MŚ 2018 – podsumowanie

W związku z wyrażanym zapotrzebowaniem krótkie podsumowanie mundialu w Rosji.

 

  1. To nie był mundial ani jakiś spektakularnie dobry, ani spektakularnie słaby. Lepszy od koszmarków z 1990, 2002 i 2006, ale słabszy niż 1994, 1998 czy 2010, mniej więcej porównywalny z tym z 2014.

  2. Kompletnie też nie rozumiem narzekania na “zmęczone gwiazdy”. Tak, niektóre gwiazdy były bez formy i to się zawsze na MŚ zdarzało. Wiele z nich “bez formy” było przez większość wiosny (Lewandowski choćby). Ale przecież całe mnóstwo gwiazd było na tych mistrzostwach w formie fantastycznej. Hazard, Lukaku, Mbappe, Modrić, Cavani, nawet Neymar i Ronaldo bynajmniej na zmęczonych nie wyglądali.

    Tak, różnica w piłce klubowej na najwyższym poziomie i reprezentacyjnej robi się coraz większa, ale to nie jest kwestia “zmęczenia”, tylko konsekwencją tworzenia superklubów grupujących najlepszych piłkarzy oraz coraz większego wyrafinowania taktycznego.

    Problemem tych mistrzostw były nie tyle “zmęczone gwiazdy”, tylko brak jakichś odkryć na miarę Jamesa Rodrigueza w 2014 czy Mesuta Özila w 2010. Albo odkryć “drużynowych” jak Urugwaj w 2010 albo Kostaryka czy Algieria w 2014 (chyba najbliżej tego miana była Rosja).

  3. Francja – w przekroju całego turnieju drużyna wyraźnie najlepsza. Nie najefektowniejsza, nie najbardziej waleczna, ale dysponująca najlepszymi kartami i konsekwentnie je wykorzystująca. Nie rozumiem przy tym tego całego gadania o “słabym mistrzu” i “pragmatyzmie zabijającym futbol”, jakby ludzie opowiadający takie rzeczy pierwszy raz mundial oglądali. W fazie pucharowej Francja ma różnicę bramek 11-5 i rozegrała porywający, fantastyczny mecz z Argentyną. Być może to właśnie on nierealistycznie podwyższył oczekiwania i potem było marudzenie na “zwykłe” 2-0 z Urugwajem. W półfinale też to Francuzom się dostało za to, że jako jedyni w turnieju zneutralizowali potencjał ofensywny Belgów.

 

Dla porównania, bilans bramkowy w fazie pucharowej kolejnych mistrzów od 1986. Serio, do większości z nich bardziej pasują zarzuty o pragmatyzm i minimalizm::

8-3 (Argentyna),

5-2 (RFN),

5-2 (Brazylia),

6-1 (Francja),
7-1 (Brazylia),

7-1 (Włochy),

4-0 (!) (Hiszpania)

11-2 (Niemcy),

11-5 (Francja).

  1. W finale zadziałał bardzo typowy wzorzec, sprawdzający się jak dotąd bezbłędnie na MŚ w XXI wieku. Gra w nim drużyna wyraźnie najlepsza w przekroju całego turnieju z drużyną męczącą się z kolejnymi rywalami i uważaną za wyraźnie słabszą. W finale faworyt jest słabszy, to jego rywal przeważa i ma dogodne sytuacje do strzelenia bramki. Ale i tak ostatecznie wygrywa.

Dominacja Chorwatów przez pierwszą połowę finału była wręcz szokująca, tak szokująca, że aż trudno ją wytłumaczyć (jakaś niedyspozycja Kantego?). Ale Francuzi się otrząsnęli i wygrali. Mundial nie jest sprawiedliwy w kontekście samego finału, ale okazuje się sprawiedliwy w przekroju całego turnieju.

