10 lat minęło

Piotr Kosiński zrobił w Nocy Muzycznych Pejzaży niespodziankę i przypomina audycję bodaj z 1998 roku prowadzoną wspólnie z Tomaszem Beksińskim – z okazji już dziesiątej rocznicy śmierci Tomka. I w tej audycji TB narzeka na to, jak trudno w internecie wyszukać jakiekolwiek treści, jak wiele śmieciowych adresów wyskakuje przy wyszukiwaniu. Dopiero przy takich okazjach uświadamiamy sobie, że Google nie był “od zawsze”, chociaż przecież sam pamiętam wyszukiwania Altavistą czy jakimś innym Yahoo.

Poświęciłem kiedyś Tomkowi spory wpis, i wspominałem w nim między innymi, jak się dowiedziałem o jego śmierci – 26 grudnia, w nocnej audycji Piotra Kaczkowskiego (dlatego też zawsze w moim przypadku wspomnienia wracają w drugie święto, a nie w Wigilię). Tak się zastanawiam, czy dzisiaj już rano 25 wiadomość o śmierci znanego prezentera i tłumacza nie byłaby na stronie głównej wszystkich portali i czerwonym pasku TVN24, a reporterzy wszystkich mediów nie prowadziliby relacji na żywo (być może tylko świąteczna pora by ich powstrzymała). Niby tylko 10 lat, a jakie zmiany obyczajowości.

Jakie zdanie o dzisiejszych mediach i w ogóle dzisiejszym świecie miałby TB, aż boję się myśleć.

Obsesja bezpieczeństwa

Żyjemy w czasach coraz bardziej obsesyjnej obawy o bezpieczeństwo, a już szczególnego rozmiaru ta obsesja nabiera, gdy chodzi o bezpieczeństwo dzieci. Ostatnio ze zdziwieniem dowiedziałem się, że w dzisiejszych czasach pozwolenie dziecku z ostatnich klas podstawówki, czy nawet gimnazjaliście na samodzielny powrót do domu jest przejawem jakiegoś szalonego ryzyka – co więcej, że szkoła na taki powrót nie pozwoli. Pamiętam, gdy mając dziewięć lat samodzielnie jeździłem autobusem z Piotrowic do centrum Katowic na gimnastykę korekcyjną. Dzisiaj moimi rodzicami pewnie zainteresowałby się Sąd Rodzinny – tak jak ma się podobno  zainteresować kobietą, która wyszła do sklepu i zostawiło czteroletnie dziecko. Nie ma co prawda żadnych przesłanek, żeby dziecko miało zrobić coś nierozsądnego, ale mogło wypaść przez okno.

Nie wierzę w to, że świat się aż tak bardzo zmienił, że pedofil czy złodziej czyha za każdym rogiem, że nie da się nauczyć w miarę inteligentnego dziesięciolatka zasad bezpiecznego przekraczania ulicy (choćby bardziej ruchliwej niż te ćwierć wieku temu). I uważam, że rodzice chcąc zabezpieczyć swoje dzieci przed wszelkim możliwym ryzykiem tak naprawdę robią im krzywdę. Ale wiem – zostanie wytoczony argument: “Jak sam będziesz miał dzieci, to zobaczysz”. Nie ma co ukrywać – argument zamykający dyskusję.

List otwarty do Fundacji Batorego

Fundacja im. Stefana Batorego

Program “Równe Szanse”


Szanowni Państwo,

Po raz kolejny postanowiłem w tym roku swój Jeden Procent przeznaczyć – za
pośrednictwem programu “Równe Szanse” Waszej fundacji na pomoc zdolnym
dzieciom ze wsi i małych miast – i po raz kolejny Państwo przekazane m.in.
przeze mnie pieniądze wyrzucają w błoto, wysyłając kartki świąteczne
przekonujące mnie do wsparcia Waszej fundacji.

W związku z tym informuję, że w 2009 roku po raz ostatni przekazałem swój Jeden Procent na program “Równe Szanse”. W roku 2010 postaram się, aby mój Jeden Procent trafił do instytucji, która być może nie ma tyle pieniędzy co Fundacja Batorego i nie marnuje ich na działalność marketingową, tylko
przeznacza je rzeczywiście na pomoc dzieciom chcącym się uczyć.

