Pytania do Szymona Hołowni

Szymon Hołownia ogłasza plan założenia partii i startu w wyborach. Mam wiele sympatii do niego, w wyborach prezydenckich był moją drugą opcją, po Biedroniu, i będę z zainteresowaniem obserwował dalsze kroki. Tym niemniej mam parę pytań:

1. Zaplecze. Akcja “to ja stoję za Hołownią” była fajna i sympatyczna, ale umówmy się – miała charakter bardziej piarowy niż pokazujący rzeczywiste zaplecze polityczne Hołowni.

Hołownia przedstawił swoich ekspertów – chociaż część z nich, w tym tak szanowane przeze mnie osoby jak Rafał Matyja czy Piotr Kuczyński już jego zespół opuściło i chętnie dowiedziałbym się dlaczego. Nic nie wiemy natomiast o osobach, które tworzą struktury regionalne: skąd się wywodzą, czym się zajmują, jakie mają poglądy. Nie znamy nawet ich nazwisk. A to oni będą kształtować ruch, nie lider.

2. Program. Program Hołowni pod wieloma względami jest mi bliski i jak wspomniałem, mógłbym na niego głosować. Tym niemniej chciałbym wiedzieć, czym on się _istotnie_ różni od programów KO, Lewicy i PSL – poza typowym dla nowych partii antypartyjnym sznytem oraz świeżością i “fajnością” (która, jak pokazują przykłady Nowoczesnej i Wiosny, nie trwają wiecznie).

3. Co jest o tyle istotne, że PiS ma nadal około 40% poparcia, a bratobójcza walka na opozycji może mu zapewnić zwycięstwo w kolejnych wyborach. W 2019 roku, przy czterech partiach opozycji i praktycznym zerze głosów zmarnowanych, PiS potrzebował 43% głosów, żeby mieć większość w Sejmie. Otóż D’Hondt działa tak, że każda kolejna partia opozycji próg do samodzielnej większości PiS zmniejsza. Przy pięciu partiach opozycji PiS-owi wystarcza już ok. 40%, i to przy założeniu że nikt nie spada pod próg. Czy liderzy ruchu biorą pod uwagę ryzyko rozdrobnienia opozycji, które da PiS-owi trzecią kadencję?

(Żeby było jasne: nie jestem zwolennikiem Zjednoczonej Opozycji, tylko rozsądnego podziału wewnątrz niej. Nie jestem natomiast przekonany czy ruch Hołowni taki podział pozwoli utrwalić).

Hołownia jest odpowiedzialnym politykiem i wierzę, że na te pytania będzie w stanie odpowiedzieć.

Ranking Prezydencki 2020

Ponieważ już wiadomo, kiedy wybory prezydenckie się odbędą i mniej więcej wiadomo, kto w nich wystartuje, pora na deklaracje.

W pierwszej turze zagłosuję na Roberta Biedronia.

Mamy już jasną sytuację – jest prawie pewne, kto znajdzie się w drugiej turze, więc w pierwszej można sobie darować jakieś taktyczne rozważania pt. “który kandydat opozycji miałby większe szanse z Dudą” i po prostu zagłosować zgodnie z własnym sumieniem. Biedroń jest jedynym kandydatem, który całościowo sposób reprezentuje bliskie mi wartości: wolność, równość, demokrację i sprawiedliwość społeczną. I dlatego lewicowi wyborcy powinni głosować na niego.

Zasadniczy problem Biedronia, który zresztą miałby każdy inny kandydat Lewicy, polega na tym, że wyborcy Lewicy oczekują w tych wyborach przede wszystkim pogonienia Andrzeja Dudy z Pałacu Prezydenckiego – a wiadomo, że inni kandydaci mają na to większe niż Biedroń szanse.  Pamiętajmy jednak, że po to właśnie wybory prezydenckie mają dwie tury, żeby w pierwszej głosować na kandydata, który jest nam najbliższy.

