Paryż 2024 – ewaluacja prognozy

W poprzednim wpisie prognozowaliśmy liczbę medali dla Polski, teraz pora na ewaluację prognozy. Generalnie byliśmy bardziej pesymistyczni niż większość polskich, ale i zagranicznych prognoz, ale i tak bardziej optymistyczni niż rzeczywistość.

Szacowaliśmy 11,4 medali, ostatecznie jest 10.

Z siedmiu szans 70-85% zrealizowane zostały cztery: wioślarze, Świątek, Mirosław i Kaczmarek (statystycznie powinny wyjść 5,2 medali). Tu oczywiście odchylenie powstało przede wszystkim za sprawą katastrofy ekipy kajakarek,

Z czterech szans 50% wpadły dwa medale (Zwolińska i siatkarze), czyli tyle ile powinno,

Z dziesięciu szans 30% wpadły trzy medale (szpadzistki, Kałucka i zbiorczo boks), czyli dokładnie tyle ile powinno.

Z dwunastu szans 10% wpadł jeden medal – szansik w kolarstwie.

Generalnie więc można powiedzieć, że wynik reprezentacji Polski w Paryżu był zgodny z przewidywaniami – poza jednym wyjątkiem, jakim był szokujący kolaps Atomówek.

Jeśli idzie o złote medale, to wygląda to ilościowo źle, ale wiadomo było, że realnych szans na złoto jest mało: Mirosław, Świątek, siatkarze i nieco życzeniowo kajakarskie K4. I to jest też problem polskiego sportu, w którym brązików zawsze było więcej niż złot.

Jeszcze dyscyplinami:

Następne podsumowania wkrótce.

Paryż 2024 – prognoza medali dla Polski

Pora na tradycyjną prognozę medalową. Nie będziemy wychodzić od zerojedynkowej oceny pt. tu będzie medal, a tam nie, nie będziemy też wypisywać szans i następnie arbitralnie zakładać, że trzy szanse przekładają się na medal, bo szansa szansie nierówna. Dlatego realne szanse medalowe podzieliłem na pięć kategorii i do każdej z nich dopasowałem prawdopodobieństwo modelu. Oczywiście prawdopodobieństwa są trochę “na czuja”, ale jednak z czegoś wynikają: np. gdy jest czwórka równorzędnych kandydatów do medalu, to szanse należy uznać za większe niż gdy tych kandydatów jest dziesiątka.

Te kategorie to:

Bardzo poważne szanse (jesteśmy zdecydowanymi faworytami do medalu): 85%
Poważne szanse (zaliczamy się do faworytów, ale mamy poważnych rywali): 70%
Szanse pół na pół: 50%
Jesteśmy w gronie faworytów, ale raczej nie w pierwszym szeregu lub stawka jest bardzo wyrównana: 30%
Możemy powalczyć przy szczytowej formie i odpowiednim szczęściu: 10%.

Nie wymieniam szans kilkuprocentowych, przy czym zawodników z takimi szansami może być kilkunastu-kilkudziesięciu i raz na parę igrzysk zdarzy się coś takiego jak medal Tomali z Tokio.

Wychodzi mi, że wartość oczekiwana liczby medali reprezentacji Polski jest na poziomie 11-12, czyli mniej więcej takim jak zdobyta w ostatnich startach (Tokio było anomalią).

Generalnie o ile wydaje się, że kadrę w dużej części dyscyplin mamy silniejszą niż w Rio czy Tokio (boks, pływanie, szermierka, strzelectwo) to nie przekłada się to na “mocne” szanse medalowe. Tam natomiast gdzie byliśmy silni (jak w lekkiej atletyce czy wioślarstwie) zaliczamy mocny zjazd. Nie będzie jak w Tokio, gdzie jedna dyscyplina zapewniła nam niemal 2/3 dorobku medalowego, znów trzeba będzie te medaliki “ciułać” – z niepewnym efektem.

Dyscyplinami:

BADMINTON – nie ma Polaków.

BOKS – pięcioro reprezentantów Polski (najwięcej od Sydney), którzy solidnie zaprezentowali się w kwalifikacjach. Drabinki w boksie nie są długie i do medalu może wystarczyć wygranie dwóch walk. Dużo będzie zależeć od losowania. Największe szanse ma Aneta Rygielska, ale zbiorczo daję 30%.

BREAKING – nie ma reprezentantów Polski (choć jak wspominaliśmy wileńska Polka Dominika Banevič jest główną kandydatką do złota).

GIMNASTYKA – nie ma reprezentantów Polski w żadnej z odmian gimnastyki.

GOLF – w tym roku nie spodziewam się Adriana Meronka w dziesiątce plebiscytu PS.

JEŹDZIECTWO – wywalczyliśmy komplet kwalifikacji i to samo w sobie jest sukcesem, powtórki z osiągnięcia Adama Królikiewicza sprzed 100 lat nie należy się spodziewać.

JUDO – ekipa jest skromna, ale dawno nie było tak poważnej kandydatki do medalu jak Angelika Szymańska, aktualna wicemistrzyni świata. 50%.

KAJAKARSTWO GÓRSKIE – Klaudia Zwolińska zdobywała ostatnio medale we wszystkich imprezach mistrzowskich, w których startowała. 50%.

KAJAKARSTWO PŁASKIE – brak medalu w czwórce (85%) i dwójce (70%) kobiet byłby wielką porażką i nie powinien się wydarzyć. Wystawiamy dwie dwójki i ta druga też może powalczyć (10%). Jakieś szanse mają też kanadyjkarze Wiktor Głazunow i – jeśli władze dopingowe uwierzą w historię z psem – Dorota Borowska (po 10%).

KOLARSTWO – W BMX nas nie ma, w kolarstwie górskim po zakończeniu kariery przez Maję Włoszczowską miejsca w czołówce nam nie grożą. Zostaje tor i szosa. Niby na torze Mateusz Rudyk i siostry Pikulik kręcą się wokół czołówki, ale czy przy tylu kłopotach w przygotowaniach zbudują optymalną formę na Paryż i powalczą z Brytyjczykami, Holendrami czy innymi Francuzami? Na szosie kandydatów do medali będzie jeszcze więcej, Katarzyna Niewiadoma – nasza najlepsza kolarka – nie dysponuje dobrym finiszem, a Michał Kwiatkowski pojedzie sam, bo zakwalifikowaliśmy tylko jednego zawodnika. Ogółem – 10%.

KOSZYKÓWKA 3×3 – Trzeba najpierw zakwalifikować się do ćwierćfinału, potem wygrać ćwierćfinał i przynajmniej jeden mecz o medal. Na turnieju kwalifikacyjnym Polacy odrabiali straty niemożliwe do odrobienia, ale jednak ze słabszymi rywalami, z Litwą przegrali bezapelacyjnie. A na IO będzie Litwa i drużyny silniejsze od niej.