 

  1. Kto mi się na MŚ najbardziej podobał? Francja. Belgia. Brazylia – o której mówi się głównie w kontekście błazenady Neymara, a IMO była to najładniej grająca ekipa canarinhos od 1998, do której wylotu przyczynił się błąd sędziego. Chorwacja – w ich przypadku można mówić o dziejowej sprawiedliwości, bo duet Modrić-Rakitić powinien medal zdobyć już w 2008. Urugwaj – jakby wyglądał ćwierćfinał, gdyby nie kontuzja Cavaniego?

    Jedenastka: Courtois – Meunier, Varane, Vida, Vrsaljko – Kante, Modrić – Hazard, Griezmann, Mbappe – Lukaku. Rezerwowi: Lloris – Trippier, Mina, Maguire, Lucas – Torreira, Pogba – de Bruyne, Coutinho, Perisić – Cavani. Vrsajko na siłę przerzucony na lewą (może grać na obu) – dysproporcja na bokach obrony była znacząca.

    Aha:

    6. Obok Francji największym zwycięzcą MŚ był Władimir Putin. Jeżeli tacy rozsądni komentatorzy jak Andrzej Twarowski piszą, że Rosja jest w sumie fajnym krajem, a to co o niej pisano to propaganda, to cele tych mistrzostw w zakresie “miękkiego PR” zostały zrealizowane.

    Ciekawe czy Trump oglądał mundial.

MŚ 2018 – ranking kontynentalny

Faza grupowa MŚ się zakończyła, więc możemy opublikować podsumowanie rankingu kontynentalnego.

1. KTO WYSZEDŁ Z GRUPY?

Europa odbiła sobie dwa ostatnie mistrzostwa, kiedy to przegrała z Resztą Świata 6:10. Tym razem wynik jest odwrotny (10:6), dokładnie taki jak w 2006 i 1998. Wygląda, że to, że turniej rozgrywany jest w Europie, nadal ma znaczenie.

Resztę Świata reprezentują cztery drużyny z Ameryki Południowej, jedna z Północnej i jedna z Azji/Oceanii.

Po raz pierwszy od 1982 w drugiej rundzie mistrzostw nie ma żadnej drużyny z Afryki. Kryzys afrykańskiej reprezentacyjnej piłki to jest sam w sobie świetny temat do analizy. Pewnie, Maroko czy Nigeria grały fajnie, ale 30 czy 20 lat temu Maroko czy Nigeria nie tylko grały fajnie, ale i wygrywały.

2. WYNIKI PUNKTOWE

Jako kryterium definiuję nie średnią punktów, ale wskaźnik +/-, czyli różnicę między liczbą zwycięstw a porażek podzieloną przez liczbę meczów ogółem – w meczach między kontynentami.

I tak się złożyło, że Europa i Ameryka Południowa wyszły na idealny remis. W pierwszej fazie wydawało się, że Europa rozniesie konkurencję, szłą na poprawienie najlepszego wyniku z 2006 roku, ale w ostatniej kolejce szło jej wyraźnie gorzej. Tymczasem Ameryka Południowa, która po dwóch kolejkach była “na zero” (bilans 4-2-4), w ostatniej zaliczyła pięć zwycięstw i ostatecznie uzyskała taki sam wskaźnik jak Europa: +0,33 (co i tak jest najgorszym wynikiem od 2002).

Udany mundial Azji (tak się składa, że oni mają udany co drugi), przeciętny Ameryki Północnej (ale jak punktuje niemal tylko Meksyk to nie mogło być inaczej), no i bardzo kiepski Afryki. Poprzednio gorszy niż w Rosji wskaźnik +/- Afryka miała w roku… 1974, wtedy kiedy Zair dostał 0:9 od Jugosławii.

midzykontynentalne

 

 

Zagubiona relacja ze stadionu lekkoatletycznego w Rio

13 sierpnia

Miał być pierwszy złoty medal w rzucie dyskiem i spokojny awans do finału Adama Kszczota. Był dramat i nerwy. Piotr Małachowski cały konkurs rzutu dyskiem bezpiecznie prowadził i już dopisywaliśmy sobie złoty medal do dorobku. Niestety! W szóstej rundzie Christoph Harting rzucił 68.37 metrów. Polak nie był już w stanie odpowiedzieć. Ze srebrnego medalu nie potrafiliśmy się cieszyć ani on, ani my.