W drugiej turze – jeśli Biedroń do niej nie wejdzie – zagłosuję na kogokolwiek z trójki Rafał Trzaskowski, Szymon Hołownia, Władysław Kosiniak-Kamysz (na dzień dzisiejszy wszystko wskazuje na to, że będzie to obecny prezydent Warszawy). Każdy z tych kandydatów ma swoje wady, ale zwycięstwo każdego gwarantuje powstrzymanie monowładzy PiS – której utrwalenie jest w moim przekonaniu ogromnym zagrożeniem.

Niektórzy ze zwolenników Lewicy obawiają się, że zwycięstwo Trzaskowskiego oznacza powrót duopolu i koniec marzeń o jakiejkolwiek sprawczości Lewicy. Otóż jest wręcz odwrotnie, zwycięstwo Trzaskowskiego (czy innego opozycyjnego kandydata) oznacza, że 49 głosów Lewicy w Sejmie staje się absolutnie kluczowe, decyduje bowiem o odrzuceniu lub podtrzymaniu wet prezydenckich. Oznacza to powrót realnej polityki do Sejmu, koniec ustaw głosowanych w dobę i możliwość wymuszania przez Lewicę zmian, na których jej zależy. Oczywiście o ile nie dojdzie do przedterminowych wyborów.

 

Trzy grosze o Trójce

W internecie wylewają się już pomyje na pracowników Trójki, którzy zaufali dyrektorowi Strzyczkowskiemu i wrócili do radia. Nie wiem czy ci hejterzy słuchali Trójki i uznają ją za wartość, czy uważali cały protest wyłącznie za użyteczny front w wojnie z PiS-em. W każdym razie napiszę co ja uważam.

Celem protestu pracowników Trójki nie było zapewnienie Pokoju na Świecie ani dymisja Jarosława Kaczyńskiego. Celem protestu pracowników Trójki było zasadniczo:

– odejście dyrektora-kłamcy, który ze strachu przed gniewem z Nowogrodzkiej obryzgał błotem Trójkową legendę – Listę Przebojów i jej twórcę,

– zapewnienie Trójce autonomii programowej i uniezależnienie jej od nacisków politycznych.

Cel pierwszy został osiągnięty – pan Kowalczewski odszedł. Na jego miejsce przyszedł dyrektor wprawdzie o poglądach prawicowych, ale będący od 30 lat członkiem zespołu, cieszący się zaufaniem i mający w Trójce pozycję na tyle ikoniczną, że drugim Kowalczewskim na pewno nie zostanie. (Żeby była jasność: nie znosiłem Za a nawet przeciw, sam pisałem listy z protestami przeciw homofobicznym treściom tej audycji. Tym niemniej sprowadzanie Strzyczkowskiego wyłącznie do tych treści jest przedstawianiem rzeczywistości w kolorach czarno-białych, gdy naprawdę ma dużo więcej odcieni. I kompletnie nie wierzę, żeby Strzyczkowski narzucał swoje poglądy redakcji albo – tym bardziej – był przekaźnikiem poglądów partyjnej centrali).

Cel drugi, jak słyszymy z deklaracji Strzyczkowskiego, również został osiągnięty.  Rozmowy z politykami mają prowadzić dziennikarze Trójki, a nie różni Lisiccy, serwisy będą przygotowane na Myśliwieckiej, a nie przez Informacyjną Agencję Radiową, do audycji mają być zapraszani komentatorzy z różnych obozów politycznych. Oczywiście – gwarancje tej autonomii są bardzo kruche. Tym niemniej jest to bardzo poważne cofnięcie się obozu władzy, oznaczające de facto odwrócenie czterech lat kolonizacji Trójki.

Brak jeszcze jednej rzeczy – otwartego przeproszenia Marka Niedźwieckiego i ekipy listowej za pomówienia co do manipulacji przy Liście. Pan Kowalczewski już tego nie zrobi, ale pani Kamińska nadal jest naczelną Polskiego Radia. Podobno już niedługo.

Tak czy owak mamy do czynienia z ogromną rzadkością we współczesnej Polsce  – wygranym protestem pracowniczym. Oczywiście protest został wygrany dlatego, że PiS uznał, że eskalacja na tym froncie jest dla niego szkodliwa i się z niego wycofał – tak jak kiedyś się wycofał z zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej.  Ale to dobrze że się wycofał.