LEKKA ATLETYKA – Drugi Wunderteam się skończył, na worek medali w lekkiej nie ma co liczyć. W młocie mężczyzn Nowicki (70%) i Fajdek (30%) ciągle są w Top5 kandydatów do medali; Nowickiemu daje tak duże szanse bazując nawet nie na jego tegorocznej formie, ale na wieloletnim doświadczeniu w imprezach mistrzowskich. W przypadku Anity Włodarczyk i Marii Andrejczyk medal nie będzie wisiał jakoś bardzo wysoko, ale musiałyby się poprawić w stosunku do dotychczasowych wyników w tym roku (10%).

Na bieżni: przede wszystkim Natalia Kaczmarek. Jest w świetnej formie, problem w tym że rywalki też – waham się pomiędzy 50 a 70%, ale jednak bliżej 70. Pia Skrzyszowska osiągnęła świetną formę, ale trudno jednak wierzyć w medal w tak silnej stawce. Podobnie sztafety, zwłaszcza jeśli mieszana miałaby biegać bez Kaczmarek, która chce skoncentrować się na rywalizacji indywidualnej.

ŁUCZNICTWO – sukcesem jest udział (jednej zawodniczki).

PIĘCIOBÓJ NOWOCZESNY – to jest jedna z tych dyscyplin, gdzie jest możliwe, że ktoś z zaskoczenia powtórzy sukces Oktawii Nowackiej z Rio, no ale realnie szanse na to wynoszą góra kilka procent.

PŁYWANIE – na medal olimpijski w pływaniu czekamy od 20 lat, mimo wielu medali MŚ zdobytych w tym czasie. Największą szansę (50%) ma Katarzyna Wasick na 50 m dowolnym – poza jedną zdecydowaną faworytką nie ma rywalek nie do pokonania, zwłaszcza że te teoretycznie najgroźniejsze wykosiły się na kwalifikacjach. Krzysztof Chmielewski (30%) jest w gronie paru zawodników, którzy teoretycznie powinni walczyć o brąz na 200 m delfinem. Jakub Majerski (10%) może włączyć się do walki w tym stylu, ale na krótszym dystansie. Warunkiem jest pływanie na życiowym poziomie.

PODNOSZENIE CIĘŻARÓW – z dyscypliny gdzie mieliśmy nieprzerwaną serię startów medalowych od 1956 roku w krótkim czasie zjechaliśmy do poziomu, gdzie dopiero po relokacjach zakwalifikowaliśmy jedną zawodniczkę.

SKATEBOARDING – Bez naszych reprezentantów.

SKOKI DO WODY – wracamy na igrzyska w tej dyscyplinie i to by było tyle.

SIATKÓWKA – nie wierzę zupełnie w “klątwę ćwierćfinału”. Wierzę w to, że polscy siatkarze regularnie tracą formę akurat w sezonie olimpijskim, a trenerzy nie potrafią sobie dać z tym rady. Grbić wybrał klasę sportową zawodników, z którymi tyle wygrał w poprzednim sezonie, nie zważając na ich kiepską obecnie formę. Mam złe przeczucia. Mimo wszystko: 50%.

Drużyna Lavariniego jest w drugim szeregu faworytów: 30%.

SIATKÓWKA PLAŻOWA – mamy tylko jedną parę, aktualnych medalistów MŚ, którzy mieli różne perturbacje, ale ich forma rośnie. 30%.

STRZELECTWO – to jest dyscyplina, gdzie czołówka jest szeroka, ale reprezentantki Polski należą do niej przynajmniej w kilku konkurencjach. Największe szanse powinna mieć Klaudia Breś w pistolecie (30%), w dalszej kolejności mikst karabinowy (10%) i któraś z karabinierek indywidualnie, np. Julia Piotrowska (10%).

SURFING – nie ma nas.

SZERMIERKA – dzięki udanym eliminacjom, i nieobecności Rosji, mamy aż trzy drużyny (co oznacza też możliwość startu indywidualnego): szpadzistki, florecistki i florecistów.

Szpadzistki są aktualnymi mistrzyniami świata, ale ostatnio nie prezentowały się dobrze, a do tego działacze i trenerzy kłócili się o skład reprezentacji. Mimo to mają duże szanse wygrać w ćwierćfinale, a potem – do medalu wystarczy jeden wygrany mecz. 30%.

Nie bez szans są też florecistki, które zdobyły ostatnio dwa medale na Mistrzostwach Europy. Muszą wygrać ćwierćfinał i ewentualny mecz o brązowy medal (w półfinale na 99% wpadają na potężne Włoszki i raczej nie ma co liczyć na cud) – w żadnym z tych meczów nie będą faworytkami, ale nie są bez szans, więc ogółem 10%.
Julia Walczyk-Klimaszyk jest też w czołówce rankingu indywidualnie i ma medal ME, ale czołówka jest szeroka, więc też 10%.

W męskim florecie specjalnych nadziei nie mam.

TAEKWONDO – Jedna z najprzykrzejszych niespodzianek eliminacji. W poprzednich igrzyskach reprezentanci Polski kręcili się koło medalu, w Paryżu ich zabraknie.

TENIS – Iga Świątek na kortach ziemnych w Paryżu jest najmocniejszą faworytką całej polskiej ekipy już nie do medalu, ale do złota (85%). Przy czym jest kilka ale. Świątek bardzo rzadko przegrywa na kortach ziemnych, ale w 2022 roku jedyną porażkę zaliczyła w Warszawie – w tym samym momencie sezonu co IO. Nawet w Paryżu nie jest nietykalna – była o krok od porażki rok temu z Muchovą i w tym roku z Osaką. Iga sobie radzi z presją, ale presja gry na igrzyskach dla reprezentacji narodowej jest szczególna. Mikst ze zdrowym Hubertem Hurkaczem byłby dużą szansą medalową (50%): drabinki w mikście są krótkie, polska para miałaby wysoki ranking, szanse na wejście do strefy medalowej były duże. No ale wyszło jak wyszło.

TENIS STOŁOWY – mamy drużynę kobiet (mimo że już bez Li Qian i Natalii Partyki), mamy podobno największy talent od czasów Grubby – 18-letniego Miłosza Redzimskiego. Może będzie nadzieją na medal za cztery lata.

TRIATHLON – Wracamy na igrzyska w tej dyscyplinie, ale raczej bez perspektyw nawet na miejsca punktowane.

