współczesnych dyskusji. Dla przykładu: Rakowski wspomina, że Kiszczak chwali mu się swoimi wpływami i wtykami w samej czołówce "Solidarności". Przecież taki fragment to wyjątkowa gratka dla lustratorów, zwłaszcza że Rakowski nie ma żadnego politycznego interesu, żeby w tym przypadku w "Dziennikach" kłamać post factum. Czyżby lustratorzy tak bardzo brzydzili się Rakowskim, że nie biorą jego książki do ręki?

W ogóle mam wrażenie, że lata 80. stają się w historii Polski czymś w rodzaju czarnej dziury. O ile o Marcu, Grudniu czy latach 70. napisano całkiem sporo, to historia podziemnej Solidarności i proces dochodzenia do Okrągłego Stołu jest dla historyków gorącym kartoflem. Nie mówiąc już o takich tematach jak ewolucja partii w tym czasie czy zmiany postaw społecznych. Swoją drogą trudno się dziwić, pamiętając, jaki jazgot wywołała informacja o "negocjacjach" Jacka Kuronia z SB. Oczywiście, w tej atmosferze łatwo o świadome zakłamywanie. Każdy kto żył w latach 80., pamięta, że koce i śpiwory dla bezdomnych Amerykanów były zbierane w odpowiedzi na akcję dostarczania do Polski amerykańskiego mleka w proszku po Czernobylu (w myśl zasady: propagandową hucpą na propagandową hucpę). Tymczasem w artykule z "Dziennika" czytamy, że śpiwory były oferowane w reakcji na akcję pomocy żywnościowej dla represjonowanych członków "Solidarności". Podpisał się pod tym historyk z IPN, Grzegorz Majchrzak. Młodzież uwierzy.

 

Zakłamanie Powstania

Przegraliśmy bitwę o pamięć. Dyskusja o Powstaniu
Warszawskim, tocząca się niemal nieprzerwanie przez sześćdziesiąt lat od jego
wybuchu, została zakończona. Powstanie ostatecznie zostało gloryfikowane jako
akt militarny i polityczny, poświęcono mu specjalne muzeum, osoby
odpowiedzialne za jego wybuch trafiły do narodowego panteonu, a w szczególności
jego główny sprawca, gen. Chruściel, którego w wolnej Polsce powinien czekać
sąd wojenny, został uznany przez obecnego prezydenta Rzeczypospolitej za
„jednego z naszych największych bohaterów”.

Gloryfikatorom powstania udało się dokonać dwóch rzeczy:

Po pierwsze, skierować uwagę na podkreślanie bohaterstwa
powstańców, określić całe powstanie aktem bohaterskim (zwróćmy uwagę na
manipulację – bohaterstwo żołnierzy Powstania jest niejako przenoszone na jego
kierowników i sprawców, także tych, którzy bezpośrednio z wrogiem nie walczyli)
i w ten sposób wyłączyć z dyskusji kwestię, czy powstanie miało sens militarny
i polityczny. W ich ujęciu, jego sensem samym w sobie staje się bohaterstwo.

Po drugie, przenieść odpowiedzialność na klęskę powstania
na innych: Niemców, Rosjan, aliantów. Oczywiście, to Niemcy zgniatali
powstanie, mordowali ludność cywilną i palili Wolę; to Rosjanie nie zrobili
nic, żeby powstaniu pomóc, a wręcz pomoc dla niego uniemożliwiali (nie
zgadzając się na współdziałanie z lotnikami alianckimi, którzy chcieli
je zaopatrywać). Pytanie, czego się po nich polscy politycy powinni
spodziewać, nie pada. A przecież wszyscy zdawali sobie sprawę, że powstanie
jest politycznie wymierzone przeciw Sowietom i koncepcji urządzenia Polski na
ich modłę – i w związku z tym trudno byłoby oczekiwać jakiejkolwiek współpracy
z ich strony. Skądinąd, teza, że Stalin specjalnie zatrzymał ofensywę, żeby nie
pomóc Powstaniu, jest dzisiaj traktowana w polskiej publicystyce historycznej
jako pewnik – tymczasem fakty są takie, że: w ciągu półtora miesiąca Armia
Czerwona przebyła drogę znad Dniepru nad Wisłę (jakieś osiemset kilometrów),
jej komunikacje były w związku z tym rozciągnięte niemiłosiernie, a dowódcy
radzieccy doskonale znali doświadczenia kampanii 1920 roku, gdy po podobnej
ofensywie Tuchaczewski zdecydował się atakować Warszawę „z marszu”. Wreszcie –
w sierpniu 1944 roku głównym kierunkiem operacyjnym stała się Rumunia i tamtejsze
pola naftowe.

Często pojawia się argument, że Warszawa i tak byłaby zburzona, a więc warto
było ponieść tę ofiarę dla „zademonstrowania przed całym światem” – jest to
pozbawiona jakichkolwiek przesłanek spekulacja. W styczniu 1945 roku Niemcy się
wycofywali z centralnej Polski praktycznie bez walki.

Fatalną rolę w utwierdzeniu mitu Powstania odegrała
książka Normana Daviesa. Norman Davies jest uwielbiany przez polskich
czytelników, przedstawia bowiem wizję historii zgodną z ich oczekiwaniami,
odpowiednio polukrowaną i zrzucającą odpowiedzialność za polskie klęski na przemoc
innych, a nie na błędy własne – która to wizja może jednak uchodzić za „obiektywne
spojrzenie z zewnątrz”. Tak też jest i tym razem. Oczywiście, wielką zasługą
Daviesa jest propagowanie Polski i jej historii wśród zachodnich czytelników,
ale skutki recepcji jego twórczości w Polsce są w moim odczuciu jednoznacznie
negatywne.

Pierwszy sierpnia się zbliża, i jak co roku ogarnia mnie
gniew. Gniew na odpowiedzialnych za tę klęskę i tragedię, i gniew na tych,
którzy po sześćdziesięciu latach ich wybielają i gloryfikują. „Fałszywa
historia jest mistrzynią fałszywej polityki”. Fałszywej, gloryfikującej brak
roztropności i kalkulacji sił prowadzący do skazanych na klęskę zrywów,
historii uczono w Polsce międzywojennej. Na takiej historii wychowani byli
oficerowie, którzy podejmowali decyzję o wybuchu Powstania. Dzisiaj powtarzane
są te same błędy. Czekamy na konsekwencje.