Uważam, że Trójkowa wspólnota powinna w tej chwili pogratulować sobie zwycięstwa i stanąć przy swoich redaktorach. I naprawdę nie wiem czego oczekiwali ci, którzy się w tej chwili oburzają na “kapitulację” Stelmacha, Łukawskiego, Hankego i kolegów. Że zginą na froncie walki z PiS-em i dadzą przy okazji pogrzebać całe radio? Byłaby to przede wszystkim ofiara kompletnie nieskuteczna.

Być może wątpliwości w ocenie sytuacji w Trójce biorą się z tego, że niektórzy jej słuchacze już w całości swój sentyment przerzucili na Radio Nowy Świat, które jeszcze nawet nie zdążyło wystartować. Pisałem już: Nowy Świat może być fajnym, ciekawym radiem, ale Trójki nigdy nie zastąpi i nie ma na to szans – i szanuję ekipę NŚ, że nie ściemnia słuchaczom, że to jest możliwe. Trójka to nie tylko redaktorzy (z których tylko niewielka część znalazła się w ekipie NŚ), Trójka to genius loci i prawie 60 lat tradycji. Tę tradycję należy zachować, a nie zniszczyć.

 

Bosak, czyli błąd poznawczy lewicy

Tylko w ostatnich tygodniach mamy do czynienia z faktycznym zakazem demonstracji i ograniczeniem swobód obywatelskich pod pretekstem pandemii; podporządkowaniem partii rządzącej Sądu Najwyższego; ciągiem dalszym demolki mediów publicznych; wreszcie, z próbą ukradzenia ostatniego bezpiecznika demokracji – wolnych wyborów.

Wygrane przez Andrzeja Dudę wybory prezydenckie będą oznaczały całkowite domknięcie systemu rządów PiS, który będzie mógł teraz nie tylko jeszcze bardziej bezkarnie rozkradać Polskę, ale i ograniczać prawa człowieka i obywatela – bez żadnej kontroli. Zwłaszcza że następne wybory dopiero za trzy lata.

Mimo to znaczną część lewicowego komentariatu większym przerażeniem niż możliwe domknięcie monowładzy PiS napawają rzekome wzrosty w sondażach Krzysztofa Bosaka.

Najpierw zastanówmy się, na ile te wzrosty są rzeczywiście faktem istotnym statystycznie. Na dziś (24.05) jedynym sondażem, w którym kandydat Konfederacji przekroczył 10%, jest bardzo wątpliwe metodologicznie badanie PBS, w pozostałych jego wyniki wahają się w granicach 5-8%. Średnia z sześciu sondaży z ostatniego tygodnia, wyłączając rzeczony PBS, wynosi 6,8%, czyli dokładnie wynik Konfederacji z wyborów parlamentarnych. Nieco wyższe są notowania Konfederacji w pomiarach partyjnych, ale nadal jedynym badaniem dającym jej ponad 10% jest Kantar, od lat zawyżający wyniki jeszcze partii KORWiN. (Dla porównania – najnowszy Estymator daje Konfederacji 6,6%). Tak więc mamy do czynienia z pojedynczymi odczytami ponad 10%, którym nadaje się takie znaczenie, jakby Konfederacja już-już miała zdobyć większość.

Sporo komentarzy w tonie moralnego potępienia wywołała twitterowa sonda, w której w razie drugiej tury Duda-Bosak większość głosujących była skłonna poprzeć Bosaka. Otóż rozważania takie mają podobny sens jak dyskusje o składzie polskiej misji załogowej na Saturna, ponieważ drugiej tury Duda-Bosak nie będzie – chyba że wszyscy inni kandydaci umrą lub wycofają się z wyborów. Natomiast hipotetycznie zakładając konieczność wyboru mniejszego zła między dwoma radykalnie prawicowymi kandydatami, zupełnie nie dziwię się wyborcom wybierającym tego kandydata, który przynajmniej nie będzie długopisem Jarosława Kaczyńskiego. Oczywiście z wyborów w drugiej turze nie można wyciągnąć żadnych wniosków na temat przenikania się elektoratów (a jedynie o tym, kogo który elektorat uważa za ewentualne mniejsze zło).