WIOŚLARSTWO – Z najsilniejszej po lekkoatletyce dyscypliny olimpijskiej ostatniego ćwierćwiecza zostały nam dwie osady (ostatnio tak mało było…w 1968 roku). Mimo to wcale nie musimy przywieźć mniej medali niż z Tokio: czwórka podwójna mężczyzn jest mocnym kandydatem do medalu (70%), realnie cztery mocne osady (Holandia, Polska, Włochy, Wielka Brytania) będą walczyć o trzy medale.

WSPINACZKA SPORTOWA – Debiut speedu jako samodzielnej konkurencji i dwie Polki będą walczyć o medale, przy czym Aleksandra Mirosław jest główną faworytką (70%), a Aleksandra Kałucka jedną z pretendentek (30%). “Tylko” 70% ze względu na specyfikę konkurencji, gdzie jeden błąd w ćwierćfinale może pogrzebać wszelkie szanse. A Mirosław, choć jest rekordzistką świata i jeżeli nie popełni błędu powinna pokonać wszystkie rywalki, poniosła porażki na ostatnich MŚ i Igrzyskach Europejskich.

ZAPASY – Mamy piątkę reprezentantów, największe szanse ma Anhelina Łysak, trzeba liczyć na dobre losowania i może – jak z ostatnich czterech igrzysk – uda się przywieźć tradycyjny brązik (30%).

ŻEGLARSTWO – Obstawiamy osiem klas, Paweł Tarnowski w windsurfingu jest w szerokim gronie kandydatów (30%), z pozostałych klas może urodzić się niespodzianka (10%).

INNE SPORTY DRUŻYNOWE – Polska się nie zakwalifikowała.

Ogółem oczekiwane wartości w dyscyplinach:

Boks – 0,3
Judo – 0,5
Kajakarstwo płaskie – 1,85 (1,75 bez Borowskiej)
Kajakarstwo górskie – 0,5
Kolarstwo – 0,1
LA – 1,9
Pływanie – 0,9
Siatkówka – 0,8
Siatkówka plażowa – 0,3
Strzelectwo – 0,5
Szermierka – 0,5
Tenis – 0,85
Wioślarstwo – 0,7
Wspinaczka – 1
Zapasy – 0,3
Żeglarstwo – 0,4

Razem – 11,4 czyli 11-12 medali. Z tego:

2 szanse 85-procentowe,
5 szans 70-procentowych,
4 szanse 50-procentowych,
10 szans 30-procentowych,
12 szans 10-procentowych,

czyli przy takiej strukturze zasada “trzy szanse – jeden medal” się, przynajmniej w modelu, sprawdza. A jak będzie naprawdę – okaże się. Pierwsze zmagania sportowców już od środy, pierwsza Polka (łuczniczka Myszor) zaczyna rywalizację w czwartek.

Paryż 2024 – obserwujemy Słowenię i Litwę

Reaktywujemy bloga z okazji igrzysk. Będzie parę innych wpisów przedolimpijskich, ale – jako że w letnich igrzyskach obserwuje się głównie, poza gwiazdami, reprezentantów swojego kraju (bo tyle się dzieje, że trudno śledzić wszystko), jako odtrutkę postaramy się śledzić także reprezentantów dwóch innych krajów. A jako że w tym roku odwiedziłem Słowenię i Litwę, przed igrzyskami staram się śledzić medalowe szanse właśnie tych dwóch krajów.

Słowenię i Litwę łączy kilka rzeczy. Po pierwsze: to są malutkie kraje, liczące między 2 a 3 miliony mieszkańców (Litwa 2,8 mln, Słowenia 2,1 mln). Po drugie: w sporcie olimpijskim rywalizują zdecydowanie powyżej swojej wagi. Po trzecie wreszcie: na samym końcu kwalifikacji zaliczyły sportowy dramat – z igrzysk odpadły reprezentacje koszykówki, która dla obu krajów jest sportem narodowym.

Tym niemniej Słowenia będą mieli w Paryżu 90 swoich sportowców, w tym aż 3 drużyny (siatkarze i obie drużyny w piłce ręcznej). Litwa 50. Dla porównania Polska – na dziś 213.

Ile medali zdobędą?

Słowenia w Tokio zdobyła 5. Złoto zdobyła Janja Garnbret we wspinaczce, Benjamin Savšek w kanadyjkowym slalomie i Primož Roglič w kolarskiej czasówce. Srebro wywalczyła Tina Trstenjak w judo, a brąz Tadej Pogačar w wyścigu kolarskim. Garnbret, Savšek i Pogačar startują ponownie w Paryżu i są poważnymi kandydatami do medali – w szczególności Garnbret, która jest w swojej specjalności (dwubój) absolutną pewniaczką do złota. Najtrudniej będzie o medal Pogačarowi, bo trasa jednak łatwiejsza niż na Giro czy Tourze, ale gdyby mu się zdobyć złoto, przeszedłby do historii – jeszcze nikt nie wygrał w jednym roku żadnego wielkiego touru ORAZ wyścigu ze startu wspólnego na igrzyskach.

Poza nimi poważne szanse medalowe mają inni kajakarze górscy, kitesurfer Toni Vodišek, dwukrotna wicemistrzyni świata w judo Andreja Leški (rywalka Angeliki Szymańskiej), a czarnym koniem mogą być drużyny, zwłaszcza siatkarze. No i – last but not least – dyskobol Kristjan Čeh. I to będzie prawdziwy hit, bo w rzucie dyskiem zanosi się akurat na rywalizację słoweńsko-litewską, bo kandydatem nr 1 do złota jest świeżo upieczony rekordzista świata, syn mistrza z Sydney i Aten, Mykolas Alekna.

Litwa wystawia 50 zawodników i ma ogromne szanse na pierwsze złoto od 2012 roku (w Tokio zdobyli tylko jeden srebrny medal, Laury Asadauskaitė w pięcioboju). Obok Alehny poważnymi kandydatami są dwójka podwójna wioślarek oraz rewelacyjna breakdancerka, siedemnastoletnia Polka z Wilna, Dominika Banevič aka B-Girl Nicka. Nie bez szans jest również wracająca po przerwie dopingowej żabkarka Rūta Meilutytė, drużyna koszykarzy 3×3 i weteranka Asadauskaitė, która obok srebra z Tokio ma złoto z Londynu.

A jakie kraje Wy obserwujecie?

Dlaczego nie chcę się umawiać na Polskę

Przeczytałem książkę „Umówmy się na Polskę”, będącą propozycją rozwiązania konfliktu politycznego w Polsce poprzez przeniesienie większości decyzji na poziom samorządowych województw. Nie wchodząc w dyskusję na temat szczegółowych rozwiązań (niektóre wydają mi się dobre, inne dyskusyjne) z samym pomysłem nie zgadzam się zasadniczo na trzech poziomach: poziomie diagnozy, poziomie aksjologicznym i poziomie praktycznym.