Równie dramatyczny przebieg miały półfinały na 800 metrów. Kszczot zagapił się i przegrał swój półfinał nie tylko z Davidem Rudishą, ale i z Amerykaninem Murphym, ale szczęście było po jego stronie – dostał się do finału z ósmym czasem, o pięć setnych lepszym niż Kenijczyk Rotich. Kenijczyka w swoim półfinale wyprzedził Marcin Lewandowski, który również awansował do finału z czasem. Polscy biegacze wyczerpali limit szczęścia, liczymy że w finale pokażą, jak są dobrze przygotowani do Igrzysk.

 

15 sierpnia

To miał być nasz dzień na stadionie w Rio. I był.

Konkurs rzutu młotem był zgodnie z przewidywaniami popisem jednej aktorki. Fenomenalna Anita Włodarczyk już pierwszym rzutem zapewniła sobie prowadzenie, drugim przeniosła rekord olimpijski ponad granicę 80 metrów, a w trzecim ustanowiła fenomenalny rekord świata – 82.29 metrów. Nikt z rywalek nie był w stanie jej zagrozić. Joanna Fiodorow nie awansowała do wąskiego finału, a młoda Malwina Kopron poprzestała na eliminacjach – ale jej czas może nastąpić już wkrótce, być może nawet za rok w Londynie.

W sesji wieczornej do walki w finale stanęli ośmiusetmetrowcy. Tym razem Adam Kszczot był czujny i zrewanżował się Murphy’emu za półfinał, przegrywając tylko z Rudishą i Algierczykiem Makloufim. Czas 1.42.85 był drugim tego dnia rekordem Polski. Marcin Lewandowski na szóstym miejscu.

Pokerową zagrywkę przeprowadził Piotr Lisek. Po strąceniu 5.75 przeniósł kolejne skoki na 5.85 – i przeskoczył tę wysokość w pierwszej próbie! Rekordu Polski już nie udało się pobić, ale skok na 5.85 dał naszej reprezentacji trzeci tego dnia medal, ex aequo z Amerykaninem Kendricksem.

 

16 sierpnia

Obawialiśmy się nieco o naszą młodą oszczepniczkę Marię Andrejczyk, która nie przeszła eliminacji na ME w Amsterdamie. I tym razem nie zbliżyła się do swojego rekordu życiowego, ale rzut na 61.92 dał jej awans z jedenastym wynikiem kwalifikacji. Być może poprawi się w finale.

 

17 sierpnia

Po pierwszym rzucie Pawła Fajdka (zaledwie 71.83) zaczęliśmy drżeć, czy nie powtórzy się Londyn, na szczęście drugi był dużo lepszy i dał pewny awans do finału z drugą odległością – o trzy centymetry dalej rzucił tylko Wojciech Nowicki.

 

18 sierpnia

Sensacja! Maria Andrejczyk, która z jedenastym wynikiem weszła do finału, już pierwszym rzutem wyszła na prowadzenie fenomenalnym rekordem Polski – 67.11. Choć rywalki usiłowały się do niej zbliżyć, żadnej się nie udało. Najbliżej była Chorwatka Kolak – 66.18. Wspaniała Barbora Špotáková, idolka Andrejczyk, tym razem musiała zadowolić się czwartym miejscem.

 

19 sierpnia

Paweł Fajdek pierwszy rzut miał spalony, drugim wyszedł na drugą pozycję, a w trzeciej kolejce posłał młot na odległość 79.73 i było jasne, że tego konkursu już nie przegra. Tuż za nim plasował się Wojciech Nowicki, ale ostatecznie przerzucił go Tadżyk Nazarow. Dwa medale w rzucie młotem, plan zrealizowany!

 

20 sierpnia.