Żeby była jasność – program Konfederacji, stanowiący miks radykalnego nacjonalizmu, antysemityzmu, homofobii, mizoginii, wrogości wobec Unii Europejskiej i jaskiniowego leseferyzmu gospodarczego, jest niewątpliwie przerażający i bardzo nie chciałbym, żeby ta partia kiedykolwiek rządziła Polską. Tak, też oburzam się postępującą normalizacją Konfederacji przez część polityków Platformy Obywatelskiej i sprzyjających jej komentatorów (np. aberracyjny tekst Magdaleny Środy, w którym Bosaka prezentuje jako sympatyczniejszą opcję niż Hołownię, Kosiniaka i Biedronia).

Tym niemniej nie mogę się oprzeć wrażeniu, że różnica pomiędzy PiS a Konfederacją, jeżeli w ogóle istnieje,, jest co najwyżej ilościowa, a nie jakościowa. To radni PiS, a nie Konfederacji, przegłosowują uchwały o strefach wolnych od LGBT i to w kontrolowanej przez PiS, a nie Konfederacji telewizji państwowej szczuje się na gejów i lesbijki. To szczeciński radny PiS (czy dokładnie – Solidarnej Polski) chciał dezynfekować ulice po LGBT. To PiS przegłosował niesławną ustawę o IPN nakładającą cenzurę na badania Holocaustu. To PiS rehabilituje morderców i faszystowskich kolaborantów. To współpracownik pisowskiego prezydenta chciał zrzucać polityków Razem do oceanu, to kontrolowana przez PiS prokuratura umarza śledztwo przeciw Międlarowi. To pisowski prezydent mianuje prominentnego członka Ordo Iuris na p.o. Prezesa Sądu Najwyższego. Tak, PiS jeszcze nie wprowadził całkowitego zakazu aborcji ani zakazu marszów równości, bo na razie ma inne priorytety – konsolidację swojej władzy. Nie zakładałbym się jednak, że po pacyfikacji sądownictwa i niezależnych mediów nie przyjdzie kolej i na to.

W PiS jest wielu polityków o poglądach bardzo bliskich Konfederacji. Przed wyborami parlamentarnymi 2019 Patryk Jaki ogłosił „Deklarację Nowego Pokolenia” i wezwał kandydatów na posłów do podpisywania się pod jej postulatami. Jakiści zadeklarowali m.in. że „będą głosować przeciwko wdrażaniu ideologii LGBT”, „nigdy nie zagłosują za roszczeniami żydowskimi – 447”, „zawsze zagłosują przeciwko przyjmowaniu nielegalnych imigrantów”, „nigdy nie zagłosują za podwyższeniem podatków”. Z podstawowych haseł programu Konfederacji brak tu tylko wezwania do wyjścia z UE i wprowadzenia całkowitego zakazu aborcji, ale nie wątpiłbym że sygnatariusze Deklaracji i z tymi postulatami sympatyzują.

Pod Deklaracją Nowego Pokolenia podpisało się ośmioro posłów Solidarnej Polski, ale podobne poglądy mają i ex-narodowcy, i ex-korwiniści, i reszta ziobrystów, i frakcja sprzyjająca ziobrystom w samym PiS, która już szykuje się do sukcesji po Kaczyńskim. Wizja Krzysztofa Bosaka zdobywającego władzę w Polsce nie wydaje mi się w tej chwili szczególnie realna. Wizja np. Patryka Jakiego zdobywającego władzę w Polsce i realizującego program Konfederacji wydaje mi się realna dużo bardziej – zwłaszcza że Jaki bije Bosaka cynizmem, wygadaniem i zdolnością do przybierania odpowiednich póz na bieżące potrzeby polityczne (nawet niektórzy lewicowcy uwierzyli, że serio się przejął tematem reprywatyzacji w Warszawie).