Na poziomie diagnozy uważam, że cała przesłanka, z której wywodzą swoje rozumowanie, jest już nieaktualna. Autorzy twierdzą, że w Polsce są „województwa liberalne” i „województwa prawicowe”. Tymczasem jeśli za benchmark takiego podziału brać drugą turę wyborów prezydenckich, to tylko w czterech województwach jedna ze stron zdobyła więcej niż 60% głosów (w tym w jednym minimalnie), a tylko w połowie – więcej niż 55%. W połowie województw różnica między oboma kandydatami nie przekraczała dziesięciu punktów procentowych, w tym w dwóch największych mieściła się w granicach błędu statystycznego.

Realny podział w tej chwili nie jest między „województwami liberalnymi” i „województwami prawicowymi”, tylko między prawicową wsią i liberalnymi miastami. Wsie zagłosowały na Dudę w 63%, z miast ponad 100 tys. mieszkańców tylko w Rzeszowie, Radomiu, Rybniku i Rudzie Śląskiej zdobył większość głosów. W sześciu największych metropoliach średnio na Trzaskowskiego głosowały 2/3 wyborców.

Oczywiście, istnieje różnica między wsią na zachodzie i na wschodzie Polski, tak samo jak istnieje różnica między stolicami województw zachodnich i wschodnich. Ale nawet w tych województwach, gdzie Duda miał ponad 60% głosów, stolice – Białystok, Lublin, Kielce – głosowały na Trzaskowskiego. Rzeszów jest jedynym wyjątkiem, i to o włos.

Autorzy nie chcą, by działać wg zasady „zwycięzca bierze wszystko”, ale de facto schodzą tylko poziom niżej – tak, niewielka większość „prawicowa” nie przegłosuje niewielkiej większości „liberalnej” w skali całej Polski, ale może bez problemu robić to na poziomie województwa, gdzie o większości w sejmiku często decyduje jeden Kałuża. Przy czym województwa, którym autorzy chcą nadać rangę wręcz konstytucyjną, są często zlepkami kompletnie nie powiązanych historycznie obszarów bez wspólnej tożsamości – vide województwo zwane śląskim, obejmujące oprócz Śląska Górnego i Cieszyńskiego także Zagłębie Dąbrowskie, skrawki Galicji, obszar, którego mieszkańcy używają nazwy Podbeskidzie oraz Częstochowę ze swoim interiorem.

Gdybyśmy mieli więc faktycznie województwa zdecydowanie liberalne i zdecydowanie konserwatywne, to można by się zastanawiać, czy nadanie im prawa do podejmowania kluczowych decyzji w sferze wartości rzeczywiście doprowadzi do zmniejszenia konfliktu politycznego. Ale takich województw – poza pojedynczymi przypadkami – nie mamy. Mamy za to sytuację, w której sieradzko-łęczycka wieś przegłosuje kilkoma punktami aglomerację łódzką i narzuci jej nieakceptowalne przez łodzian regulacje – dokładnie tak jak teraz się to odbywa w skali całej Polski. Gdzie korzyść?

Na poziomie aksjologicznym mam zasadniczą wątpliwość związaną z tym, że ten kompromis, o którym autorzy mówią, będzie odbywał się czyimś kosztem. Konkretnie: kosztem mniejszości w poszczególnych województwach. Co prawda autorzy wspominają (acz mam wrażenie, że dość niechętnie) o wyjęciu z przekazania władzom wojewódzkim rozstrzygnięć w sprawach praw człowieka, ale już są gotowi przekazać województwom całość spraw związanych z edukacją. Co oznacza na przykład, że województwa z większością konserwatywną będą miały prawo zlikwidować np. regulacje antydyskryminacyjne w edukacji. Otóż trudno mi się zgodzić z tym, że w imię kompromisu wrzucamy pod pociąg młodzież LGBT+ z Podlasia, która nie ponosi żadnej odpowiedzialności za to, gdzie się urodziła ani za wybór władz swojego województwa.

Generalnie można się tutaj zastanawiać nad granicami kompromisów w polityce. Czy „kompromis Missouri”, mający na celu utrzymanie równowagi między stanami wolnymi i niewolniczymi, był wartościowy? Czy kompromis roku 1876, kończący Rekonstrukcję w stanach południowych i zezwalający na przywrócenie dyskryminacji rasowej, był wartościowy? Ten kompromis rzeczywiście przecież zakończył, na długie kilkadziesiąt lat, ostry konflikt polityczny i de facto wyjął kwestię dyskryminacji rasowej spoza sporu politycznego. Czy rację jednak mieli prezydenci Lincoln i Johnson, te kompromisy likwidując? Nie chcę budować tu analogii między dyskryminacją rasową a dyskryminacją np. osób nieheteronormatywnych, chciałbym jednak wskazać, że kompromis, uważany przez autorów za wartość samą w sobie, często jest zawierany czyimś kosztem.

Natomiast niezależnie od wszelkich wątpliwości aksjologicznych, kompletnie nie wierzę, że rzeczywiście przesunięcie decyzji na poziom województw doprowadzi do realnej depolaryzacji – w momencie, gdy politycy czerpią z polaryzacji korzyści. Mam przy tym wrażenie, że autorzy, powołując się aprobatywnie na przykład USA, kompletnie nie zauważają, jak bardzo spolaryzowana jest polityka amerykańska – mimo że bardzo duży zakres decyzyjności jest przekazany na poziom stanów.

Mam też wrażenie, że autorzy ulegają częstemu w polskiej polityce zjawisku idealizacji władz samorządowych. Tymczasem teza, jakoby władze samorządowe były mniej zideologizowane, nie jest w moim przekonaniu oparta na faktach. Być może na razie są mniej zideologizowane, bo nie miały okazji do podejmowania decyzji w sprawach ideologicznych – ale Strefy Wolne od LGBT w pięciu województwach się same nie uchwaliły.

Wybór

Czytam “Wybór” Tuska i Applebaum.

Zasadnicza uwaga: są to autorzy, którzy mają sporo do powiedzenia. Nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy.

Uwaga druga: to jest książka publicystyczna, a nie analityczna czy historyczna. I dlatego nie ma się co w niej spodziewać realnej oceny własnych działań z przeszłości. Kiedy np. Tusk mówi o orbanizmie: “przygnębiający był brak zdecydowanej reakcji polityków na węgierski odwrót od demokracji”, pisze tak naprawdę o sobie jako byłym premierze dużego europejskiego państwa i szefie jednej z dwóch największych frakcji Europejskiej Partii Ludowej w latach 2010-14. Tylko ta rozmowa brzmi, jakby orbanizm zaczął się wczoraj, a nie 12 lat temu. Bodaj jedyny raz Tusk mówi o biciu się w piersi, gdy wspomina o swojej wierze w “koniec historii”.