Z poważaniem

airborell

Jak zdążyłem na Indukti

Weekend spędziłem w Inowrocławiu, na festiwalu Ino-Rock. Wśród wykonawców – młoda gwiazda polskiego pokręconego rocka progresywnego, Indukti z Warszawy; Włosi z Nosound, których postrockowo-artpopowo-floydujące granie stało się zupełnie niespodziewanie całkiem ważne dla mnie ostatnio; i jako headliner – były gitarzysta Genesis, który jako jedyny z najsłynniejszego składu pozostał wierny dawnemu, artrockowemu obliczu zespołu – Steve Hackett. Bardzo miła impreza, wszystkie koncerty udane, ale chyba największe wrażenie zrobili na mnie Indukti. A miałem w ogóle ich występu nie zobaczyć… bo przecież tego dnia był półfinał i chociaż natura fana walczyła z naturą kibica, to jednak stwierdziłem, że jeszcze w życiu nie widziałem polskich siatkarzy walczących o finał ME – i nie wiadomo, kiedy następnym razem zobaczę.

Okazało się, że siatkarze postanowili umożliwić mi usłyszenie Indukti i uporali się z Bułgarią w niecałe półtorej godziny :).

Trochę głupio pisać o półfinale, gdy za chwilę zaczyna się wielki finał, ale w samochodzie na trasie Inowrocław-Licheń-Uniejów-Katowice (swoją drogą, kiedyś trzeba będzie wreszcie popełnić wpis o wyższości dróg wojewódzkich nad krajowymi) miałem sporo czasu na snucie refleksji, a szkoda by było, żeby się zmarnowały. Więc oto parę gniewnych myśli:

1. Rzadko się zdarza, żeby pierwsze dwie-trzy akcje tak bardzo zwiastowały przebieg całego meczu. Jakaś niemrawa obrona Bułgarów, jakaś piłka, z której mogłaby pójść kontra, ale w wyniku nieporozumienia została oddana za darmo – widać było, że są jakoś zaspani. I zostało im do końca. Ostatnia akcja meczu też jest jakimś tam symbolem – do Gruszki nie skoczył żaden z bułgarskich blokujących. Nie dlatego, że Zagumny tak wspaniale rozegrał (chociaż w ogóle wczoraj zagrał genialnie), tylko dlatego, że byli już kompletnie zrezygnowani i nie wierzyli w sens walki do końca.

2. Można dzisiaj żartować ze “słabszej” połówki, z której ostatecznie dwie drużyny trafiły do finału – gwoli sprawiedliwości należałoby jednak przyznać, że Polska miała w turnieju swoje momenty słabości. I gdyby trafiły one na silniejszą drużynę niż Słowację czy nawet Hiszpanię (w formie z tych mistrzostw), tego półfinału mogłoby nie być.

3. (Właśnie to samo mówi I.Mazur w studiu) Parą podstawowych przyjmujących medalistów ME jest… para rezerwowych przyjmujących Skry Bełchatów.

4. Wielcy nieobecni. Paradoksalnie, jestem skłonny twierdzić, że kontuzja Sebastiana Świderskiego pomogła polskiej reprezentacji. Nie chcę, żeby to zabrzmiało źle, bo już kiedyś ośmieliłem się skrytykować Sebastiana i miałem na karku zwartą grupę jego fanek i fanów, ale od dawna uważam, że Świderski (którego bardzo cenię jako siatkarza i sportowca) nie wytrzymuje najważniejszych spotkań i w nich regularnie zawodzi – i w dużej mierze dlatego polscy siatkarze nie osiągali sukcesów, jakie odnosić powinni. Gdy bowiem zawodzi teoretyczny lider ekipy, trudno jest ekipie się pozbierać – a z kolei trenerowi trudno podjąć decyzję o zdjęciu lidera z boiska. Kurek pewnie jest gorszym siatkarzem od Świderskiego, ale na tych ME właśnie im ważniejszy mecz, tym lepiej gra.

Tak czy owak, ciekaw jestem, jak będzie wyglądała walka o miejsce w szóstce na skrzydłach – bo przecież Michała Bąkiewicza po takich mistrzostwach nie da się dłużej traktować jako dogodnej zapchajdziury, jaką był przez ostatnie lata. Jeszcze większy problem będzie z Piotrem Gruszką – jemu się nawet pozycję zmienia.

Nic, dalsze uwagi po finale :).