Podsumowując: uważam, że znaczna część sympatyków (i niektórzy) Lewicy popełnia poważny błąd poznawczy. Przecenia niebezpieczeństwo skrajnie prawicowej dyktatury Konfederacji – które w przewidywalnej przyszłości jest znikome – i lekceważy groźbę skrajnie prawicowej dyktatury PiS, która to groźba jest bardzo realna, a wybory prezydenckie stanowią ostatnie w jej realizacji przeszkodą. Jeżeli to głosów wyborców Bosaka zabraknie Dudzie do zwycięstwa w drugiej turze z demokratycznym kandydatem, będę się z tego powodu bardzo cieszyć, a nie martwić.

(Tekst ukazał się również na Lewicowym Hubie).

O wpływie ordynacji wewnątrzpartyjnej na historię Polski

Czytając w ramach archeologii politycznej monografię Unii Demokratycznej (autorstwa Arkadiusza Nyzio) znalazłem jedną bardzo interesującą uwagę: powszechnie stosowane w polskich partiach politycznych głosowanie blokowe (do zarządów czy rad), gdzie głosujący oddaje tyle głosów ile jest miejsc do wyboru w organie, jest czynnikiem drastycznie wzmagającym polaryzację frakcyjną i zwiększającym ryzyko rozpadu partii.

Tak właśnie stało się z Unią Wolności – dzięki zastosowaniu głosowania blokowego większościowa frakcja geremkowców wycięła w pień mniejszościową frakcję tuskowców na kongresie w roku 2000. Efekty znamy – to wydarzenie było dla tuskowców bezpośrednim impulsem do wyjścia z UW i stworzenia Platformy Obywatelskiej. Gdyby Unia miała bardziej demokratyczną (tzn. bardziej zabezpieczającą pozycję mniejszości) ordynację, być może Tusk by z niej nie wyszedł, scena polityczna uksztaltowałaby się inaczej i nie męczylibyśmy się od 15 lat z prawicowym duopolem.

Jeśli ktoś kiedyś napisze monografię partii Razem (w końcu jej historia jest już dłuższa niż historia Unii Demokratycznej), nie powinien pominąć tego, że była jedną z pierwszych partii w Polsce, która od głosowania blokowego odeszła, w zamian stosując metodę głosowania preferencyjnego albo głosu ograniczonego (limited voting). I w dużej mierze dzięki temu nigdy nie doszło do całkowitego wycięcia frakcji mniejszościowej z władz partii, co pozwoliło mimo wszelkich zawirowań zachować jej jedność w krytycznym momencie, umożliwiło stworzenie lewicowej koalicji i wejście do parlamentu.

To jest też wniosek do Nowej Lewicy i do innych partii politycznych: wprowadźcie, najlepiej do statutu, zakaz stosowania głosowania blokowego, jeśli chcecie pozostać partią demokratyczną i nie podzielić losu Unii Wolności.

Druga opcja lewicowej bańki

Przeprowadziłem na swojej twitterowej banieczce ankietę, który z kandydatów byłby dla lewicowych wyborców drugim wyborem (pierwszym jest oczywiście Robert Biedroń), gdyby wybory były preferencyjne. Oczywiście nie należy wyciągać z niej zbyt daleko idących wniosków, a na wynik mógł mieć wpływ termin przeprowadzenia – bezpośrednio po niefortunnej, mówiąc bardzo łagodnie, wypowiedzi Małgorzaty Kidawy-Błońskiej o kryzysie imigracyjnym. Tym niemniej wyniki są dość zaskakujące:

ankieta

Hołownia jest nadal przez bańkę postrzegany jako katolicki radykał i najwyraźniej nie dowierza ona jego deklaracjom, że zmienił w różnych kwestiach zdanie. Natomiast to że lewaki jako mniejsze zło traktują konserwatystę Kosiniaka-Kamysza, dość dalekiego poglądami w większości kwestii od lewicy, niż centrystkę Kidawę-Błońską, powinno być dla niej dzwonkiem alarmowym w kontekście drugiej tury.  W której, jeśli do niej wejdzie, życzę jej zwycięstwa, więc pozwalam sobie tu się odzywać mimo że nie jest moją kandydatką pierwszego wyboru.