Uwaga trzecia: książka powstawała w innej rzeczywistości historycznej, czyli przed 24 lutego 2022. Akurat blok “ukraiński” książki jest jednym z jej najlepszych fragmentów – DT i AA trafnie interpretują esej Putina o Ukrainie, na który kompletnie nie zwróciliśmy wtedy w Polsce uwagi. Bez ogródek opisują słabość polityki Europy, w szczególności Niemiec, wobec Putina (ciekawe czy ten fragment przeczytali z jednej strony nasi prawaccy propagandyści, z drugiej prof. Kisiłowski). Może uderzać z obecnej perspektywy, że DT dość niepoważnie traktuje Zełeńskiego (i opisuje go jako motywowanego zemstą wobec Poroszenki), może uderzać też przedstawienie przez AA Ukrainy jako państwa nie działającego (co pewnie przez lata było prawdą, ale przez ostatnie miesiące jesteśmy raz za razem zaskakiwani, jak dobrze to państwo działa w tak krytycznych warunkach). Smutno się czyta natomiast obecnie wychwalanie zjednoczonej węgierskiej opozycji i Marki-Zaya jako “węgierskiego Bidena”.

Co ciekawego/inspirującego/kontrowersyjnego ma Tusk do powiedzenia?

  1. Że skuteczni politycy powinni reprezentować emocje większości, a nie mniejszości. Czyli że tak należy zbudować podział polityczny, żeby reprezentować większość, a nie mniejszość. Przy czym wyciąga z tego daleko idące wnioski:

    “Są takie obszary, gdzie liberalny czy centrowy polityk po prostu nie ma czego szukać. Na przykład wchodzenie w Bałkanach, w Polsce czy na [sic!] Ukrainie w ostry spór o prawa LGBT z całą pewnością uniemożliwi stworzenie większości, która będzie w stanie wygrać wybory. (…) To jest dziś autentyczny problem lewicy, zresztą nie tylko w Polsce: bardzo głębokie zaangażowanie w mniejszościowe projekty”.

    Nie jestem co prawda tak wybitnym politykiem liberalnego centrum jak Tusk, ale mam wrażenie, że patrzy cały czas na polskie społeczeństwo 2014, a nie 2021.

2. Powyższe stosuje się zdaniem DT także w związku z uchodźcami. Tusk zarzuca Merkel, że jej “szlachetna otwartość” przyczyniła się do zaostrzenia kryzysu 2015 roku. Mówi: “to nie znaczy, że jesteśmy jako Europa w stanie przyjąć wszystkich, którzy z różnych powodów chcą zamieszkać na naszym kontynencie”. Kryzys migracyjny jest w ogóle w optyce Tuska wydarzeniem kluczowym, tak bardzo kluczowym, że dzięki reakcji na kryzys 2015 Orbán wygrał wybory trzy lata później (pytanie, dlaczego wygrał wybory w 2010 i 2014).

3. Uderzające jest kompletne zepchnięcie przez autorów na drugi plan kwestii ekonomicznych. Applebaum co prawda przyznaje, że lata 90. to był “trudny okres dla Rosji i Rosjan”, ale ubolewa, że Putinowi udała się reinterpretacja tego “okresu prawdziwej wolności”. Otóż to, że lata 90. to był okres prawdziwej wolności dla złodziei i przekręciarzy, to nie był wymysł Putina. Jeśli Rosjanom demokracja (od 1993 coraz bardziej ograniczona) i wolność kojarzyła się z biedą i bezkarnym złodziejstwem, to trudno się dziwić, że Putin łatwo demokrację i wolność Rosjanom zohydził. Tusk mówi o wielu naprawdę różnych rzeczach, o gospodarce nie mówi de facto nic. I odnoszę wrażenie, że nie jest ona dla niego istotna.

4. Podoba mi się generalne przesłanie tej książki. Że chociaż stoimy przed dramatycznym wyzwaniem, a przyszłość demokracji na całym świecie jest zagrożona, nie wolno się poddawać i wpadać w defetyzm. Jakie to ma przełożenie na działania polityczne – to inna sprawa. I o tym tak naprawdę ta książka nie traktuje.

Koniec Tokio

Okazało się, że byłem pesymistą, chociaż jeszcze parę dni temu zdawało się, że byłem optymistą. Nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca, a krytykować występ na igrzyskach przed końcem igrzysk – zwłaszcza jeśli wiadomo, że potencjalnie najsilniejsze punkty dopiero przed nami. Po raz pierwszy w XXI wieku Polska wychodzi z przeklętej strefy 10-11 medali i notuje wynik, który odpowiada jej potencjałowi demograficznemu i ekonomicznemu. Chociaż powiedzmy sobie uczciwie – udało się to wyłącznie dzięki fenomenalnemu występowi lekkoatletów.

Lekkoatleci zaliczyli w Tokio występ, jaki się udaje raz na sto lat. Dziewięć medali, w tym cztery złote, to pobicie dotychczasowego rekordu ilościowego (również z Tokio, z tym że z 1964) i jakościowego (z Sydney 2000). Nie tylko medale zdobyli wszyscy, których uważałem za poważne szanse medalowe (Nowicki, Fajdek, Włodarczyk, Andrejczyk, 4×400 K – przy czym może poza Nowickim wszyscy przystępowali do igrzysk ze swoimi problemami), nie tylko dodali od siebie kandydaci z drugiego rzędu, ale dodali dwa złota, których nie kalkulowali nawet najwięksi optymiści. Złoto Dawida Tomali to jest dla mnie mocna kandydatura do miana największej sensacji w historii polskiego olimpizmu, złoto sztafety mieszanej to jest przykład dostrzeżenia i perfekcyjnego wykorzystania szansy.

Moim zdaniem ten występ nie jest do powtórzenia i w Paryżu trzeba się liczyć z regresją do średniej – powiedzmy do poziomu 6 medali, jakie Polska miała na ostatnich lekkoatletycznych MŚ. Tyle że pozostałe sporty, poza lekką, w Tokio zdobyły zaledwie pięć… Gdyby więc la zaliczyła nawet “przeciętny” występ, to znów skończylibyśmy na ok. 11 medalach.