 

O wyższości Sudetów nad Beskidami

Tytuł jest zamierzoną prowokacją, oczywiście. W najdosłowniejszym z sensów Sudety (najwyższy szczyt 1602 metry npm) nie są oczywiście wyższe od Beskidów (najwyższy szczyt 1725 metrów). Co do sensów mniej dosłownych, jestem osobnikiem niejako wychowanym na Beskidach. Moje góry to były wielkie polany pasma Lipowskiej, gorczańskie szałasy, przysiółki przycupnięte gdzieś pod Jałowcem, wyludnione doliny Beskidu Niskiego. W Sudety pierwszy raz przyjechałem w wieku 20 lat. I choć za każdą wizytą znajdowałem tam coś, co mnie zachwycało (Lasówka; zaśnieżone Karkonosze nad morzem chmur w listopadzie; Val d’Isere!), choć mieszkając przez jakiś czas we Wrocławiu miałem więcej czasu, żeby je poznać, cały czas miałem wrażenie, że w tych górach nie czuję się “u siebie”. Że nie są tak sielskie, tak przyjacielskie jak moje Beskidy.

Nie, nie zmieniłem zdania. Ale spędziwszy ostatni wydłużony weekend właśnie w Sudetach Zachodnich, jestem skłonny stwierdzić, że biorąc pod uwagę zarówno ilość, wartość jak i różnorodność atrakcji turystycznych w szeroko rozumianych okolicach Jeleniej Góry, jest to – nie bójmy się słów – najciekawszy turystycznie region w Polsce.

Czego tu nie mamy? Zamki: od Czochy, przez Chojnik i Niesytno, po Bolków i Świny. Pałace. Zabytki sakralne najwyższej klasy: nie sięgając już po jaworski Kościół Pokoju i imponującą strzegomską bazylikę (powiedzmy już na pograniczu obszaru, o którym mówimy), w samych Sudetach mamy Wang, a tuż pod nimi – jeleniogórski Kościół Łaski i opactwo krzeszowskie. Urocze (choć niestety potwornie zaniedbane, ale to niestety charakterystyczny dla całego Dolnego Śląska rys) miasteczka i wsie. I to, co chyba jest znakiem firmowym tej części Sudetów w skali całej Polski: zabytki techniki. Dawne kopalnie. Zapory wodne tworzące urocze jeziora. Najpiękniejsze bodaj w Polsce linie kolejowe, z imponującymi wiaduktami i tunelami.

I tu płynnie przechodzimy do walorów krajobrazu. O jeziorach już wspomnieliśmy, o przełomach rzecznych jeszcze nie – a taki Bóbr tworzy przełomową dolinę praktycznie na całym odcinku od granicy państwa gdzieś za Lwówek Śląski, z dwoma rozszerzeniami w pobliżu dwóch Gór – Kamiennej i Jeleniej. Niektóre z odcinków tych przełomów – np. ten między Rudawami Janowickimi i Górami Ołowianymi, albo dalej odcinek poniżej Jeleniej Góry – niewiele, jeśli w ogóle, ustępują okrzyczanym przełomom Dunajca, Popradu i Sanu. Dalej – odsłonięcia skalne. W Beskidach rzadkość absolutna, w Sudetach powszechne. Nie wspinam się co prawda, ale i tak fajnie jest popatrzeć na formy skalne w takich Sokolikach czy Zaworach. Wreszcie – góry same w sobie. Karkonosze to oczywista oczywistość. Za każdym razem, gdy w nie wracam, lubię je bardziej – zwłaszcza gdy uda mi się zapuścić choć na chwilę na czeską część pasma, skąd dopiero widać ogrom tego płaskowyżu, rozciętego głęboką doliną górnej Łaby. W Izerskich zakochałem się od pierwszego wejrzenia i jestem im wierny od sześciu lat. Rudawy… Skalnik, Sokoliki, Kolorowe Jeziorka, ale ja przeżyłem w tym roku kompletne zachwycenie uroczymi łąkami nad Przełęczą Karpnicką, z Karkonoszami w tle. No i zamykające region od północnego wschodu Góry i Pogórze Kaczawskie. Trochę niedoceniane, nie będące może celem turystycznym samym w sobie (chociaż… Ostrzyca rzuca się w oczy ze wszystkich miejsc w okolicy), ale to właśnie stamtąd rozciągają się najpiękniejsze panoramy Kotliny Jeleniogórskiej i Karkonoszy.