Nie sądzę, żeby tu chodziło o jedną czy drugą nietrafioną wypowiedź MKB. Nie tylko ja odnoszę wrażenie, że mówi przede wszystkim do swojej bazy, a nie dba o to by tę bazę poszerzać z myślą o zwycięstwie w drugiej turze. Tymczasem dwa tygodnie między pierwszą a drugą turą to może być dużo za mało czasu, żeby do siebie przekonać tych wyborców innych kandydatów, którzy nie są absolutnie zdecydowani głosować na każdego kandydata anty-PiSu.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego wyborcy lewicy bez entuzjazmu myślą o głosowaniu na kandydatkę PO – brak zaufania na opozycji. Fundamentalnym błędem Platformy było traktowanie innych partii opozycyjnych nie jako partnera, ale jako potencjalnej przystawki. Otóż nie wzmacnia się kogoś, kto chce Cię zjeść. Kandydatce PO powinno zależeć na pokazaniu, że jako prezydentka będzie realizować ponadpartyjną agendę, uwzględniać postulaty innych partii opozycyjnych czy wręcz wziąć reprezentantów tych partii do Kancelarii Prezydenta (co właśnie zapowiedział Kosiniak-Kamysz).

Lewicy i PSL-owi udało się wymusić na Platformie zawarcie paktu senackiego, dzięki któremu wyborcy całej demokratycznej opozycji mogli mieć poczucie, że głosują na “swoich” kandydatów do Senatu. Bez niego Senat nie zostałby odbity, co – jak już widać – ma rangę polityczną dużo wyższą od przewidywań. Otóż analogicznie wyborcy wszystkich kandydatów opozycji muszą mieć poczucie, że będą reprezentowani w drugiej turze. Bez tego już możemy gratulować zwycięstwa Andrzejowi Dudzie.

Lewica, liberałowie, jastrzębie, gołębie

W Polityce tekst Kalukina o relacjach między lewicą a liberałami.

Autor stawia dość oczywistą tezę, że oba obozy dużo dzieli, ale i sporo łączy. “Wspólnie podzielaną wartością jest zagrożona przez PiS demokracja. Zaś punktem sporu – kapitalizm”. Dalej jednak wyodrębnia w obu obozach “umiarkowanych” i “radykałów”.

W obozie liberałów radykałami są więc ci, dla których rozumiany ortodoksyjnie wolny rynek jest istotniejszą wartością od demokracji. Autor wymienia Balcerowicza i Gadomskiego. Dla nich lewica staje się głównym ideowym wrogiem, pod pewnymi względami groźniejszym niż PiS.
W obozie lewicy autor takiego sztywnego podziału przeprowadzić nie jest w stanie, ale też sugeruje istnienie lewicowych “jastrzębi” i “gołębi”. Przy czym jastrzębie obu stron mają się wzajemnie nakręcać, na czym oczywiście korzysta PiS i skrajna prawica.

Sam uważam, że jeśli nie dojdzie do gwałtownego przegrupowania w polskiej polityce, to JAKAŚ koalicja (części) liberałów i (części) lewicy będzie jedynym realnym scenariuszem na czasy po rządach prawicy. Choć oczywiście wolałbym, żeby siła lewicy w tej koalicji była jak największa.

Dramat polega na tym, że nie widzę na ten moment żadnego minimum programowego akceptowalnego dla obu stron. Takie postulaty jak wprowadzenie choćby szczątkowej progresji podatkowej, publiczny program mieszkaniowy czy skuteczna walka z umowami śmieciowymi (wszystko zachodnioeuropejski standard) są najwyraźniej nieakceptowalne nie tylko dla liberalnych ortodoksów, ale też dla mainstreamu. Z kolei lewica zrezygnować z nich nie może, bo inaczej mogłaby się od razu rozwiązać.

Też się wkurzam często na lewicowych radykałów, którzy odstraszają od lewicy ludzi generalnie zgadzających się z progresją podatkową, ale nie podzielających poglądu że Balcerowicz to Mengele. Ale nie oni są problemem, wbrew temu co Kalukin sugeruje.