Przy czym ja występ większości dyscyplin oceniam całkiem pozytywnie i uważam, że nawet poza lekką polska reprezentacja zaprezentowała się lepiej niż w Londynie czy w Rio. Kajaki płaskie zanotowały najlepszy występ od Sydney, wiosła nie powtórzyły kapitalnego występu w Rio, ale nie spadły poniżej długoletniej średniej. Pływacy mimo problemów organizacyjnych mieli najlepszy występ od Aten i wygląda, że mają jakieś tam perspektywy na przyszłość. Dżudocy, mimo fatalnych losowań, dzielnie walczyli z najgroźniejszymi rywalami i nawet udało im się pokonać przedstawicielkę dominatorów z Japonii. Szpadzistki i siatkarze przegrali minimalnie ćwierćfinały z późniejszymi mistrzami olimpijskimi. Największe straty w stosunku do Rio poniosło kolarstwo – zdumiewa mnie, że dekadę temu mieliśmy całą grupę dobrych zawodniczek w kolarstwie górskim, a dzisiaj po odejściu Mai Włoszczowskiej nie będzie nikogo. Co więcej, za chwilę tak samo będzie na szosie, gdy kariery skończą Rafał Majka i Michał Kwiatkowski. Dalej leży strzelectwo, ciężary chyba już nie podniosą się po aferze Zielińskich w Rio.

Są więc jakieś tam perspektywy, ale istnieje też poważna szansa, że gdy lekka nie dowiezie, znowu spadniemy na poziom 10-11 medali. A nie wydaje mi się, żeby władze miały jakiś plan działań – z rozmowy choćby z tremerem kajakarek Krykiem wynika, że od odejścia ministra Bańki nie ma z kim rozmawiać.

W sumie były to ciekawe igrzyska, na dobrym poziomie sportowym (zwłaszcza w lekkiej atletyce, rekordy świata na 400 m przez płotki są po prostu epokowe) i rozgrywane w dobrej atmosferze. Na szczęście też poza pojedynczymi przypadkami Covid nie wpłynął na wyniki na samych igrzyskach.

Rozważania przedtokijskie

Będą to dziwne igrzyska, przesunięte o rok, bez kibiców, w ścisłym reżimie sanitarnym, nawet medale zawodnicy będą sobie wręczać sami. Nie wiadomo, jakie obostrzenia covidowe będą miały wpływ na rywalizację – oby jak najmniejszy, bo trudno mi sobie wyobrazić sytuację, w której ktoś zostanie wykluczony z igrzysk i skierowany na kwarantannę.

W każdym razie czytam, jak to te igrzyska powinny być dla reprezentacji Polski lepsze niż poprzednie cztery z tej dekady – gdzie konsekwentnie zdobywała ona 10-11 medali – i przyznaję, że kompletnie się z tym nie zgadzam. Owszem, kierując się jako prognostykiem poprzednimi mistrzostwami świata, to w samej lekkiej atletyce, wioślarstwie i kajakarstwie – trzech sztandarowych w tej chwili naszych dyscyplinach, od których będzie w największym stopniu zależała ocena występu w Tokio – zdobyć 14 medali. Problem polega na tym, że od lat wiadomo, że trudno nam na igrzyskach powtórzyć wyniki z MŚ. Nawet w wioślarstwie, które od lat na igrzyskach nie zawodzi, wynik na MŚ 2019 był tak fenomenalny, że powinniśmy się spodziewać zwykłej “regresji do średniej”.

Jeśli natomiast lekkoatleci, wioślarze i kajakarze zawiodą, to nie ma w tej chwili dyscypliny, która byłaby w stanie ich zastąpić. Ciężary, które miały nieprzerwaną serię medalową od 1956 roku, są od afery Zielińskich w rozsypce, wzloty medalowe polskiego pływania czy kolarstwa były oparte przede wszystkim na talencie jednej osoby.

Poniżej tabela z polskimi zdobyczami medalowymi na letnich igrzyskach od Melbourne 1956. Widać, jak straciliśmy – raptownie – pozycję sportach walki, i jak nie potrafimy jej od 20 lat ani odbudować, ani zrekompensować gdzie indziej.

A jak będzie w Tokio?

Sporty walki: mamy tu 18 reprezentantów/ek (co ciekawe, tylko 6 mężczyzn). Żadne z nich nie jest faworytem do medalu, ale krótkie drabinki i jednak pewna losowość tych konkurencji pozwalają myśleć, że być może uda się jakiś medal wyszarpać, tak jak na trzech ostatnich igrzyskach. Prognoza: 0-1, wartość spodziewana: 0,5.

Lekka atletyka: jakoś tak w ostatnich latach jest, że na mistrzostwach świata i Europy polskim lekkoatletom udaje się prawie wszystko, a na igrzyskach – dużo mniej. Realnie rzecz biorąc, faworytami czy przynajmniej mocnymi kandydatami do medali reprezentanci Polski są w młocie i oszczepie. Tylko że: oboje oszczepnicy mieli problemy zdrowotne, Paweł Fajdek ma przez cały sezon ogromny problem z rzutami spalonymi, co w połączeniu z jego “olimpijską klątwą” zupełnie nie pozwala spokojnie myśleć o rywalizacji w Tokio, a Anita Włodarczyk miała tylko jedne zawody na poziomie czołówki światowej. Nie wierzę w medale średniodystansowców ani Piotra Liska, a sztafeta… w tym momencie wygląda na to, że rywalki są w lepszej formie, a nasze zawodniczki cały czas zmagają się z problemami zdrowotnymi (ostatnio z kolei Justyna Święty). Prognoza: 3-4, wartość spodziewana: 3,5.

Wioślarstwo i kajakarstwo: problem polega na tym, że mamy wiele łódek, które mają realne szanse medalowe, ale bardzo niewiele takich, które są do medali pewniakami (tak jak w Rio pewniaczkami były Fularczyk-Madaj, a w Pekinie Dominatorzy). Nawet czwórka podwójna kobiet, która za takie pewniaczki do medalu uchodziły jeszcze przed pandemią, dziś mają groźne rywalki. Na MŚ 2019 było rewelacyjnie, jeśli z Tokio uda się przywieźć połowę tego, to będę bardzo zadowolony. Prognoza: 2-4, wartość spodziewana: 3,3.

Szermierka: drużyna szpadzistek jest od lat w ścisłej czołówce światowej i ma pełne podstawy by myśleć o medalu. Prognoza: 0-1, wartość spodziewana: 0,6.

Sporty zespołowe: jeśli nie teraz, to kiedy? Problem w tym, że dokładnie tak samo mówiliśmy o siatkarzach osiem i cztery lata temu. Abstrahując od “klątwy ćwierćfinału”, ekipa Heynena jest po prostu mocna i w rywalizacji z wszystkimi poza Brazylią będzie faworytem. Oprócz siatkarzy jest też ekipa koszykarzy 3×3, którzy nie muszą pokonać wielu rywali, by zdobyć medal – a z wszystkimi mogą powalczyć.