Nadal brak mi w Sudetach tej sielskości i swojskości Beskidów. Jednak jest i odwrotna strona medalu. W Beskidach (pominąwszy Niski i Bieszczady, których powojenne losy są jakoś tam analogiczne do sudeckich) nie ma szans na taką dolinę jak Dzika Orlica czy Val d’Isere. Byłaby gęsto zabudowana, zaludniona i ruchliwa. W Sudetach nawet wsie wyglądają inaczej. Są mniej rozrośnięte, zostawiając więcej przestrzeni łąkom i lasom.

Na grupie usenetowej pl.rec.gory ktoś wylansował kiedyś powiedzenie “Sudety to nie góry”. Dzisiaj, wreszcie, mogę śmiało mu zaprzeczyć.

A poniższe zdjęcie, zrobione ze stacyjki Pilchowice Zapora, mogłoby być reklamówką jeleniogórskich atrakcji w pigułce:

 

Kolejne potwierdzenie

Znalezione w Wikipedii:

Przy założeniu, iż TVP1 będzie nadal emitowała "Modę na sukces" dwa razy dziennie od poniedziałku do soboty, to w 2012 roku odcinki wyświetlane w Polsce zrównają się z odcinkami wyświetlanymi wówczas w stacji CBS.

Co jest kolejnym potwierdzeniem teorii, że w 2012 roku nastąpi koniec świata. 

O Wielkim Piątku

Ubawił mnie dzisiejszy sondaż w radiu dotyczący wprowadzenia dnia wolnego w Wielki Piątek, a w szczególności pani, która argumentowała w następujący sposób: "Niech Wielki Piątek będzie wolny, bo będzie można w spokoju posprzątać na święta". Oczywiście zdaję sobie sprawę, że trudno ten głos traktować jako reprezentatywny. Faktem jest, że co prawda dzisiaj oficjalnie pracowaliśmy – w praktyce połowy załogi nie było, druga połowa zajmowała się głównie odbieraniem maili z życzeniami.

Jeżeli mnie, niechrześcijaninowi, wolno w ogóle w tej kwestii się wypowiadać, to sądzę, że paradoksalnie wprowadzenie wolnego Wielkiego Piątku odebrałoby mu część tej niezwykłej atmosfery, jaką ma teraz. Stałby się po prostu "pierwszym dniem świąt", znaczna część tego nastroju oczekiwania gdzieś by uleciała. A ci, co naprawdę chcą uczcić pamięć o śmierci Chrystusa, i tak to robią. 

Dla mnie Wielki Piątek to jest bodaj jedyny dzień w roku, kiedy w radiu w paśmie przedpołudniowym można usłyszeć Davida Sylviana. Tak mało jest dni, kiedy mass-media mogą sobie pozwolić na wyciszenie. Dlaczego?

Kto jest rasistą

Byłem wczoraj na Happy-Go-Lucky Mike’a Leigh. Głównymi bohaterami tego filmu są Polly, skrajnie ekstrawertyczna i optymistycznie nastawiona do życia dziewczyna, i Scott, jej instruktor jazdy, introwertyczny psychopata, zwolennik teorii spiskowych, osobowość autorytarna, homofob i co tam jeszcze. Mam wrażenie, że Polly miała być pozytywną bohaterką – jednak jest tak pozbawiona empatii w tym swoim ekstrawertyzmie, że mnie zaczęła denerwować; natomiast Scott został przedstawiony tak czarną kreską, że dość szybko zacząłem się z nim, ze zwykłej przekory, identyfikować. W każdym razie jest w tym filmie następująca scenka: Polly jedzie ze Scottem, Scott dostrzega przechodzące dwie osoby o odmiennym kolorze skóry i natychmiast każe Polly zablokować drzwi samochodu i skręcić w przeciwną stronę. Polly jest oburzona. Oczywiście Scott musiał być rasistą, oczywiście Polly musiała rasizmem się brzydzić – tak te postaci są narysowane. Niby film dobry, ale taki niesmak po nim pozostał.

Wychodząc z kina przypomniałem sobie zdarzenie sprzed kilku lat ze Słowackiego Raju. Właśnie przeszliśmy z koleżanką Przełom Hornadu, a że było już za późno na powrót górą, zdecydowaliśmy się na spacer podnóżami, kierując się na miejscowość Letanovce. Ponieważ w labiryncie hrabušickich uliczek łatwo się pogubić, zapytaliśmy jakiegoś Słowaka, którędy iść. Ten wpadł w przerażenie i zaczął krzyczeć: Tam jest osada Romów, Romowie kradną, Romowie was napadną, nie idźcie tamtędy. Byłem przekonany, że mam do czynienia z jakimś słowackim rasistą, ale koleżanka się przestraszyła i nalegała, żebyśmy wracali autobusem, więc cóż było zrobić. Później spotkałem znajomych, którzy nie spotkali Słowaka-rasisty i poszli przez Letanovce – gdzie zostali poobrzucani kamieniami i zgniłymi kartoflami. 