Reminiscencje powyborcze – jak wyborcy poprawiali swoje partie

Kiedy parytety płci na listach stawały się prawem, niektórzy badacze wykazywali że i tak nie będą one miały wpływu na udział kobiet w Sejmie, bo wyborcy będą preferować bardziej znanych mężczyzn z dalszych miejsc.

Otóż wydaje mi się, że powoli się to jednak zmienia.

Na miejscach tzw. “mandatowych” komitety umieściły 135 kobiet (29,3%). Najwięcej Lewica (40,8%) i KO (39,6%), PiS 24,7%, PSL 13,3%, Konfederacja i Mniejszość Niemiecka po 0.

Mamy jednak otwarte listy i wyborcy często wybierają osoby z miejsc “niemandatowych” kosztem osób, które zostały na biorących miejscach ustawione przez partyjnych liderów. W tych wyborach takich przypadków było 79.

Otóż wśród tych pretendentów z powodzeniem walczących o mandat z dalszych miejsc było 25 kobiet i 54 mężczyzn; natomiast wśród osób wystawionych na mandatowych miejscach, które do Sejmu się nie dostały, było 28 kobiet i 51 mężczyzn. Czyli w Sejmie znajdą się ostatecznie o 3 kobiety mniej niż wynikałoby z układu list.

Ciekawiej to wygląda w rozbiciu na komitety. Gdy wyborcy KO przydzielili kobietom o 3 mandaty mniej niż to wynikało z układu list, a wyborcy PiS o 2, w PSL jedyna zamiana na miejscu mandatowym była na rzecz kobiety.

W przypadku Lewicy natomiast miało miejsce 7 zamian na miejscach mandatowych. Trzykrotnie (we Wrocławiu, Warszawie i Poznaniu) doszło do zamiany między kobietami, raz (w Pile) między mężczyznami. Natomiast aż dwukrotnie (w Kaliszu i Szczecinie) kobieta z miejsca “niebiorącego” wyprzedziła mężczyznę z wyższego miejsca, a tylko raz było odwrotnie (w Koninie, gdzie “z dwójki” kandydował ex-poseł Tomaszewski, robiący regularnie świetne wyniki).

Tak więc wyborcy i wyborczynie Lewicy okazali się bardziej przychylni kobietom w Sejmie niż układający listy.kobiety_niemandatowe

Prawie wszyscy wygrali

Największych zwycięzców wyborów jest dwóch: IPSOS i Władysław Kosiniak-Kamysz.

Po kompromitacjach w wyborach samorządowych 2018 i europejskich 2019 nie spodziewałem się po IPSOS-ie niczego dobrego i wszystkim mówiłem, żeby exit poll traktowali jako kolejny sondaż, a z wnioskami czekali do ogłoszenia wyników przez PKW. Okazało się jednak że można tak skorygować model, żeby uwzględniał efekt odmowy i dawał poprawne wyniki. Brawo.

Jeśli idzie o Kosiniaka, wykonał gambit, w którego skuteczność kompletnie nie wierzyłem. Pozycja polityczna PSL po wyborach do PE była dramatyczna: własnych wyborców nie starczało na przekroczenie progu, utrzymywanie koalicji wyborczej z PO prowadziło natomiast do tego, że ci i tak nieliczni wyborcy zostawali w domach. Koalicja z Kukizem, Europejskimi Demokratami, odrzutkami z PO, Ślonzokami Razem i kim tam jeszcze wyglądała na rozpaczliwą zbieraninę mającą na celu wyłącznie uporanie się z progiem wyborczym. Tymczasem PSL zdobył ponad dwukrotnie więcej wyborców niż cztery lata temu (tak, niektórzy przepłynęli od Kukiza, ale raczej myślano że głosujący na Kukiz ’15 wcale nie przejdą za swoim liderem), zdobył mandaty nie tylko w swoich bastionach, ale i np. w Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu i wygląda że zbudował trwałą pozycję jako już nie partia wsi, ale po prostu chadecja.