Tenis: to będzie bardzo dziwny turniej, wielu czołowych tenisistów do Tokio się nie wybiera, inni będą grać tam z marszu i trudno szacować szanse, ale biorąc pod uwagę ostatnie występy Świątek, Hurkacza, a nawet Linette czy Kubota na pewno są w szerokim gronie osób, które mogą się do strefy medalowej przebić. Zwłaszcza że obok singli szanse są także w deblach i mikście. Prognoza: 0-1, wartość spodziewana: 0,5.

Kolarstwo: w Rio były dwa medale, w Tokio Maja Włoszczowska jest o pięć lat starsza, a Rafał Majka (podobnie jak Michał Kwiatkowski) o wiele dalej od światowej czołówki. Największe szanse mają torowcy (Mateusz Rudyk), ewentualnie Katarzyna Niewiadoma na szosie. Prognoza: 0-1, wartość spodziewana: 0,4.

Inni: brak pewniaków, trochę możliwych niespodzianek. Katarzyna Wasick w pływaniu? Windsurferzy, na których tak liczono w Rio, przywiozą medal teraz, gdy się o nich w ogóle nie mówi? Ktoś ze strzelców będzie miał swój dzień jak Sylwia Bogacka w Londynie? Może okaże się, że siódme miejsce ciężarowca osiągnięte w Tokio będzie za pięć lat – po dyskwalifikacji czterech rywali – warte medalu? Albo że rywalki Aleksandry Mirosław pospadają ze ścianki i otworzy się przed nią szansa na medal w wieloboju? Albo w ogóle ktoś spoza grona nawet tych, o których mówi się jako kandydaci do niespodzianki, jak Oktawia Nowacka w Rio? Prognoza: 0-2, wartość spodziewana: 1.

Razem: przy bardzo udanych igrzyskach może być nawet 15 medali, ale łączna “wartość spodziewana” wyszła mi 10,8, czyli w zaokrągleniu 11. Każdy medal powyżej tej liczby, zwłaszcza jeśli będzie więcej złotych niż w Rio, pozwoli uznać występ Polski za sukces.

O problemach ze wspólną listą

W 2019 roku po raz pierwszy w historii polskiej polityki mieliśmy sytuację, że faktycznie wszystkie komitety wystawiły listy koalicyjne (nawet jeśli z powodów prawnych tylko jedna była koalicyjna “oficjalnie”). Problemy z układankami na listach 2019 będą jednak tylko niewinną zabawą w porównaniu do tego, co czekałoby nas na ewentualnej liście Koalicji 276. Mielibyśmy do czynienia z sytuacją kompletnie bezprecedensową w polskiej – i zapewne światowej – polityce:

Patrząc na stan obecny i rozważając najszerszy wariant, w koalicji mielibyśmy Polskę 2050, Koalicję Obywatelską (czyli PO, Nowoczesną, Zielonych i Inicjatywę Polską), Lewicę (czyli Nową Lewicę i Razem) i Koalicję Polską (PSL i Unię Europejskich Demokratów). Wyliczyłem więc _dziewięć_ partii partycypujących w tej układance, jeśli o kimś zapomniałem to serdecznie przepraszam.


W takim układzie _nie da_ się już wrócić do pomysłu senatora Borowskiego ze stałymi numerami. Pomysł ten był o tyle sam w sobie problematyczny, że zakładał, że wyborca będzie w ogóle szukał przedstawiciela „swojej” partii na liście – tymczasem wielu z nich po prostu głosuje według wzorca na pierwszego z listy, albo pierwszą kobietę, albo osobę ze swojej miejscowości, bez uwzględniania przynależności partyjnej. Teraz trzeba by jednak przydzielić stałe numery od 1 do 9 – gdy w niektórych okręgach potencjalnie biorących miejsc byłoby tylko cztery. Nie mówiąc już o tym, że taki pomysł powoduje, że np. drugi kandydat PO jest „spychany” na dalekie miejsce na liście – za kandydatem Inicjatywy Polskiej, mimo że potencjał i poparcie obu organizacji są nieporównywalne.

Załóżmy teraz hipotetycznie, że poszczególni uczestnicy koalicji mieliby szczery zamiar uczciwego podzielenia się mandatami – czyli np. proporcjonalnie do poparcia poszczególnych partii. (Jest to oczywiście założenie bardzo optymistyczne – przy Bloku Senackim to wyglądało tak, że z 49 kandydatów, którzy zwyciężyli z jego poparciem, 44 (90%) to byli kandydaci Koalicji Obywatelskiej, mimo że KO miała tylko 56% udziału w poparciu Bloku – licząc głosami oddanymi do Sejmu). Przy takim założeniu (biorąc pulę z sondażu Ipsos) KO miałoby 104 mandaty (którymi by się jakoś rozdzieliło między swoimi koalicjantami), Polska 2050 – również 104, Lewica 52 i PSL – 20. 

Otóż problem polega na tym, że przy otwartych listach wyborczych nie da się takiego podziału zadekretować. W ramach listy głosuje się na osoby, nie na partie, i nie ma mechanizmu zapewniającego proporcjonalną reprezentację poszczególnych partii w ramach jednej listy.

Może prosty przykład: na liście Koalicji Liter znaleźli się przedstawiciele Samogłosek i Spółgłosek. Lista zdobyła trzy mandaty, a oto wyniki poszczególnych kandydatów::

Alfa –              100 000

Beta –              50 000

Gamma –        40 000

Epsilon –         35 000

Eta                  30 000

Lambda          10 000

Samogłoski (Alfa, Epsilon i Eta) zdobyły łącznie 165 tys. głosów, a Spółgłoski tylko 100 tysięcy. Jednak dwa mandaty przypadną przedstawicielom Spółgłosek (Becie i Gammie), a Samogłoskom tylko jeden – zbyt dużo głosów się „zmarnowało” na Alfę.

Radą na to byłoby przekonanie części wyborców Alfy, żeby przerzucili swój głos na Epsilona. W wyborach 2019 kampanii Razem udało się przekonać część swoich wyborców, żeby zagłosowali nie na Adriana Zandberga (jedynka), tylko na Magdalenę Biejat (czwórka), w efekcie czego Biejat zrobiła drugi wynik na liście i została posłanką. Mimo wszystko, takie przypadki udanego strategicznego głosowania wewnątrz listy były dotąd ewenementem, a ich przeprowadzenie w większej skali wydaje się nierealne.