Jestem zdecydowanym zwolennikiem politycznej poprawności, ale polityczna poprawność nie powinna oznaczać zamykania oczu na rzeczywistość. Slumsy w Letanovcach są faktem, tak samo jak faktem był mord w Veszprem czy – przeskakując z naszej części Europy – zamieszki na przedmieściach Paryża. Z drugiej strony faktem jest (czy przynajmniej była w czasach gorszej koniunktury) dyskryminacja tych Romów na Słowacji (i nie tylko), którzy akurat chcą pracować. Udawanie, że tych problemów nie ma, a ci, co o nich mówią, to rasiści, jest głupie. 

Pod jednym z poprzednich wpisów Zamorano przywołał dyskusję na blogu WO o antysemityzmie. Sam się tej dyskusji przyglądałem z przerażeniem, odnosząc wrażenie, że w Polsce już nie można normalnie o antysemityzmie rozmawiać, że kto twierdzi, że antysemityzm może nie jest w Polsce problemem pierwszego rzędu, ryzykuje, że sam zostanie zwyzywany od antysemitów, a przynajmniej prawaków. Taki dyskurs w dużej mierze został narzucony przez "Gazetę Wyborczą" i słynny wywiad Michalskiego z Michałem Cichym jest jakąś tam próbą wyjaśnienia jego źródeł. Ale przecież o tym też lepiej nie mówić.

PS. A propos słowackich Romów, polecam książkę Karla-Markusa Gaussa Psożercy ze Svini (zresztą wszystkie inne jego książki też). Nie jest poprawna politycznie

Dobre miejsce na gniazdo

Polska bocianim rajem Europy, ale czegoś takiego w Polsce nigdy nie widziałem:

 (Podobno na Warmii – polskim bocianim zagłębiu – takie przypadki się zdarzają. W okolicach Kordowy takie widoki to norma. Ciekawe, czy jak się już zlaicyzujemy podobnie jak Hiszpanie, to u nas gniazda bocianie też masowo zagoszczą na kościelnych wieżach. O ile oczywiście wraz z laicyzacją nie nastąpi debocianizacja).

Nowy-stary medal, nowy-stary rekord

Niedawno mistrzami świata w sztafecie 4×400 metrów zostali polscy lekkoatleci. Nie byłoby nic w tym dziwnego, gdyby nie to, że bieg, który dał im to mistrzostwo, miał miejsce dziewięć lat temu podczas MŚ w Sewilli, gdzie wspaniałą czwórkę Bocian-Czubak-Haczek-Maćkowiak wyprzedzili tylko Amerykanie. A że Antonio Pettigrew przyznał się do stosowania dopingu… (swoją drogą, jestem gotów przyjmować zakłady, że bynajmniej nie tylko on w tej sztafecie się szprycował) medal im zabrano i przyznano chłopakom Lisowskiego. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak czuje się ktoś, kto po dziewięciu latach dowiedział się, że jest mistrzem świata.

Sam nie biegam na 400 metrów, chodzę natomiast po górach i w związku z tym prowadzę prywatny rejestr rekordów życiowych wysokości. Do dzisiaj byłem przekonany, że tego lata wchodząc na najwyższy szczyt Andory, Pic de la Coma Pedrosa (2946 m) pobiłem swój dotychczasowy rekord, jakim była bułgarska Musala (2925 m). Tymczasem dzisiaj przeczytałem, że wg nowych pomiarów Musala ma 2971 metrów i taką wysokość podaje tablica na szczycie. To po co ja się na tę Coma Pedrosa wspinałem?? ;).

Swoją drogą, właśnie obchodzono 70. rocznicę przyłączenia do Polski Jaworzyny Tatrzańskiej i kawałka Tatr Wysokich. Gdyby taka granica się utrzymała, biedne byłyby dzieci w szkole, uczestnicy teleturniejów i kolekcjonerzy Korony Europy – do tej pory nie wiadomo za bardzo bowiem, czy najwyższym szczytem Polski w granicach z 1939 roku był Zadni Gierlach czy Lodowy Szczyt.