Zwycięzcami są oczywiście też Lewica i Konfederacja. Wynik Lewicy może nie robi szału w porównaniu do sondaży z ostatniego tygodnia, ale to jest nadal grubo ponad dwa miliony wyborców. Co więcej – udało się bez strat połączyć te “trzy pokolenia lewicy” i wejść do wielkich miast, w których SLD było po prostu słabe. 18% w Warszawie, Poznaniu czy Wrocławiu, 21% (!) w Łodzi (tu akurat SLD nigdy słabe nie było), po 15% w Krakowie czy Gdańsku.

Dla Konfederacji wejście do Sejmu jest sukcesem, na który chyba sami specjalnie nie liczyli – po tym jak przepadli w łatwiejszej dla nich kampanii europejskiej.

Niby wygranym jest również Jarosław Kaczyński, ale na wieczorze wyborczym tego specjalnie nie było widać. Na pewno wygranymi są za to Gowin i Ziobro, których pozycja w ramach Zjednoczonej Prawicy zdecydowanie rośnie. Przy spodziewanej w sondażach skali zwycięstwa PiS można było zakładać, że głosy przynajmniej jednej z przystawek nie będą Kaczyńskiemu potrzebne do większości. Tymczasem nic z tego, co będzie już za chwilę miało skutki polityczne.

Co do Platformy Obywatelskiej, komentatorzy podkreślali słaby wynik osobisty Grzegorza Schetyny i paru innych osób najbardziej kojarzonych z platformerskim aparatem. Ale problemem nie jest Schetyna, problem PO jest głębszy. Po co wyborcy mają właściwie głosować na Platformę, skoro jeśli mają chadeckie poglądy mogą śmiało głosować na PSL, a jeśli centrolewicowe – na Lewicę? Od półtorej dekady zasadniczym powodem głosowania na PO jest to, że jest “domyślnym anty-PiSem”. Otóż ten powód w tych wyborach nie zadziałał, a innych – za bardzo nie ma.

Moim zdaniem czeka nas poważna rekonfiguracja sceny politycznej, która doprowadzi ostatecznie do jej bardziej racjonalnego podziału. Powstanie szeroki (znacznie szerszy niż obecna Lewica) blok centrolewicowy i drugi blok chadecki. I dopiero w takiej konfiguracji będzie można trwale odebrać PiS władzę.

Lista szczególnie rekomendowanych kandydatek

Obiecana lista rekomendacji na wybory. Startuję z list Lewicy, wspieram wiele lewicowych kandydatek, ale są takie które wspieram szczególnie. Bo nie ukrywam, że kształt opozycji w Sejmie zależeć będzie w ogromnej mierze od tego, ile w tym sejmie znajdzie się: a) kobiet, b) osób z pokolenia trzydziestolatków, c) w szczególności kobiet z pokolenia trzydziestolatek. Bo to to pokolenie obali prędzej czy później rządy Prawa i Sprawiedliwości.

Na listach Lewicy znajduje się wiele takich osób. I wiele z nich jest, według obecnych prognoz, na granicy zdobycia mandatu. Każdy głos dla nich może się liczyć, każdy głos może być decydujący. Dlatego bardzo, bardzo namawiam do głosowania na nie, do przekonywania innych żeby na nie głosowały. Zwłaszcza że jeśli zdobędą mandat, to w większości przypadków będzie to mandat wyszarpany PiS.

W szczególności chodzi o takie kandydatki:

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk w OW3 (Wrocław),
Daria Gosek-Popiołek w OW13 (Kraków),
Dorota Olko w OW18 (Siedlce)
Magdalena Biejat w OW19 (Warszawa),
Julia Zimmermann w OW20 (Obwarzanek),
Paulina Piechna-Więckiewicz w OW33 (Kielce).

a także:
Kaja Filaczyńska – kandydatka Lewicy do Sejmu w OW1 (Legnica-Jelenia Góra),
Magda Długosz w OW^ (Lublin)
Paulina Matysiak w OW11 (Sieradz),
Marcelina Zawisza w OW21 (Opole),
Karolina Haska w OW26 (Gdynia).

Polecam, bardzo proszę wspierać i udostępniać.