Kamila Lićwinko od początku zawodów nie prezentowała się najlepiej. Strąciła w pierwszej próbie na 1.88 i na 1.93, a na 1.97 miała już dwie zrzutki i wszystko wskazywało na to, że zakończy rywalizację na tej wysokości, co da jej dziewiąte miejsce. Tymczasem w ostatniej próbie białostoczanka przeskoczyła poprzeczkę na tej wysokości dołączając do Beitii, Demirewej, Vlasić i Lowe, a potem – skacząc jako pierwsza na 1.99 – niespodziewanie przeskoczyła poprzeczkę, wyrównując swoją “życiówkę” na otwartym stadionie. Następne dwadzieścia minut spędziliśmy na nerwowym obserwowaniu prób rywalek na 1.99, ale żadna z nich nie była już w stanie przeskoczyć tej wysokości. Złoto!

Gdy rok temu w Pekinie lekkoatleci wywalczyli osiem medali, powtórzenie tej liczby w Rio wydawało się niewiarygodne. W rzeczywistości bilans z MŚ został wręcz poprawiony – lekkoatleci wywalczyli również osiem medali, ale aż cztery złote (Włodarczyk, Andrejczyk, Fajdek i Lićwinko), jeden srebrny (Małachowski) i trzy brązowe (Kszczot, Lisek i Nowicki), co stanowi ponad połowę bilansu całej reprezentacji w Rio (łącznie 5-3-7) i najlepszy start olimpijski w historii polskiej lekkiej atletyki. Do tego pięć punktowanych miejsc (Majewski, Jóźwik, Lewandowski i dwie sztafety), co pozwoliło osiągnąć imponujący wynik 72,5 punktu.

 

 

Tak mogło być. Wynik lekkoatletów na MŚ w Pekinie traktowałem jako fuks nie do powtórzenia. Skoro go się jednak udało powtórzyć (a w kategoriach punktowych wręcz poprawić) zaledwie dwa lata później, dlaczego nie udało się tego zrobić w Rio? Tak naprawdę dopiero w kontekście Londynu widać, jaką klapą w lekkiej było Rio.

Pięć dni, dwanaście punktów

1. Wg mojej prognozy pierwsze medale mieliśmy zacząć zdobywać dopiero w czwartek, więc na razie wręcz wyprzedzamy harmonogram. Ale nie o same medale chodzi. Na poprzednich igrzyskach – w Pekinie czy nawet Londynie – nawet gdy reprezentanci Polski nie zdobywali medali, zajmowali miejsca w czołówce. W Rio kończy się piąty dzień igrzysk, a punktowane miejsca mamy jak na razie tylko w kolarstwie (i wirtualnie w wioślarstwie). Niektóre dyscypliny startują na miarę niewielkich oczekiwań i trudno mieć wielkie pretensje do strzelców czy dżudoków. Ale niektóre zaliczają klęskę wręcz epicką.

2. Powiedzieć, że pływacy zaliczają w Rio Waterloo, to nic nie powiedzieć. Jeśli dwóch medalistów MŚ nie wchodzi do półfinałów zaliczając czasy o kilka sekund gorsze od życiówek, to to jest występ po prostu niewyobrażalny. Do tego totalny bałagan organizacyjny. Bardzo bym chciał się dowiedzieć, co się tam właściwie stało.  

3. Oddzielną kwestią jest naprawdę niezrozumiała dla mnie afera dopingowa w ciężarach. O podejrzeniach wobec T.Zielińskiego i Szramiaka mówiło się na długo przed igrzyskami i właśnie z tego powodu prezes PZPC Szymon Kołecki nie chciał ich wysłać do Rio. Jak to się stało, że mimo to pojechali? Jak to się stało, że polska komisja antydopingowa nie zdążyła przebadać ich próbek? Gdybym był dziennikarzem niepokornym, już snułbym podejrzenia, że szef komisji antydopingowej, były polityk PSL, chciał skompromitować naszą ekipę.

4. A nie mówiłem, żeby nie zwalniać trenera ręcznych po ME?

5. Ale jak to możliwe, że Cancellara ma już 35 lat???

Rozważania przed Rio

(Właśnie, jaki jest przymiotnik od Rio de Janeiro?).