Łatwiejsze zadanie stałoby przed Lewicą – w większości okręgów celem jest dla niej zdobycie jednego/dwóch mandatów i koncentrując głosy na swoich rozpoznawalnych poliiykach (a Lewica rozpoznawalnymi politykami dysponuje) powinna bez problemu swoją pulę posłów zdobyć. Prawdziwe wyzwanie natomiast stałoby przed Polską 2050. Przy samodzielnym starcie mogłaby liczyć w tej chwili na ok. 100 mandatów, w niektórych okręgach miałaby szanse nawet na 4 mandaty. Głosujący na P2050 głosowaliby jednak przede wszystkim na szyld i program, a nie na poszczególnych kandydatów, którzy w tym momencie są nierozpoznawalni. Jak przekonać wyborców do głosowania na poszczególnych kandydatów „od Hołowni” na wspólnej liście wyborczej? Co więcej, nie tylko na jednego, ale na kilku, w momencie, gdy będą mieli i mniejszą osobistą rozpoznawalność niż kandydaci KO czy Lewicy, ale nie będą dysponowali środkami z subwencji na kampanię?

Oczywiście można sobie deklarować, że „najważniejsze jest pokonanie PiS”, można też zakładać że ewentualna „Koalicja276” zajmie się przede wszystkim przywracaniem praworządności (co jest fikcją – praworządność praworządnością, a zarządzać państwem będzie trzeba). Tym niemniej jeśli któryś z uczestników tej koalicji będzie mieć przekonanie, że na niej stracił, że został ograny, to w drastyczny sposób wpłynie to na wolę współpracy w przyszłości.

Pytania do Szymona Hołowni

Szymon Hołownia ogłasza plan założenia partii i startu w wyborach. Mam wiele sympatii do niego, w wyborach prezydenckich był moją drugą opcją, po Biedroniu, i będę z zainteresowaniem obserwował dalsze kroki. Tym niemniej mam parę pytań:

1. Zaplecze. Akcja “to ja stoję za Hołownią” była fajna i sympatyczna, ale umówmy się – miała charakter bardziej piarowy niż pokazujący rzeczywiste zaplecze polityczne Hołowni.

Hołownia przedstawił swoich ekspertów – chociaż część z nich, w tym tak szanowane przeze mnie osoby jak Rafał Matyja czy Piotr Kuczyński już jego zespół opuściło i chętnie dowiedziałbym się dlaczego. Nic nie wiemy natomiast o osobach, które tworzą struktury regionalne: skąd się wywodzą, czym się zajmują, jakie mają poglądy. Nie znamy nawet ich nazwisk. A to oni będą kształtować ruch, nie lider.

2. Program. Program Hołowni pod wieloma względami jest mi bliski i jak wspomniałem, mógłbym na niego głosować. Tym niemniej chciałbym wiedzieć, czym on się _istotnie_ różni od programów KO, Lewicy i PSL – poza typowym dla nowych partii antypartyjnym sznytem oraz świeżością i “fajnością” (która, jak pokazują przykłady Nowoczesnej i Wiosny, nie trwają wiecznie).

3. Co jest o tyle istotne, że PiS ma nadal około 40% poparcia, a bratobójcza walka na opozycji może mu zapewnić zwycięstwo w kolejnych wyborach. W 2019 roku, przy czterech partiach opozycji i praktycznym zerze głosów zmarnowanych, PiS potrzebował 43% głosów, żeby mieć większość w Sejmie. Otóż D’Hondt działa tak, że każda kolejna partia opozycji próg do samodzielnej większości PiS zmniejsza. Przy pięciu partiach opozycji PiS-owi wystarcza już ok. 40%, i to przy założeniu że nikt nie spada pod próg. Czy liderzy ruchu biorą pod uwagę ryzyko rozdrobnienia opozycji, które da PiS-owi trzecią kadencję?

(Żeby było jasne: nie jestem zwolennikiem Zjednoczonej Opozycji, tylko rozsądnego podziału wewnątrz niej. Nie jestem natomiast przekonany czy ruch Hołowni taki podział pozwoli utrwalić).

Hołownia jest odpowiedzialnym politykiem i wierzę, że na te pytania będzie w stanie odpowiedzieć.

Ranking Prezydencki 2020

Ponieważ już wiadomo, kiedy wybory prezydenckie się odbędą i mniej więcej wiadomo, kto w nich wystartuje, pora na deklaracje.

W pierwszej turze zagłosuję na Roberta Biedronia.

Mamy już jasną sytuację – jest prawie pewne, kto znajdzie się w drugiej turze, więc w pierwszej można sobie darować jakieś taktyczne rozważania pt. “który kandydat opozycji miałby większe szanse z Dudą” i po prostu zagłosować zgodnie z własnym sumieniem. Biedroń jest jedynym kandydatem, który całościowo sposób reprezentuje bliskie mi wartości: wolność, równość, demokrację i sprawiedliwość społeczną. I dlatego lewicowi wyborcy powinni głosować na niego.

Zasadniczy problem Biedronia, który zresztą miałby każdy inny kandydat Lewicy, polega na tym, że wyborcy Lewicy oczekują w tych wyborach przede wszystkim pogonienia Andrzeja Dudy z Pałacu Prezydenckiego – a wiadomo, że inni kandydaci mają na to większe niż Biedroń szanse.  Pamiętajmy jednak, że po to właśnie wybory prezydenckie mają dwie tury, żeby w pierwszej głosować na kandydata, który jest nam najbliższy.

W drugiej turze – jeśli Biedroń do niej nie wejdzie – zagłosuję na kogokolwiek z trójki Rafał Trzaskowski, Szymon Hołownia, Władysław Kosiniak-Kamysz (na dzień dzisiejszy wszystko wskazuje na to, że będzie to obecny prezydent Warszawy). Każdy z tych kandydatów ma swoje wady, ale zwycięstwo każdego gwarantuje powstrzymanie monowładzy PiS – której utrwalenie jest w moim przekonaniu ogromnym zagrożeniem.

Niektórzy ze zwolenników Lewicy obawiają się, że zwycięstwo Trzaskowskiego oznacza powrót duopolu i koniec marzeń o jakiejkolwiek sprawczości Lewicy. Otóż jest wręcz odwrotnie, zwycięstwo Trzaskowskiego (czy innego opozycyjnego kandydata) oznacza, że 49 głosów Lewicy w Sejmie staje się absolutnie kluczowe, decyduje bowiem o odrzuceniu lub podtrzymaniu wet prezydenckich. Oznacza to powrót realnej polityki do Sejmu, koniec ustaw głosowanych w dobę i możliwość wymuszania przez Lewicę zmian, na których jej zależy. Oczywiście o ile nie dojdzie do przedterminowych wyborów.