Pora na tradycyjny wpis przedolimpijski. Tym razem, podobnie jak przed Londynem, zakręciłem szklaną kulą i wyliczyłem, ile zdobędziemy medali – i wyszło mi, że tych medali będzie aż 12, czyli że przełamiemy trwającą od Aten “klątwę dychy”.

rio21

rio21

 

Jak na mnie to jest mocny optymizm, ale chyba jednak nie niepoprawny?

W sportach walki najbardziej liczę na zapaśników – i skoro w Pekinie medal zdobyła kobieta, w Londynie klasyk, to teraz wypadałoby na wolniaka? Ciekaw jestem też startu Robaka w taekwondo, choć tu na medal może być jeszcze za wcześnie.

W lekkiej atletyce cztery medale to jest dość ostrożna prognoza, biorąc pod uwagę formę polskich lekkoatletów na ostatnich dużych imprezach. Na medale Włodarczyk i Fajdka bukmacherzy nie przyjmują zakładów, wierzę w Kszczota i w niespodziewany medal kogoś z drugiego szeregu (Nowicki? Dobek? kulomioci? Cichocka?). Mam natomiast złe przeczucia związane z Małachowskim i Lićwinko.

W pływaków nie wierzę. chociaż narobili apetytu świetnymi mistrzostwami świata, ale igrzyska to jest inna półka. Jeśli ktoś może zdobyć medal, to Kawęcki, ale raczej też nie.

Jeśli idzie o sportowców również pływających, ale w łodziach, to kajakarze wystąpią zgodnie z wieloletnią olimpijską tradycją (1 medal), po jednym spodziewam się od windsurferów i wioślarzy, a czwarty powinien ktoś dołożyć (największą szansę mają wioślarze).

W ciężarach szans medalowych wiele nie ma, ale Adrian Zieliński powinien podtrzymać trwającą od 60 lat serię. Zresztą tam i tak ostateczną klasyfikację poznaje się na długo po igrzyskach (no i cały czas nie wiemy, którzy rywale będą mogli wystartować).

W ekipie kolarskiej może stuprocentowych pewniaków do medali nie ma, ale jako całość wygląda najmocniej odkąd pamiętam, więc może Maja Włoszczowska, a jak nie Maja to Kasia Niewiadoma, a jak nie Kasia, to może któryś z torowców (choć czas na medale na torze pewnie dopiero nadejdzie). I nie muszę mówić, że oddałbym większość opisywanych tu medali za złoto w indywidualnym wyścigu szosowym mężczyzn, ale tegoroczna forma Kwiatkowskiego czy Majki nie pozwala na takie ekstrawaganckie marzenia.

No i wreszcie sporty zespołowe – co prawda ani siatkarze, ani ręczni nie błyszczeli w tym roku formą, ale droga do medalu naprawdę nie jest długa. A jak nie oni, to może plażowcy? Szans trochę jest i wierzę, że uda się wreszcie przełamać syndrom ćwierćfinału.

Jako dyscyplinę rezerwową obstawiam strzelectwo – fajnie byłoby zacząć igrzyska z medalem. Bo jeśli nie Sylwia Bogacka czy jej koleżanki, i jeśli nie kolarze w wyścigu indywidualnym, to grozi nam, że na pierwszy krążek zaczekamy do piątku.

 

 

Paganini to on nie jest, vol. 3

Reprezentacja Polski zdobyła 12 medali (6 złotych) na ME w lekkiej atletyce i wygrała klasyfikację medalową, co się nie udało nawet przy największych triumfach ery Wunderteamu, w Sztokholmie 1958 i Budapeszcie 1966. I oto czytam tu i ówdzie, że jest to osiągnięcie nic samo w sobie nie warte, a prawdziwą jego wartość zweryfikują igrzyska w Rio.

Generalnie to ja się zgadzam, że rozgrywanie ME na miesiąc przed igrzyskami nie jest najlepszym pomysłem i może prowadzić do zdeprecjonowania tej imprezy (gdybym ja był szefem światowej lekkiej atletyki, przeniósłbym mistrzostwa kontynentalne na lata nieparzyste i zmieniłbym cykl rozgrywania MŚ na czteroletni, tak żeby odbywały się na przemian z igrzyskami). Tym niemniej – w Amsterdamie, w konkurencjach, w których Polska zdobyła medale, zjawiła się zdecydowana większość europejskiej czołówki.

To naprawdę nie jest wina Roberta Sobery, że Renaud Lavillenie zaliczył “zerówkę”. Wiadomo, że w normalnych okolicznościach to się nie powtórzy i niemal na pewno Sobera w Rio rekordzisty świata nie pokona. Dlaczego to ma jednak umniejszać sukces zawodnika, który poradził sobie w trudnych warunkach i skakał na miarę swoich możliwości, w przeciwieństwie do rywali z lepszymi rekordami życiowymi?

Angelice Cichockiej i Adamowi Kszczotowi może być trudno przebić się w Rio przez koalicję kenijsko-etiopską. Wiadomo – geny zawodników z Afryki Wschodniej dają im naturalną przewagę w biegach średnich i długich, a ostatnie doniesienia wskazują, że nie tylko o geny chodzi. Czy jednak jeśli nawet na igrzyskach Angelika i Adam zajmą piąte czy szóste miejsce, to coś im ujmie z tytułu najlepszych w Europie?

Ja tu w ogóle widzę dziwnie podwójną miarę. Zakończony na ćwierćfinale występ polskich piłkarzy w Euro został powszechnie uznany jako sukces i w ogóle nie pojawiały się wątpliwości typu: “prawdziwą wartość tego sukcesu zweryfikują MŚ w Rosji”. Mimo że poziom piłkarskich MŚ jest w tej chwili dużo wyższy niż ME, takich słabych drużyn jak Irlandia Północna czy Ukraina w Rosji nie będzie i żeby wyjść z grupy, trzeba będzie wygrać przynajmniej jeden mecz z solidnym rywalem. Podobnie gdy reprezentacja siatkarek zdobywała mistrzostwa Europy, to po prostu cieszyliśmy się z historycznego sukcesu, a nie zastanawialiśmy się, co to mistrzostwo oznacza w hierarchii światowej. (Skądinąd okazało się, że oznacza niewiele). Dlaczego więc wobec lekkoatletów stosujemy inny standard?

Bratysława 2016, Warszawa 2019?

No więc w Słowacji tamtejszy PiS właśnie stracił większość w parlamencie. Poparcie zjechało mu o 15 punktów procentowych, do 28%.. Cieszycie się, prawda?
 
(Tak, wiem, że SMER występuje w barwach socjaldemokracji, ale tak naprawdę to partia populistyczno-konserwatywna).
 
To teraz zobaczcie, kto za nim:
 
12,1%: Wolność i Solidarność, czyli słowaccy korwinobalceryści – radykalnie liberalni i eurosceptyczni. W Parlamencie Europejskim w bloku Konserwatystów i Reformatorów (tym samym co PiS).
 
11,0%: Zwyczajni Ludzie, czyli rozłamowcy z Wolności i Solidarności. Takie konserwatywne skrzydło PO. Też w bloku Konserwatystów i Reformatorów.
 
8,6%: Słowacka Partia Narodowa. Taka Liga Polskich Rodzin, czyli “umiarkowani” narodowcy.
 
8,0%: Ludowa Partia Nasza Słowacja. Taki ONR, czyli “radykalni” narodowcy.
 
6,6%: Jesteśmy Rodziną. Wodzowska partia z hasłami narodowymi, antyimigracyjnymi, antykorupcyjnymi i popieraniem drobnej przedsiębiorczości, czyli taki Ruch Kukiza.
 
6,5%: Most, umiarkowana, liberalno-konserwatywna partia mniejszości węgierskiej.
 
5,6%: Sieć, kolejna partia centrowa.
 
Pod progiem – chadecy i druga partia mniejszości węgierskiej.
 
Mniejsza, że z tego całego towarzystwa nie da się stworzyć żadnej sensownej koalicji, mniejsza, że będąc Słowakiem pewnie byłbym zmuszony głosować na Sarnę z Krzesłem na Głowie. Istotne jest co innego: kosztem Smeru zyskała przede wszystkim nie liberalno-konserwatywna opozycja, ale nacjonaliści.

I tak samo może być w Polsce za trzy i pół roku, jeżeli wyborcy rozczarowani PiS nie będą mieć innej alternatywy niż ruch obrony status quo ante i radykalna prawica.

 

 

O finansowaniu partii wg Nowoczesnej

W kampanii wyborczej Nowoczesna Ryszarda Petru zapowiadała całkowitą likwidację finansowania partii politycznych z budżetu. Teraz wychodzi z propozycją ustawy, która zakłada utrzymanie finansowania, ale zgodnie z ewangeliczną zasadą “bo kto ma, temu będzie dodane” – za każdą złotówkę wpłat od osób fizycznych państwo dopłaca drugą złotówkę.

 

Lewicowa blogosfera już się zagotowała z oburzenia nad “oligarchizacją polityki” i “robieniem dobrze banksterom”. Skutki będą rzeczywiście właśnie takie – partie, które już są bogate, które mają bogatych członków i sympatyków, staną się w ten sposób jeszcze bogatsze. Natomiast wcale nie jestem przekonany, czy takie są intencje .Nowoczesnych. Wydaje mi się – i chyba to jeszcze gorzej – że dla nich skutki tej “reformy” są kompletnie przezroczyste. Nie widzą, nie zauważają, nie przyjmują do wiadomości, że polityka ma klasowy aspekt.

W kampanii .Nowoczesna otwarcie deklarowała, że oczekuje od swoich kandydatów wpłat – “jedynki” wpłacały po 30 tysięcy. 30 tysięcy złotych to jest więcej niż mediana rocznego wynagrodzenia netto w Polsce (wg i tak zawyżonych danych GUS-owskich) – ile osób spoza górnego decyla dochodowego jest w stanie przeznaczyć takie pieniądze na kampanię, nawet zakładając zbiórkę wśród rodziny i znajomych? To oznacza, że najwyżej notowana obecnie w sondażach partia opozycyjna wprowadziła de facto cenzus dochodowy dla swoich kandydatów (czyli obecnych posłów). I – co gorsza – nie widzi w tym żadnego problemu, wręcz przeciwnie, się tym szczyci. “Bo co to za problem zebrać 30 tysięcy” – słyszałem od znajomych zwolenników .N. Dla dziesiątków milionów ludzi w Polsce byłby to problem. Dla – choćby – większości “jedynek” Razem w wyborach byłby to problem zupełnie nie do przeskoczenia.

 

Na pytanie, czy naprawdę chcemy polityki, w której zaistnieć mogą tylko ludzie z górnych 10% (albo mający znajomych z górnych 10%) każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Ja nie chcę.

 

 

 

Zamiast rankingu prezydenckiego

Nie będzie w tym roku tradycyjnego rankingu prezydenckiego – nie ma w tym roku właściwie żadnych kandydatów, na których mógłbym ewentualnie głosować, a zastanawianie się, czy bardziej mi odpowiada Korwin, czy jednak kandydat Ruchu Narodowego (do tego fan Józefa Piłsudskiego… jeżeli była jedna rzecz, w której zgadzałem się z narodowcami, to była to niechęć do kultu marszałka, i nawet tę mi odebrali) przestało być zabawne.

 

W innych okolicznościach mógłbym rozważyć głos na Janusza Palikota. Problem polega na tym, że jego kariera polityczna i tak nie ma przed sobą żadnych perspektyw, więc z punktu widzenia strategicznego byłby to głos zmarnowany. Palikot mógł zrezygnować z kandydowania i dać zielone światło Barbarze Nowackiej, której kandydatura mogła być akceptowalna nie tylko dla TR, ale i (wyborców i aparatu) SLD, a także dla zwolenników lewicy niechętnych żadnej z establlishmentowych partii (takich jak piszący te słowa). Niestety, ambicja zwyciężyła, a sam przewodniczący nie ma szans uciułać więcej niż parę procent, co będzie wynikiem bez znaczenia dla przyszłości lewicy.

 

Jedyną prawdziwie lewicową kandydatką i moim pierwszym wyborem była Anna Grodzka, ale nie zebrała podpisów. Oczywiście przeszkodziła jej orientacja seksualna, która skutecznie przesłoniła dziennikarzom i komentatorom jej program społeczny (okazało się, że w Polsce bycie gejem już nie musi przeszkadzać w wyborach, ale bycie transseksualistką zdecydowanie tak), oczywiście przeszkodziła jej dywersja ze strony Wandy Nowickiej, ale też nie da się ukryć, że te wybory po raz kolejny potwierdziły wyczerpanie się dotychczasowej formuły niezależnej lewicy, która znów nie potrafiła zebrać podpisów.

 

Dlatego z tak wielką nadzieją witam inicjatywę Razem.

 

Nie tylko dlatego, że jest to (wreszcie!) inicjatywa łącząca zdecydowanie lewicowy program społeczny z progresywnym i racjonalistycznym programem światopoglądowym – więc odpowiada mi na wszystkich trzech wymiarach politycznego kompasu. Inaczej niż palikotowcy, którzy co prawda są progresywni i racjonalistyczni, ale gospodarczo liberalni, i inaczej niż Zieloni, którzy są progresywni i (o tyle o ile) prosocjalni, ale niekoniecznie racjonalistyczni. (Chwiejne stanowisko Anny Grodzkiej w sprawie szczepień kosztowało ją poparcie przynajmniej paru znanych mi osób). Także dlatego, że – z tego co widzę – inicjatorzy nowej partii mają świadomość błędów popełnianych wcześniej i silną wolę uniknięcia ich. A okazja jest jedyna w swoim rodzaju, bo pole się oczyszcza – zarówno SLD jak i TR już nawet przestają się określać jako lewica, zresztą obie partie są na najlepszej drodze do zejścia ze sceny politycznej. Więc jeśli nie teraz budować nową lewicę, to kiedy?

Co odradza MSZ

Niektórzy politycy wpadli w taką histerię w związku z zamachem w Tunezji, że trudno się oprzeć wrażeniu, że na coś takiego wręcz czekali. Pomijam już Radka, któremu się ostatnio tak wszystko miesza, że aż zaczynam mu współczuć, pomijam Biernackiego bredzącego o “naszym 11 września”, ale dzisiaj w Trójce jakiś przedstawiciel MSZ oburzał się, że już dawno ministerstwo wydało ostrzeżenie co do wyjazdów do Egiptu i Tunezji, a te wstrętne firmy wycieczkowe go nie posłuchały. (A potem jakiś bubek opowiadał, że w efekcie “tak zwanej dekolonizacji” Afryka stała się kontynentem niebezpiecznym, bo wodzowie plemienni zaczęli walczyć między sobą. Rzyg).

Ciekawe, czy MSZ wydał ostrzeżenie w sprawie wyjazdów do Francji. Albo – w 2001 – do USA.

Być może ryzyko zamachu w krajach arabskich jest wyższe niż przeciętne, ale w dzisiejszych czasach nie ma miejsc w pełni bezpiecznych – wczoraj zamach zdarzył się w Tunisie, jutro może zdarzyć się w Marsylii, Londynie czy Berlinie. Albo w Warszawie. Żałosne jest przekonywanie przez służby MSZ, że mają one wiedzę nad tym, gdzie zagrożenie terrorystyczne jest, a gdzie go nie ma. Chciałbym, żeby raczej powiedziały, że tak, zagrożenie terrorem istnieje i trzeba z nim żyć – i niekoniecznie oznacza to rezygnowanie z planów wakacyjnych. A jeśli raz na jakiś czas ktoś w zamachu zginie – to nie jest od razu powód do ogłaszania żałoby narodowej.